Staramy się o dziecko, ale niestety, nie idzie to po naszej myśli. Winowajcą tutaj jestem ja, a raczej szereg problemów hormonalnych, o których nie zdawałam sobie sprawy, dopóki nie zaczęliśmy się starać. Nie ukrywałam tego przed rodziną i znajomymi, wiedzą o diagnozach, pobytach w szpitalu i ogólnych problemach. Lekarze dają mi szansę na ciążę i to całkiem spore, ale muszę czekać, aż dobiorą dobre leki i hormony się ustabilizują. Ciężko mi z tym, ale nie poddajemy się z mężem i staramy się optymistycznie nastawiać.
Problemem jest mój ojciec, który co mnie widzi, to pyta, czy już jestem w ciąży. Głosi teorie, że jestem jakaś schorowana i wybrakowana i co to za filozofia, żeby zajść w ciążę. Ostatnio mi powiedział, że chyba za długo czekałam (mam dopiero 27 lat). Wie, że prawdopodobnie winowajcą jest lek na bazie glikokortykosteroidów, który przyjmowałam w dzieciństwie w bardzo dużych ilościach. Nie obwiniam o to rodziców, bo i skąd mieli wiedzieć, że przez to będę miała problemy w przyszłości. Ojciec jakby próbuje odepchnąć od siebie winę, zrzucając ja na mnie. Boli mnie jego zachowanie, bo sytuacja i tak jest bardzo trudna. Chodzę na terapię, żeby nie obwiniać siebie i zaakceptować ten stan rzeczy, ale ilekroć wracam do domu rodzinnego albo rozmawiam z ojcem przez telefon, czuję się jak śmieć. Dla własnego komfortu psychicznego ograniczyłam z nim kontakt do minimum, nie jeżdżę tam, staram się nie odbierać telefonu, ale ojciec znalazł sobie nową taktykę. Dzwoni i pyta, dlaczego go nienawidzę i nie chcę go odwiedzić. Powiedziałam mu, że jego teorie są krzywdzące i tylko się tym stresuję. Nie widzi swojej winy i powtarza, że mi to już nic nie można powiedzieć i jestem przewrażliwiona. Mam dosyć. Przez takie teksty mam wrażenie, że jestem człowiekiem drugiej kategorii, wybrakowaną kobietą. Chęć posiadania dziecka jest tak ogromna, że chce mi się płakać, jak widzę szczęśliwą matkę na ulicy.
Mam 26 lat. Pochodzę z dużej rodziny i dużego wielopokoleniowego domu, w którym wciąż mieszkam z rodzicami. I tu jest problem. Nie mój, ale innych i również członków mojej rodziny, a konkretnie bratowej. Odnoszę wrażenie, że w naszym społeczeństwie jak ktoś zaraz po 18 roku życia się nie wyprowadzi z domu, to jest jakiś trędowaty. Ciamajda, maminsynek, pępowina nieodcięta itp. Rozumiem, że są domy, w których jest patologia i dzieci chcą się szybko odciąć, ale ja ze swoją rodziną mam zajebisty kontakt. Jestem przywiązana do domu. I żeby nie było – ogarniam swoje domowe obowiązki, dokładam się do rachunków domowych, bo pracuję 50/50, pół zdalnie, a pół w firmie. Nie mam faceta, nigdy nie znalazłam drugiej połówki i nie płaczę z tego powodu. Trochę oszczędzam, a trochę baluję za zarobione pieniądze. Dobrze mi się żyje, rodzice też zadowoleni, bo już tyle sił nie mają, a ja zawsze pomogę jak trzeba, więc czemu ludzie chcą mnie usilnie z tego domu wywalić? Ja nie chcę brać kredytu na kolejne 20 lat, żeby pomieszkać w klatce w bloku przy dzisiejszych cenach, a o budowie domu nie wspominając. Bo po co? Żeby żyć w domu samej, bez nikogo, do kogo można otworzyć gębę? No ale co niektórzy mnie postrzegają jako nieodciętą pępowinę...
