Ostatnio poszłam do sklepu z zabawkami, aby kupić jakiś mały gadżet dla córeczki mojej koleżanki. Chodziłam, oglądałam, nie mogłam się zdecydować, bo wybór naprawdę był olbrzymi. W międzyczasie pewne małe dziecko (3-4 lata max) chyba ze trzy razy szturchnęło mnie podczas biegania po sklepie. Ekspedientka próbowała uspokoić dziecko, ale na nic nie reagowało, a rodzica w sklepie nie było. Gdy dzieciak wbiegł we mnie po raz kolejny, nie wytrzymałam i zapytałam, gdzie są jego rodzice. Odpowiedział tylko, że jest tutaj sam i poszedł biegać dalej.
Podeszłam do babki za kasą, okazało się, że maluch chodzi po sklepie od około dziesięciu minut, a rodziców ani nie widać, ani nie słychać. Wyszłam więc przed sklep, aby poszukać ochroniarza. Wytłumaczyłam mu, że małe, paroletnie dziecko od około kwadransa jest bez opieki rodziców, biega, zrzuca zabawki po sklepie i nic nie można z tym zrobić. Ochroniarz zainterweniował i po chwili można było usłyszeć komunikat, że mały Alanek czeka na rodziców w sklepie z zabawkami.
Po około 5 minutach przyszła oburzona matka, szarpnęła dziecko i z krzykiem do niego: „Mówiłam ci przecież, że zaraz wrócę! Nawet po buty człowiek nie może w spokoju pójść, bo zaraz musisz coś wywinąć”. Strasznie się wkurzyłam. Zwróciłam tej babce uwagę, że nie wolno tak traktować dziecka, a ta zaczęła na mnie krzyczeć i szarpnęła mnie za kurtkę. Ochroniarz podszedł i odciągnął ją ode mnie. Chciałam już wzywać policję, gdy babka ze sklepu powiedziała, bym sobie odpuściła. Gdy kobieta sobie poszła, usłyszałam, że ta kobieta jest nienormalna i że to nie pierwsza jej krzywa akcja w tej galerii. Jej mąż jest dzianym prawnikiem i gdy mały zniszczył zabawkę w sklepie, a ekspedientka kazała za nią zapłacić, to oburzona żonka zadzwoniła do męża, pogroziła pozwem, a potem napisała skargę do galerii na ten sklep.
Zapytałam babki pracującej w sklepie dlaczego nie zabronią wchodzić im do sklepu, a ona odpowiedziała, że gdy raz poprosiła o opuszczenie sklepu, bo dziecko szarpało wszystkie pluszaki za uszy, to usłyszała, że ich pozwą za dyskryminację jej dziecka, bo przecież nie można dziecku zabronić do sklepu wchodzić.
Osobiście nie zostawię tak tej sprawy. Udało mi się wygooglować, jak nazywa się ten facet i jego żonka i gdzie mieszkają. Mam zamiar zgłosić sprawę do opieki społecznej.
Naprawdę nie wiem, ile jeszcze ma się stać dziwnych rzeczy, żeby w końcu ktoś zareagował na krzywdę dziecka.
Na wigilię klasową w technikum moi kumple – żeby nie było przypału – przynieśli słoik ogórków kiszonych. Usiedli w ostatniej ławce, na środku stołu postawili słoik ogórków i „zagryzali”. Wychowawczyni spojrzała, co tam się dzieje i od razu poszła do nich, żeby zabrać im wódkę. Tylko że to byli śmieszkowie nie pierwszej wody i wódki nie mieli, po prostu jedli ogórki. Wychowawczyni się pośmiała, wszyscy rozsiedli się w świątecznej atmosferze przyjaźni i życzliwości... i dopiero wtedy wyciągnęliśmy wódkę :)
Od dwóch tygodni jestem na zwolnieniu lekarskim, mam złamane trzy palce od nogi. Moi wspaniali znajomi śmieją się, jak można nie zauważyć szafy.
