Pewnego razu oglądałam kultową "Szkołę" z 5-cio letnim bratem. Odcinek całkiem ciekawy, bohaterka chciała wrobić znienawidzonego kolegę w gwałt. Nic nie rozumujący brat spytał się mnie co to znaczy. I jak wytłumaczyć to malcowi? Odesłałam go do mamy i przysłuchiwałam się, jak mu to wytłumaczy. Była lekko zdziwiona, ale podołała zadaniu odpowiadając "Gwałcić to... robić komuś rzecz, której ta osoba nie chce". Uśmiechnęłam się pod nosem, sprytnie Mamo.
Mijały dni, może nawet tygodnie a ja zapomniałam o sprawie. Aż do wczoraj.
Jak to rodzeństwo, często się przekomarzamy, a że jestem starsza lubię mu "dokuczać". Wczoraj właśnie młody bawił się samochodami, gdy zabrałam mu jego ulubionego i udawałam, że mu nie oddam, bo to już mój samochód i ja chcę się nim bawić. Zrozpaczony przedszkolak wezwał rodzicielkę "Mamooo!". Wygrałam, myślę sobie. Znów go nabrałam, to takie piękne. Szybko jednak zmieniłam zdanie, gdy mój braciszek dokończył: "Aga mnie gwałci!". Pośpiesznie oddałam mu zabawkę i już więcej go nie "gwałciłam".
Dziś rano jak jechałam rano autobusem do pracy zobaczyłam kolegę ze studiów. Gdy do niego podeszłam i się przywitałam on od razu wstał. Powiedziałam z uśmiechem "Nie musisz wstawać, siedź". Na to on "Nie wstałem ze względu na ciebie, wysiadam na tym przystanku". Ups...
Sytuacja miała miejsce tydzień temu. Stałam na przystanku tramwajowym, na którym byłam sama. Po drugiej stronie ulicy zobaczyłam starszego pana, który sobie spokojnie szedł chodnikiem, aż tu nagle upadł na ziemię potykając się o nierówną płytkę.
Jako że mam dobre serce od razu pobiegłam w jego stronę, chcąc pomóc mu się podnieść z ziemi. Musiałam przeskoczyć przez barierki i niestety... nie udało mi się. Potknęłam się i upadłam na ziemię uderzając w nią głową. Straciłam przytomność. Gdy się obudziłam okazało się , że ten starszy pan (do którego biegłam) klęczy nade mną a obok niego 2 lekarzy... Moja pomoc skończyła się na złamanej ręce, wstrząśnieniu mózgu, 5-dniowym pobycie w szpitalu i wstydzie.
Sytuacja miała miejsce niedawno, ale swój początek ma jeszcze około 10 lat temu, kiedy byłem w gimnazjum.
Z racji, że byłem wtedy dosyć nieśmiałym i wstydliwym gimbusem, miałem problemy z dziewczynami. Tak się zdarzyło, że pewnego dnia na GaduGadu napisała do mnie jakaś obca mi dziewczyna z mojego miasta rodzinnego (na południu Polski). Ogólnie nim się spotkaliśmy to bardzo często gadaliśmy, spędzaliśmy po parę godzin na rozmowie. Konkretnie nas ciągnęło do siebie, aż do pierwszego spotkania.
Na pierwszym spotkaniu przypadliśmy sobie do gustu, aż w końcu wracając wieczorem przez park koleżanka zaproponowała, aby pójść za krzaki. Domyślałem od początku o co chodzi, ale ostatecznie skończyło się na całowaniu i eee... macaniu bardzo intymnym.
Spotkaliśmy się jeszcze dwukrotnie i za każdym razem tak się kończyły nasze spotkania, aż z czasem postanowiłem zakończyć te relacje. Stawała się powoli dziwna, bo kiedy dziewczyna na GG praktycznie wymagała ode mnie dyspozycyjności 24/7 o tyle jak się widzieliśmy była kompletnie nieśmiała i kończyło się zawsze na macaniu.