Od pięciu lat jestem beznadziejnie zakochany w dziewczynie. Myślę, że ona się domyśla, bo często przyłapuje mnie, jak się w nią wpatruję. Jest piękna, inteligentna, ma poczucie humoru. Nawet mamy wspólne pasje. Potrafimy godzinami gadać o grach. Moja rodzina coraz częściej wypytuje, kiedy wreszcie znajdę dziewczynę i wezmę ślub, bo dobijam trzydziestki. Odpowiadam wtedy żartem, że ustatkuję się po czterdziestce, bo kiedy mam się wyszaleć, jak nie teraz, a prawda jest taka, że nawet nie potrafię zainteresować się inną dziewczyną, kiedy ona jest obok.
Jak was znam, to zapytacie czemu nie zagadałem albo będziecie mnie dopingować, żebym spróbował swoich sił. Ewentualnie nazwiecie pipą, która od pięciu lat nie umie wziąć się w garść. A nie zagadałem do niej i nie zagadam, bo ta dziewczyna w przyszłym roku zostanie żoną mojego brata.
Moja matka jest patologiczną bałaganiarą. Pewnie ma też depresję, ale chciałabym móc powiedzieć, że nabrała bałaganu na starość, ale to nieprawda. Tak jest odkąd pamiętam, czyli jak miałam 5 lat. Syf jest wszędzie plus zbieractwo. Jedyne czego nie robi, to łażenie po śmietnikach. Nie wyrzuca nic. Wszystko jej się przyda, największe śmieci. Mieszka sama w dwupiętrowym domu, bo wszyscy od niej uciekliśmy – ja, rodzeństwo i ojciec. Zagraciła całą przestrzeń. Wszędzie są naczynia, resztki jedzenia, czasopisma, brudne ubrania, czyste ubrania, wszystko. Każdy mebel w domu jest zapchany jej rzeczami. Od zarania dziejów były o to kłótnie z ojcem, był to jeden z powodów jego odejścia. Ja od dziecka jeździłam na szmacie, żeby to jakoś ogarnąć, ale próżny trud. Za trzy sekundy był jeszcze większy syf. Po kryjomu z ojcem wynosiliśmy jej worki np. butów, które wypadały z szaf, i wyrzucaliśmy, bo i tak nie była w stanie się połapać co ma, a czego nie ma. Po naszej wyprowadzce jest tylko gorzej. Zagraciła cały dom do tego stopnia, że do kilku pokoi nawet nie da się wejść… stoją wory z rzeczami po sam sufit.
Śmieszą mnie rady „pomóż jej posprzątać”. Powiedziałam jej, że dam jej wszystkie moje pieniądze, zamówię ekipę, wezmę wolne z pracy, żeby jej pomóc to ogarnąć – ale ona nie widzi problemu w tym, jak żyje. Nie pozwala mi wyrzucić z domu nic. Nic. Wszystko jej się przyda.
Mam dość. Przyjechałam tu ostatni raz i nigdy już nie wrócę. Może zarośnie brudem albo wywoła pożar lub się czymś zatruje. Wszyscy w rodzinie wiedzą, jaka jest, ale nikt jej nie pomoże, bo ona sama tego nie chce. Pracuje na kierowniczym stanowisku i to jest szok, jak człowiek może się prezentować poza domem, a jak wygląda jego dom.
Mój mąż od pięciu lat pracuje zdalnie. Od jakichś czterech nie widuje się w ogóle ze znajomymi, nie ma hobby. Z rodziny odwiedza mamę i brata, może raz w miesiącu. Do tego brak ruchu, niezdrowa dieta. Często nie wychodzi z mieszkania kilka dni. Mieszkamy w bloku. We dwoje nie wychodzimy ze względu na małe dzieci, z dziećmi wychodzę zazwyczaj sama albo razem wychodzimy do jakiegoś parku lub jedziemy do lasu – na świeże powietrze, raczej daleko od ludzi. Do moich znajomych on nie chce chodzić, więc chodzę sama lub z dziećmi.