Ciekawe, co by powiedzieli, gdyby dowiedzieli się, że złamałem palce... zakładając buty.
Oglądałam jakiś czas temu z mężem, bratem i byłą bratową film „Wałęsa”.
Gdy doszło do sceny, gdzie Wałęsę bili, moja bratowa aż wstała i z oburzeniem pyta:
„Czemu oni go biją? Oni nie wiedzą, że on był prezydentem?”.
Musiałam drugi raz oglądać, bo wyliśmy ze śmiechu do końca filmu.
Kiedyś wyobrażałam sobie, że kościół jest jak teatr – księża i ministranci to aktorzy, którzy robią wszystko według scenariusza, ludzie to widownia, która bierze w tym udział, a opłatą za wejście są pieniądze zbierane na tacę.
W jednej z polskich szkół, do której mam przyjemność uczęszczać, uczy pewien BARDZO surowy pan matematyk. Jego „sesje” odpytywania przy tablicy budzą w każdym uczniu uczucie grozy. Na szczęście istnieje sposób na ominięcie tej przeszkody. Mianowicie ów matematyk zawzięcie kolekcjonuje naklejki na Biedronkowe maskotki. W związku z tym na każdą lekcję ktoś z klasy przynosi mu po kilka naklejek, w zamian za co nie bierze w ten dzień nikogo do tablicy.
Oto jak dyskontowy marketing wpływa na nasz system edukacji.
Zdecydowałam się na napisanie tego tutaj, gdyż takich ludzi co raz mniej i jest to po prostu urzekające.
Pracuję w ośrodku, w którym przebywają dzieci porzucone, niechciane, chore (często nieuleczalnie). Przychodzą do nas wolontariusze, jednak większość po kilku miesiącach rezygnuje – uwierzcie mi, to nie pomaga dzieciakom. Jest jednak taki chłopak, ma 26 lat, na imię Marcin. Przychodzi do nas już półtora roku. Zawsze miły, niewiarygodnie pomocny, dzieciaki w sobie rozkochał. Poświęca im dużo czasu i ogrom serca – uczy, bawi się z nimi, organizuje różne zajęcia, warsztaty, spotkania, śpiewa z nimi piosenki, czyta i mogłabym tak wymieniać i wymieniać...
Jest w tym chłopaku coś, co wywołuje u mnie, jak również u moich koleżanek, chęć „przygarnięcia go”. Chodzi o to, że mimo uśmiechu, jaki posiada, dzięki któremu wszyscy zapominamy o swoich troskach, ma takie dziwne oczy... Takie smutne, mówiące „przytul”, w związku z czym każda miałaby chęć potraktować go jak misia przytulankę. No jest to po prostu chłopak na medal.
Mieliśmy w ośrodku dwójkę dzieciaków, z którą Marcin był jakoś szczególnie związany. Ciągle mówili mu, że go kochają, że chcieliby mieć takiego tatę i nawet kilka razy tak się do niego zwrócili. Piszę mieliśmy, bo chłopiec niestety zmarł... Została dziewczynka, mająca glejaka. Kilka dni temu dostała wysokiej gorączki, strasznie płakała, nikt nie mógł jej uspokoić. Nikt oprócz Marcina. Gdy przyjechał, od razu się do niego przytuliła i nie chciała go puścić. Marcin spędził z nią całą noc, ciągle czuwając. Widok poruszający serce.
Dzisiaj dowiedzieliśmy się, że Marcin chciałby być prawnym opiekunem dziewczynki i zdecydował o tym właśnie po tej nocy, choć myślał o tym już wcześniej.
Wszyscy wiedzą, że będzie to bardzo trudne, ale trzymamy za niego kciuki!
Przy tej okazji chciałabym powiedzieć, żebyśmy nie byli obojętni wobec innych.
Nawet najmniejsza czynność może wywołać radość, a życie pisze różne scenariusze.