Następnie akcja przenosi się do zeszłego weekendu kiedy to byłem z narzeczoną na ślubie jej dalekiej przyjaciółki na północy kraju. Na weselu zdążyłem się już trochę wstawić i poszedłem na papierosa na parking restauracji w której odbywało się wesele. Wtedy też podeszła do mnie Panna Młoda.
Powoli nawiązała się gadka szmatka, aż w końcu zapytała się mnie skąd pochodzę... Odpowiedziałem, że z miasta na południu Polski. Dowiedziałem się, że ona też tam mieszkała. Gadka, szmatka i ostatecznie zdaliśmy sobie sprawę, że znamy się... Ba, nasze pierwsze intymne kontakty były wspólne!
W tym momencie szok lekki, bo nie spodziewałem się poznania przyjaciółki narzeczonej w ten sposób. Najgorsze nastąpiło chwilę później, bo Panna Młoda momentalnie rzuciła się na mnie aby mnie przytulić i zaczęła krzyczeć, że czekała na mnie prawie 10 lat, że kocha mnie ponad życie i zawsze będzie mnie kochać! Krzyczała, że jestem jej pierwszym który zwrócił na nią uwagę i żebyśmy uciekli jeszcze tej nocy, że popełniła błąd z tym ślubem ale los i przeznaczenie pozwoliło jej natrafić na jej ukochanego od wielu lat!
Cały czas próbowałem ją uspokajać, aż w końcu wydarłem się na nią, że ledwo ją pamiętam i to wszystko to były gimnazjalne wybryki gówniarzy! Zapewne ją alkohol poniósł, że takie głupoty gada i niech wraca do środka!
W tym momencie dziewczyna praktycznie pobladła, pobiegła do środka drąc się i płacząc wniebogłosy. Wtedy też spotkała moją narzeczoną i próbowała jej wytłumaczyć, że chciałem ją macać i moja narzeczona powinna zerwać zaręczyny i najlepiej całą znajomość. Wtedy też Pan młody usłyszawszy to wystartował do mnie z łapami, oprócz niego pół męskiej gościny także... Nie mogłem w to uwierzyć, krzyczałem, że to nie moja wina. Z racji, że sytuacja się zaogniła i krzyki ściągnęły właściciela restauracji, ten wezwał policję. Ostatecznie zgarnięty zostałem ja, Pan Młody, Panna Młoda, moja narzeczona i bodajże trzech wujków od strony Pana Młodego.
Mój pobyt na komisariacie to było łącznie półtora godziny przesłuchań, ale na moją obronę właściciel dostarczył nagrania z kamery parkingowej, gdzie widać było jak Panna Młoda się na mnie rzuca, a ja ją próbuje odepchnąć. W związku z tym zarzuty zostały cofnięte (Policja nawet sprawy nie otworzyła, na szczęście). Ja mogłem założyć sprawę o zniesławienie ale podarowałem to sobie, moja narzeczona na szczęście od początku stała po mojej stronie.
Ostatecznie jednak kiedy dowiedziała się, że powodem reakcji jej przyjaciółki były wydarzenia sprzed prawie 10 lat, potrzebowała paru dni spokoju aby to sobie na wszystko ułożyć. Pan Młody dowiedział się o wszystkim co wygadała jego żona do mnie ale jednak jej wybaczył. Ja osobiście słowa "przepraszam" nie usłyszałem ani od niego, ani od startujących do mnie wujków.
Parę lat temu wybrałam się z moją babcia na grzyby. Jest to już osoba w ładnym wieku i nie widzi za dobrze. W poszukiwaniu grzybów była bardzo pochylona i nie widziała nic przed sobą. W pewnym momencie wpadła na drzewo a z jej ust padły słowa "Oj, przepraszam Pana bardzo" i poszła dalej.
Przeprowadziłam ze swoją mamą bardzo ciekawą rozmowę:
- Mamo idę do wojska.
- Ja cię nie puszczę - odpowiedziała mama.
- To ja się puszczę!
Dopiero później zorientowałam się jak to zabrzmiało.
Sytuacja z wczoraj. Zaczyna się sezon koszenia traw. Tato poprosił mnie o wykonanie tego za niego, gdyż on śpieszy się na trening. Jako miły syn zgodziłem się, chociaż niechętnie.