Ostatnio zaczęły się u męża problemy zdrowotne. Poszedł do lekarza, szereg badań, kardiolog, neurolog – wszystko w normie. Psychiatra stwierdził zaburzenia na tle lękowym – przepisał tabletki, zalecił urozmaicenie trybu życia (wyśmiewane „wyjdź do ludzi, zacznij biegać”). Minęło kilka miesięcy, a mój mąż... nie zmienił nic. Rozczula się nad sobą, bo mu się kręci w głowie – więc leży w łóżku cały dzień i gra albo siedzi na telefonie. Zamiast urozmaicić życie, to teraz prawie nie wychodzi z sypialni. Na początku starałam się go wspierać, ogarniałam dom i dzieci. Jak byłam w pracy, to co godzinę-dwie pisałam, czy wszystko OK, bo on przecież sam w domu.
Teraz są święta. Pojechaliśmy do rodziny – mąż bardzo zadowolony, żartuje z rodziną, zero problemów zdrowotnych. Wróciliśmy i „on chory”. Dzieci nie wykąpie, kolacji nie przygotuje, bo „on chory”. Wieczoru wspólnie nie spędzimy, bo, jak mówi, tylko gra pozwala mu zapomnieć, że on się tak źle czuje i dzięki graniu mu lepiej.
Brak mi sił. Na wszystkie moje sugestie zmian reaguje agresją słowną. Nie chce, żebym poszła z nim do psychiatry, mówi, że mam mu nie przeszkadzać. Mimo że wiem, że on jest chory, zaczęłam tę jego chorobę traktować jak wymówkę, żeby nie prowadzić normalnego życia. Żeby wszystkie obowiązki zrzucić na mnie i zająć się graniem. Nie da się z nim porozmawiać o niczym innym niż stan jego zdrowia – on się w tej chwili czuje tak, a pięć minut temu tak, a dziesięć minut temu inaczej. Sam powtarza, że wyjście z domu mu pomaga i czuje się wtedy lepiej, ale zapiera się rękami i nogami, żeby z domu nie wychodzić. Coraz bardziej mnie ten stan denerwuje, gdy widzę, że on tego nie chce zmienić. Że coraz bardziej zatraca się w telefonie i grach, nie dążąc do poprawy naszej relacji i swojego zdrowia.
Nie wiem co mam zrobić, ale długo tak nie wytrzymam. Czuję się, jakbym miała jedno dziecko więcej – w dodatku średnio rozgarnięte.
Bardzo brakuje mi w związku spontaniczności. Jesteśmy razem około 2 lata, a ja czuję się jak w jakimś starym, nudnym małżeństwie. Nie chodzi mi o jakieś ciągłe fajerwerki, wybuchy czy nie wiadomo co, bo czas pierwszego zauroczenia już raczej minął, ale po prostu o przełamanie szarej codzienności od czasu do czasu.
Wszystkie wyjazdy muszą być zaplanowane chociaż z miesięcznym wyprzedzeniem, bo inaczej on nie dostanie wolnego. Okej, rozumiem, taka praca. Ale na jednodniowy wypad za miasto w wolny dzień już nie trzeba specjalnie brać urlopu, a i tak jest to wielki problem, jeśli wieczorem proponuję, żebyśmy następnego dnia sobie gdzieś pojechali. No trudno, jakoś się z tym pogodziłam i wszelkie wspólne wyjścia (nawet do kina czy na spacer) ustalamy kilka dni wcześniej.