Oby było więcej ludzi takich jak Marcin!
Jestem po studiach wyższych ukończonych 6 lat temu z tytułem magistra, a pracuję jako... ochroniarz w firmie produkującej słodycze. Jako ochroniarz zacząłem pracować już kilka lat temu, wynika to z problemów zdrowotnych uniemożliwiających mi wykonywanie fizycznej pracy. Moja praca to nie tylko siedzenie w dzień i odpowiadanie dzień dobry. Portiernia zajmuje się niemal wszystkim – wydawanie kluczy, kontakt z osobami umówionymi na spotkania, przyjmowanie surowców, kierowanie ruchem tirów, udzielanie informacji kierowcom, no drugi sekretariat.
Praca po 10 lub 12 godzin, nocne patrole, kontakt z ludźmi jako pierwsza linia frontu. Jednak jak ktoś usłyszy gdzie pracuję i co robię, to od razu jestem „cieciem”. Moja rodzina przy każdej nadarzającej się okazji udziela mi złotych rad i krytykuje, że po co ci były studia, tu i tu byś więcej zarobił i tak dalej. Jednak wolę zarobić 5 stów mniej i mieć święty spokój niż utyrać się jak wół i za każdym razem mieć delirkę na myśl o pójściu do pracy.
Nie przejmujcie się i róbcie to, co lubicie, a nie to, co wam każą.
Z Fartem ;)
W liceum poznałam cudownego chłopaka. Mimo kilku przeciwności zaczęliśmy być razem. Spotykaliśmy się często, po liceum poszliśmy razem na studia, w końcu też zamieszkaliśmy razem. Minęło tak ponad siedem lat związku idealnego. Kochaliśmy się, rozumieliśmy, mieliśmy podobne poczucie humoru. Tam gdzie trzeba byliśmy podobni, w innych sprawach się uzupełnialiśmy. Przyszedł czas, że wszyscy zaczęli pytać o zaręczyny. Ba, nawet on planował już naszą wspólną przyszłość. Nie odebrałam żadnego sygnału, że coś jest nie tak, aż nagle ze mną zerwał. Tak po prostu. Niezrozumienie zamieniło się w nadzieję, że będziemy razem, gdy co jakiś czas ponownie pojawiał się w moim życiu, wpadał na wieczór z winem czy prezentem urodzinowym. Ale tematu powrotu nie było.
Po jakimś czasie dowiedziałam się od wspólnego przyjaciela, że mój były nagle zdał sobie sprawę, że byłam jego jedyną partnerką, więc rzucił mnie, żeby sobie poużywać życia. A nasze spotkania? Po prostu nie chciał palić za sobą mostów, bo w głębi ducha wie, że jestem mu przeznaczona. A dodatkowo nie zaakceptowałby faktu, że mogłabym spotykać się lub sypiać z kimś innym (!). Więc z doskoku mnie zaspokajał.
Można być bardziej naiwnym niż ja? Chyba przestaję wierzyć w miłość.
Kojarzycie może lifehack, gdzie aby schłodzić się w upalne dni wystarczy poszewka i wiatrak? Jako człowiek-odkrywca chciałam użyć tego jakże interesującego sposobu.
Nic prostszego, poszewka w dłoń, wiatrak do gniazdka i jedziem z koksem... Otóż nie... Aby to wyszło, wiatrak musi mieć odpowiednie obroty, a poszewka musi być z materiału, który nie przepuszcza powietrza.
Kończąc moje bazgroły i niekończącą się opowieść...
Wiatrak zaczepił się o poszewkę i rozleciał na części (dosłownie, skrzydła rozleciały się na niemalże drobny pył).
Był to jedyny wiatrak w moim domu, na tyle spanikowałam, że winę zrzuciłam na psa. Drugi rok w upalne dni żyjemy bez wiatraka.
Ech, głupota nie zna granic...
Dodaj anonimowe wyznanie