Odpalam kosiarkę, pcham ją bez jakiegokolwiek zainteresowania tą czynnością. Więc wpadam na pomysł, żeby założyć słuchawki i posłuchać muzyki, aby jakoś uatrakcyjnić tą nudę. Wkładam je w uszy i włączam swoje rapsy. Po kilku kawałkach zacząłem do tego tańczyć (jeśli to można nazwać tańczeniem). Machałem rękami i nogami w każdą stronę świata, próbując udawać rapera. Gdy poczułem się już swobodnie zacząłem również rapować. A że moje umiejętności rapowania są podobne do tańczenia, bardziej przypominało to bezładne ruszanie ustami i wypluwanie byle jakich słów. Nagle na słuchawkach poleciał ,,Gospel - Helikopter". Jako że znam większość słów też zacząłem rapować i tańczyć jednocześnie. Zobaczyłem mamę w oknie, ale mamusia jest akurat lekko głucha, zatem nie przerwałem pokazu swoich umiejętności artystycznych. Czułem się tak swobodnie jak nigdy w życiu.
Wyłączam kosiarkę nie przestając występu i usłyszałem szczekanie psa. Obracam się w jego stronę. Nagle zauważam za płotem 7 osób, w tym mojego kumpla z dziewczyną, oraz sąsiadów z dziećmi. Miny mieli na wpół rozbawione, na wpół wściekłe. Okazało się, że tak rapowałem, że przekrzykiwałem samego siebie oraz kosiarkę i wszyscy zbiegli się żeby zobaczyć co się stało. Podobno stali tam przez 20 minut i ich nie zauważyłem, a wkurzyli się głównie przez pełną wulgaryzmów piosenkę Gospela którą "rapowałem" przy dzieciach.
Sytuacja miała miejsce dwa, może trzy lata temu. Wracałam ze szkoly późnym, zimowym popołudniem. Jako, że autobus, którym wracałam nie jedzie pod mój blok musiałam wysiąść na wcześniejszym przystanku. Można się tam przesiąść na inny autobus, kursujący pod mój blok, lub przejść ten jeden przystanek pieszo, co zazwyczaj zajmuje 5 minut. Oczywiście, że wybrałam pierwszą wersję.
Gdy wyszłam z autobusu, zobaczyłam drugi, którym chciałam szybko dojechać do domu. Wbiegłam szybko do pojazdu - ledwie zdążyłam. W ręce trzymałam telefon. Autobus był wyjątkowo wypełniony ludźmi. Stanęłam więc przy drzwiach. I w chwili, gdy zaczęły się one zamykać komórka wyleciała mi z rąk! Panicznie naciskałam guzik, który otwiera drzwiami, niestety kierowca ich nie otworzył. Wtedy ludzie, którzy to widzieli zaczęli krzyczeć "Proszę otworzyć drzwi!". Przyłączyłam się do okrzyków. Kierowca zatrzymał autobus i otworzył drzwi. Pojazd gonił młody chłopak z moimi telefonem. Wzięłam od niego mój telefon, mając nadzieję, że kierowca odjechał. Niestety postanowił na mnie poczekać. Czerwona jak burak wróciłam do autobusu. Podziękowałam kierowcy i ludziom. Reszte podróży spędziłam przyklejona ze wstydu do drzwi.
Z perspektywy czasu całe zajście bardzo mnie śmieszy. Dobrze, że są jeszcze życzliwi ludzie.
Mój 4-letni syn mówi do pani w przedszkolu, która była ubrana w bluzkę na ramiączkach:
- Ma pani takie same włosy pod pachami jak mój tata!!!
Jak byłam dzieckiem miałam dziwną fobię. Mianowicie za każdym razem idąc do ubikacji bałam się, że braknie papieru. Więc zawsze jak mama kupowała papier toaletowy to kradłam jedną rolkę i chowałam je w różnych dziwnych miejscach, o których później zapominałam. Mama przy sprzątaniu znajdowała te rolki i zastanawiała sie co one tam robią. Do tej pory nikt oprócz mnie nie zna rozwiązania tej zagadki.
Dodaj anonimowe wyznanie