On nie lubi niespodzianek i w związku z tym prezenty np. na urodziny wybiera sobie sam, po prostu jedziemy razem do sklepu i tyle, ja płacę za to, co on sobie wybierze. Ja za to bardzo lubię niespodzianki, ale po prezenty dla mnie i tak jeździmy razem, żebym sobie wybrała, co chcę dostać. Może się czepiam i niepotrzebnie narzekam, ale dla mnie w ten sposób znika cały urok z robienia komuś prezentów. Najbardziej doceniam właśnie to, że ktoś poświęcił czas na to, żeby pomyśleć o drugiej osobie, o tym, co mogłoby sprawić jej radość, z tysięcy rzeczy wybrał tę jedną specjalnie dla tego kogoś. A tak... wybierz sobie i tyle, kolejne święta odhaczone. On tłumaczy się tym, że jak zrobi mi prezent niespodziankę, który okaże się nietrafiony, to będę niezadowolona itp. No nie wiem, wydaje mi się, że te 2 lata to jednak wystarczający czas, żeby się zorientować co druga osoba lubi, z czego by się ucieszyła, można zresztą jakoś dyskretnie podpytać, jeśli nie jest się pewnym.
Raz zapytał mnie, co chciałabym dostać na urodziny. Odpowiedziałam, że chciałabym, żeby zabrał mnie w jakieś ładne miejsce, może zorganizował piknik, może spacer, żebyśmy po prostu miło razem spędzili ten dzień. Po kilku dniach dostałam listę książek z pytaniem, czy któraś z nich mi odpowiada. Miło spędzony czas w ładnym miejscu oczywiście się nie ziścił, bo nie powiedziałam konkretnie dokąd chcę jechać i właściwie po co.
Może to dość błahy problem, kilkukrotnie już próbowałam z nim o tym rozmawiać i zwykle kończyło się tak samo. Ja nie chcę codziennie niespodzianek, szalonych podróży i nie wiadomo czego, tylko żebyśmy od czasu do czasu zrobili coś bez planowania, tak po prostu. Dla mnie to urozmaicenie codzienności, miła odmiana, tworzenie nowych wspólnych wspomnień. Dla niego to coś, czego nie lubi, bo nie i koniec, i czemu ja w ogóle czegoś takiego od niego wymagam. Tymczasem ja czuję, że zaczynam tracić jakąś cząstkę siebie i ciągle muszę się dostosowywać, bo on nie lubi, nie chce i nie będzie nic zmieniał tylko dlatego, że ja bym chciała.
Jest mi ciężko. Ponad 2 lata temu zostawiła mnie moja własna matka. Odeszła tak po prostu, bez słowa. Mając 17 lat, powinnam się jeszcze bawić, imprezować i żyć pełnią życia. Mi to nie było dane. Musiałam ogarniać ojca, który popadł w alkoholizm i chciał się zabić, musiałam przejąć rolę matki, ponieważ mam dwie młodsze siostry. Ktoś musiał im gotować, sprzątać i pomagać, skoro jedyny rodzic, który został, nie potrafił sobie poradzić z odejściem kobiety, z którą był ponad 20 lat. Weszłam za szybko w dorosłość, wiem o tym. Przez wiele różnych sytuacji mających miejsce podczas tego kryzysu nabawiłam się depresji. Chodzę na terapię, staram się żyć, ale nie potrafię. Biorę antydepresanty, ale to w żaden sposób mi nie pomaga. Nie umiem cieszyć się życiem do tego stopnia, że trzy miesiące temu chciałam odebrać sobie życie. Chciałabym wrócić do życia przed jej odejściem. Wtedy umiałam żyć.
Trzy miesiące temu zostawiła mnie dziewczyna, z którą byłem w związku ponad 10 lat. Nie umiem sobie z tym poradzić. Nie mam gdzie mieszkać, bo mieszkaliśmy u niej. Mam 30 parę lat i zostałem z niczym. Po rozstaniu powiedziała mi że od dłuższego czasu to planowała, ale nie wiedziała, jak zareaguję. Czuję się tragicznie, odechciało mi się żyć. Miewam ataki paniki, stresuję się dosłownie wszystkim, co doprowadziło mnie do omdleń. Boję się wyjść z mieszkania, które na szybko wynająłem. Nie mam nawet z kim o tym porozmawiać. Była dla mnie całym życiem, które nagle się rozpadło. Wiem, że mam poważny problem, bo cieszyłbym się, jakby mi się coś stało i skończyłoby się to wszystko.
