Opowiem wam dzisiaj historię, której do dzisiaj się wstydzę, jednocześnie śmiejąc się z niej.
Otóż kilkanaście lat temu, jak wiele innych osób, chodziłem do przedszkola. Rozkosznie spędzałem tam każdy dzień (ach, chciałbym wrócić do tamtych czasów), aż któregoś razu odezwała się we mnie typowa dla dziecka ciekawość świata i przy okazji chęć sprawdzenia własnych możliwości. Otóż któregoś dnia, do dzisiaj nie wiem dokładnie dlaczego, postanowiłem dowiedzieć się czym się różnią chłopcy od dziewczynek i tak jak się pewnie spodziewacie, poszedłem do toalety z zamiarem podglądania.
Wszedłem do kabiny obok, wspiąłem się na kibelek i zacząłem forsować murek. Udało się, dostałem się na górę i dłuższą chwilę podziwiałem widoczek XD
Aż w końcu stało się najgorsze...
Ze ściany, sam nie wiem dlaczego, wystawał gwóźdź.W pewnym momencie noga się na ścianie poślizgnęła i runąłem w dół. I zadziałało prawo Murphy'ego, że to co najgorsze może się stać, stanie się :(
Trafiłem gwoździem centralnie między nogi... Chwilę bolało, ale myślałem, że to nic takiego, więc poszedłem do sali (bo nie zajrzałem do majtek). Jednak dalej bolało i zgłosiłem się do pomoc do opiekunek. W miarę mnie opatrzyły i wezwały rodziców. Później sprawa prosta - na ostry dyżur i zszywamy. Pamiętam, że bolało jak cholera, ale finalnie przynajmniej teoretycznie się opłaciło, bo dostałem zestaw drewnianej kolejki na magnesy (wtedy były bardzo popularne, chyba w TESCO). Ale mimo wszystko nie polecam ryzykować własnej męskości dla obczajenia tej drugiej końcówki :))))
PS Jak byłem parę miesięcy temu u urologa, to zauważył mini bliznę i się zapytał co było robione, długa historia...
PPS Kolega z przedszkola do dzisiaj rozsieka plotki, że latałem bez majtek po przedszkolu, a dziewczyna, którą wtedy podglądałem, chodzi teraz ze mną do klasy w liceum XD Ciekawe, czy kiedyś dowie się prawdy...
Postanowiłem podzielić się również z wami historią o tym jak straciłem najlepszego przyjaciela...
We wrześniu 2013 roku u mojego owczarka tylne łapy zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Każdy spacer z nim był coraz trudniejszy, ale wiedzieliśmy, że musi się trochę poruszać.
Jego zawzięcie było godne podziwu, gdy pomimo braku sił, wspinał się po schodach, próbował cieszyć każdym postawionym krokiem, mimo że widać było, że sprawia mu to ból.
Gdy byłem z nim na spacerze ludzie pytali mnie o to, co się z nim stało i dlaczego
ma problemy z poruszaniem się. Widać było, że z każdym miesiącem coraz trudniej było mu chodzić. W listopadzie całkowicie przestał chodzić, ale wierzyłem, że pomimo takiego zachowania i braku apetytu, nie umrze. Nie dopuszczałem do siebie innej myśli...
Wiedziałem, że cierpi, ale nie chciałem jego śmierci, mimo że nadal nie miał apetytu,
nie jadł. 20 grudnia było już bardzo źle... z ciężkim sercem zadzwoniłem do weterynarza, nie mogłem dłużej patrzeć na to jak się męczy. Lekarz obiecał przyjść do nas po pracy.
Zdając sobie sprawę, że zimą wcześniej robi się ciemno, wziąłem szpadel i poszedłem do lasu (mieszkam w prywatnym domu w jego pobliżu). W zamrożonej ziemi trudno było wykopać dół, lecz starałem się zrobić go tak głęboki, jak to tylko możliwe.
W końcu wróciłem do psa i spędziłem z nim cały dzień. Weterynarz wstrzyknął pierwszy zastrzyk nasenny. Staliśmy w milczeniu i patrzeliśmy jak nasz ukochany pies zasypia.
Wciąż mam przed oczami to jak przyszedł do mnie kiedy byłem dzieckiem i te wszystkie 13 lat przez które mieszkał z nami, był moim najbardziej lojalnym przyjacielem.