Te święta przejdą u nas do historii.
Najpierw żonie pękł ząb i wyszedł koszt 10 000. Później mi się ukruszyła plomba i wyszło kanałowe 3500. Następnego dnia pralka nam padła – programator, 2000. Rano w pierwszy dzień świąt obudziłem się z zapchanym uchem i zapalenie się zrobiło. W międzyczasie moja mama się rozchorowała, a później przeszło na żonę. A dzisiaj rano zmęczony siadłem na kibel i spłuczka się rozpadła...
Dwa lata temu spotkałem miłość mojego życia. Jechałem SKM-ką na uczelnię, dzień, jak co dzień, a tu nagle ON. Usiadł przede mną – uśmiechał się do mnie jak jakiś książę Disneya i tak po prostu siedział, promieniejąc perfekcją. Z natury jestem nieprzystosowanym społecznie tchórzem, nic więc dziwnego, że przez całą drogę tylko uśmiechałem się pod nosem i odwracałem wzrok. No wiecie, co jeżeli on nie gra w tej samej drużynie... Wysiedliśmy na tej samej stacji, chłopak pożegnał mnie szerokim uśmiechem. Przez cały dzień nie mogłem wyrzucić go z głowy, więc kiedy wracając do domu, zobaczyłem go na stacji, serce mało nie wyskoczyło mi gardłem. Pomyślałem o tych wszystkich historiach, gdzie to ludzie opisują stracone szanse i postanowiłem działać. Może nie od razu stanowczo, ale rozumiecie, metoda małych kroczków.
Książę z Bajki miał ze sobą dużą torbę sportową, którą postawił na ławce, niedaleko siebie. Zobaczyłem, że zamek w bocznej kieszeni jest rozsunięty i wpadłem na genialny pomysł. Na małej kartce opisałem, jak to wpadł mi w oko, zanotowałem swój numer telefonu i imię, pozostało tylko czekać, aż odwróci wzrok i nie będzie zwracał uwagi na torbę. No i stało się! Jakaś starsza pani poprosiła o pomoc w użyciu biletomatu, chłopak (będąc tym moim ideałem) natychmiast się zgodził, a ja ruszyłem do działania. Niestety, facet, który stał niedaleko, okazał się być czujnym draniem i przyłapał mnie z ręką w torbie. Możecie sobie wyobrazić, jak głęboko pod ziemię chciałem się zapaść, kiedy Książę z Bajki zobaczył, co się dzieje. Pan, który zareagował, chwycił mnie za nadgarstek i opieprzył od góry do dołu za próbę kradzieży, cała stacja ludzi przyglądała mi się z obrzydzeniem, w tym mój niedoszły przyszły. Jako ofiara losu nie potrafiłem się nawet wytłumaczyć, stałem tylko jak głupi z ręką w żelaznym uścisku. W międzyczasie pan zdążył wyrwać z mojej dłoni przedmiot niedoszłej „kradzieży” i odczytać wiadomość. Natychmiast puścił moją dłoń i zapytał, czy mam na imię Marek. Gdy kiwnąłem głową, spojrzał na mnie z obrzydzeniem, wyrzucił kartkę i odszedł, jakby nigdy nic.
Na szczęście mój Książę z Bajki okazał się godny swego miana. Zapytał, czy wszystko OK, co się stało, bo w sumie nic nie widział, stojąc przy automacie...
Nie przyznałem się do nieudanego podrywu. Wracaliśmy tym samym pociągiem, dobrze nam się rozmawiało, na tyle dobrze, że podtrzymaliśmy znajomość, zaczęliśmy się do siebie zbliżać...
Pojutrze jestem świadkiem na jego ślubie. Wie, że jestem gejem, nie wie, że trwam w friendzonie. Dalej żyje w przekonaniu, że chciałem zapiąć zamek w jego torbie.
Ania jest cudowną kobietą, mam nadzieję, że będą tak szczęśliwi już do końca życia.
Dla mnie czas ruszyć do przodu.
Dodaj anonimowe wyznanie