Lekarz zostawił mnie sam na sam z martwym ciałem mojego psa. Miałem w oczach łzy. Nigdy nie widziałem go w takim stanie... Było jasne, że nie spał, wszystkie mięśnie były w końcu rozluźnione, nieściśnięte przez ból... Oczy nie reagowały na światło.
Zaniosłem go do wykopanego dołu. Pochowałem go i siedziałem przy jego grobie przez dobre 2 godziny. Wciąż myślałem o nim. Z jednej strony nie mogłem sobie wybaczyć, ale z drugiej wiedziałem, że teraz on już się nie męczy i nie czuje bólu.
Żegnaj, mój wierny przyjacielu!
Kochałem cię i nigdy o tobie nie zapomnę!
To uczucie, kiedy stoisz na światłach, masz odsunięte szyby, bo duszno, rozmawiasz przez telefon (o swoim szefie dupku, nie szczędząc wulgaryzmów) z zestawem słuchawkowym bez mikrofonu, więc musisz drzeć japę, żeby rozmówca słyszał i nagle kątem oka zauważasz, że z auta obok ktoś ci się przygląda... Powoli ściszasz głos, bo nagle dotarło do ciebie, że wszyscy w samochodach obok słyszą, o czym mówisz. Delikatnie odwracasz głowę i patrzysz, a w samochodzie po prawej na miejscu kierowcy siedzi mężczyzna bardzo podobny do twojego szefa... I to on tak bezczelnie na ciebie patrzy... I patrzy... I patrzy i widzi, że ty też na niego patrzysz... Dociera do ciebie, że to on, ten wyżej wymieniony dupek... Pot zalewa twoje czoło, delikatne skinienie głowy i zawstydzony uśmiech, o on patrzy, szeroko się uśmiecha i grozi ci palcem...
Wrrrrr, chyba zgłoszę jutro urlop na żądanie...
Zaraziłam się owsikami. Ode mnie zaraził się mój chłopak. Pamiętam do dziś jego skruszoną, zawstydzoną minę kiedy mówił mi, że ma owsiki. Nie chciał mnie zarazić, dlatego zasugerował wstrzymanie się ze współżyciem i ogólnie większą ostrożność.
Do dziś nie wie, że to ode mnie złapał to dziadostwo.
Kiedyś, mając 7-8 lat, postanowiłyśmy z kuzynką zaśpiewać coś na Boże Narodzenie. Rodzina zebrała się przy świątecznym stole, a my zaczęłyśmy nasz długo przygotowywany występ.
Kiedy wszyscy spodziewali się jakiejś kolędy, my zaczęłyśmy śpiewać Ich Troje - "Kochać kobiety"...
Jednak coś poszło nie tak i kiedy zaczęłyśmy przypadkowo od refrenu krzyczeć "kochać kobiety za rosół i kotlety i za zajebisty seks", nasz występ został przerwany.
Moje ćwiczenia z Chodakowską doprowadziły do tego, że do domu wpadł mi komin...
Jestem podminowana, bo właśnie wyszła ode mnie sąsiadka z 1,5-roczną córeczką po kawie, a ja zostałam z syfem w całym prawie domu. I to niejedyna koleżanka, którą bardzo lubię, ale po której wyjściu mam dość kawkowania na kilka dni. I to nie żebym nie zwracała uwagi i nie mówiła im o tym – ale do nich to jak grochem o ścianę, nie obrażają się, ale po prostu nie dociera, bo jak mam dziecku nie pozwolić, kiedy ono chce??? A potem mówią: jak ty to robisz, że masz zawsze czysto, u ciebie nie widać, żebyś miała dzieci, a u nas syf i codzienne wycieranie podłóg, ufajdane zabawki i wszystko na wysokości maluchów, i mamy dość, kiedy one z tego wyrosną etc. Ja mimo tego że moje dzieci też kiedyś były małe i też lubiły jeść wszelkiego rodzaju chrupaczki, nigdy nie miałam tyle sprzątania po całym dniu, co po ich 2-godzinnej wizycie. Tak samo idąc gdzieś z dziećmi, nie zostawiałam takiego bajzlu.
Od początku uczyłam moje dzieci, że je się w jednym miejscu, a nie łazi z żarciem, i tego, że po zjedzeniu wyciera się rączki i buzię. Na początku trzeba je było co chwilę sadzać z powrotem na krzesło, aż się przyzwyczaiły, a to szło szybko. Po jedzeniu same rączki i buzię do umycia nastawiały.
Wszędzie okruchy, które klejąc się do ich skarpetek, przenoszone są po całym domu po podłodze, włącznie z fotelami itp., a ślady rąk upaćkanych rozmokniętym jedzeniem na wszystkich zabawkach i sprzętach.
Ja miałam bliźnięta, pracowałam dorywczo w domu, gotowałam, kawkowałam i funkcjonowałam normalnie. Przecież można sobie tyle pracy zaoszczędzić, ucząc dzieci tego prostego nawyku siedzenia w jednym miejscu podczas jedzenia i mycia się zaraz po tym. Proste jak drut, a do niektórych nie dociera.
Jedno z wielu wyznań o kupie.
Pracuję w kiosku, więc na wstępie odpowiem na nurtujące większość pytanie... gdzie sika pani z kiosku?
Otóż są trzy możliwości:
1. Ma ugadanie z jakimś pobliskim sklepem korzystanie z ich łazienki/ma w pobliżu jakąś łazienkę publiczną, typu urząd miasta itp.
2. Ma w kiosku wiadro lub miskę i leje z przyczajki skulona za ladą, a potem luuu pod drzewo jak nikt nie patrzy.
3. Trzyma.
Ja jestem zwolenniczką opcji 3, chociaż parę razy zdarzyło mi się wcielić w życie 2, jak nie było szans, żeby donieść do domu.
Wczoraj, szczęśliwa jak to człowiek potrafi z rana, przybyłam do pracy parę minut przed 6.00. Odkąd wstałam pobolewał mnie brzuch, ale zrobiłam w domu wiadomą czynność i stwierdziłam, że zaraz przejdzie.
Dotarłam do pracy, brzuch bolał coraz bardziej, bąki leciały jak dzikie, nie mogłam już wytrzymać... myślę, trudno, muszę skorzystać z wiadra, nie dam rady trzymać 8h... Zamknęłam kiosk, przestępując z nogi na nogę wyjęłam wiadro hańby, włożyłam do niego reklamówkę i kucam. Zrobiłam co trzeba, z trochą urażoną dumą ukryłam dowód zbrodni, coby go później wywalić.
Otworzyłam kiosk na nowo, siedzę, obsługuję, ale czułam, że to nie koniec wiadra na dzisiaj. Akurat był taki moment, że była długa kolejka (wiadomo, Warszawa, ruchliwy punkt, wszyscy lecą do pracy), a ja czułam, że nie wytrzymam... Obsługuję kolejnego klienta, aż tu nagle życie staje mi przed oczami, wszystkie wspomnienia przelatują, od młodości, przez gimnazjum, studniówkę.
Po tej miłej retrospekcji zesrałam się gacie.
Mam 25 lat.
Jestem kierowcą zawodowym i ostatnio zatrzymałem się na pauzę na parkingu, musiałem udać się za potrzebą. Patrzę na drzwi, a tam kartka, że dla klientów toaleta bezpłatna i klucz u obsługi stacji, a tak to płatna 2 zł, więc kupiłem fajki i poprosiłem o klucz do ubikacji. Po wszystkim wychodzę, zamykam ubikację na klucz, obracam się, patrzę, a jakiś gościu jest ode mnie ze 2-3 metry i podaje mi dłoń. Niewiele myśląc podałem mu swoją i się z gościem przywitałem... po czym zorientowałem się, że typ nie chciał się ze mną przywitać, tylko wziąć klucz z ubikacji, więc dałem mu ten klucz, walnąłem buraka i czym prędzej oddaliłem się ze stacji.
Kiedyś przyszło nam nocować pewnego pana, który pomagał nam przy żniwach.
Był to bardzo postawny mężczyzna – dwa metry wzrostu i 110 kg wagi. Pan udał się do łazienki z pilną potrzebą, a że muszla była lekko pęknięta, to można domyślić się, jaki był efekt takiej masy.
Wyobraźcie sobie, co musiał czuć, jak mówił do mojej mamy: „Przepraszam, zarwałem pani muszlę”. Mama jak pomagała powyciągać resztki muszli z pośladków pana podobno tak się śmiała, że sąsiedzi słyszeli.
Dodaj anonimowe wyznanie