Jestem niedoszłym samobójcą...
Już od szkoły podstawowej depresja zaczęła gościć w moim życiu, a pod koniec szóstej klasy miałem swoją pierwszą próbę - nie będę pisał jak, dlaczego i po co, bo nie jest to istotne w tej historii. Oczywiście trafiłem do szpitala, rozpocząłem terapię i żyłem dalej. Dokładnie trzy lata później (3 klasa gimnazjum) - historia się powtarza.
Tylko tym razem prawie mi się "udało" (gdy zostałem znaleziony nieprzytomny, miałem ledwo wyczuwalny puls, a na domiar złego karetka, która po mnie przyjechała - miała wypadek w drodze do szpitala. Lekarze byli pod wrażeniem, że ciało się nie poddało tyle czasu).
Pamiętam jak obudziłem się następnego dnia w szpitalnym łóżku i szczerze pomyślałem "do trzech razy sztuka". Leżałem sam w pustym pokoju, obmyślając co tym razem nie wyszło, co można poprawić, by mieć pewność, że następny będzie już ostatni.
Wszystko się zmieniło, gdy zobaczyłem pierwszy raz od przebudzenia moich rodziców. Z ich twarzy wyczytałem, że zraniłem ich bardziej niż ktokolwiek inny byłby w stanie.
Teraz mam 25 lat i po dziś dzień jest mi wstyd za to co zrobiłem, za to jaką krzywdę wyrządziłem swoim bliskim. Zawsze gdy depresja znów zaczyna mieszać w moim umyśle, przypominają mi się obrazy z tego dnia, nawet jakbym chciał - nie umiałbym tego powtórzyć.
Żyjemy nie tylko dla siebie.
Jak byłam mała ukradłam z łazienki rolkę papieru toaletowego i schowałam go w karton z moimi pluszakami, ponieważ bardzo mi się podobał. Przechowywałam go tam kilka lat i często na niego patrzyłam. Byłam dziwna.
Powiedzcie dlaczego niektórzy rodzice tak bardzo krzywdzą swoje dzieci? Moi rodzice nazwali mnie "Dżesika-Stella..."(Tak, Dżesika nie Jessica).
Za parę dni mam osiemnastkę i idę zmienić te dwa imiona na Natalia-Roksana i mam to gdzieś co sobie pomyślą.
Pojechałam z koleżanką na kąpielisko do jednego z większych polskich miast, aby się poopalać. Obok nas rozłożyła się rodzina - 3 dorosłych i 2 dzieciaków, około 4-5 lat. Dzieci zaczęły biegać i oblewać się wodą z czegoś co wyglądało jak pompki (tyle, że na wodę), oczywiście krople wody oblały też wszystkie osoby obok, ale nie reagowałyśmy na to - myślałyśmy, że rodzice ich upomną. Do czasu aż podczas leżenia poczułam jak cały strumień wody leci prosto w moją twarz - otworzyłam oczy i widzę szczerzące się dziecko. Wszystko wokół mnie mokre - ubrania, telefon, książka... Nie wytrzymałam i krzyknęłam do rodziców, by poprosili swoje dzieci o przestanie oblewania innych ludzi.
Tak, to był mój błąd. Zostałam zwyzywana od kur*, dziw* (tak, takie słownictwo przy dzieciach), rozpieszczonych, Janusz krzyknął, że "zaraz mi przypier*", "to tylko dzieci", "jak sama urodzisz to zrozumiesz", a tak w ogóle "to mam wypier* bo to nie jest prywatna plaża". Obok rodziny byli ich znajomi, którzy ochoczo dołączyli do linczu na moją osobę. Próbowałam jakoś dojść z nimi do porozumienia, ale jak grochem o ścianę... więc wróciłam do opalania. Nic z tego. Obelgi nie umilkły, a Janusz znalazł sobie nową zabawę - kazał dzieciom latać po wodę i ciągle mnie nią oblewał.
Gdy próbowałam coś powiedzieć, to obrywałam po twarzy. Potem zaczęli rzucać w nas jedzeniem. Myślałam, że się znudzą i przestaną - niestety nie. Gdy moja koleżanka usiadła, by wyjąc coś w torby, Janusz zaczął ją oblewać... po majtkach. Następnie po piersiach, obleśnie się przy tym śmiejąc. Chciałam zabrać mu tę zabawkę i spuścić łomot, ale co taki niski chuderlak jak ja może zrobić Januszowi 1,8m i 180kg? Nie będę tutaj przytaczać co mówiłam gdy odchodziłyśmy poszukać innego miejsca, bo to teraz i tak nie ma sensu.
Wiem, że źle zrobiłam odzywając się, bo przecież "kupy* się nie tyka". Mogłyśmy przenieść się od razu. A w ten sposób tylko sprawiłam Januszowi niezłą zabawę, pozwoliłam zdobyć podziw w oczach żony (może teraz mu da) i zafundowałam kolejną historię z serii "obroniłem honor swojej rodziny". Najgorsze jest to, że pozwoliłam, by Janusz pokazał dzieciom jak powinno się traktować obce osoby. I że każda kobieta to k****.
Ale wiecie co boli mnie najbardziej? To, że nikt się tym nie zainteresował. Wokół było z 20 innych ludzi, którzy tylko się przyglądali, niektórzy nawet się śmiali. Ok, może uznali mnie za wroga dzieci nr 1, ale czy to powód, by przez jakieś 15 minut mnie wyzywać? By w kółko, po chamsku oblewać mnie i moją koleżanką wodą, niszcząc nam przy tym wyjazd?
Proszę nie piszcie "co wy byście zrobili na moim miejscu", bo to też nie ma sensu. Po prostu chciałam się wygadać.
Właśnie się dowiedziałam, że jak wypiszę się z religii, to zostanę wyrzucona z domu i mam się więcej rodzinie nie pokazywać, bo nie będę już ich córką.
Mam 18 lat.
Ach, ta miłość rodzicielska...
Często gdy mam okres (a jestem niestety skazana na długie i bolesne okresy, podczas których moje nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie), staję sobie przed wieczornym prysznicem przed lustrem, sięgam do wiadomego miejsca ręką i zebraną krwią rysuję sobie na twarzy i szyi ślady, żeby upodobnić się do Damon'a z Pamiętników Wampirów który właśnie dokonał konsumpcji.
I tak przez chwilę udaję przed lustrem wampira, a nie dziewczynę z okresem, a potem jak gdyby nigdy nic idę pod prysznic. Najdziwniejsze jest to, że poprawia mi to samopoczucie.
Co tu dużo mówić... jako dziecko miałam dość ciekawe pomysły. To wyznanie dotyczy owadów.
Pewnego słonecznego dnia urządziłam polowanie na muchy i tym sposobem złapałam kilka bardziej żywotnych. Dwie z mojej kolekcji zaintrygowały mnie bardziej niż reszta, która poszła zwiedzać mieszkanie zaprzyjaźnionego pająka. Idąc tym tropem, jako logicznie myślące dziecko, stwierdziłam, że skoro psy wyprowadza się na spacer, to muchy także potrzebują wybiegu. Niestety moje zdobycze wykazywały niesamowitą chęć powrotu na wolność, czego nie chciałam im ułatwiać. Tak też powstała pierwsza smycz dla much! Z zasłyszanych od babci historii "A twój wujek, to dopiero był łobuz...", podłapałam pomysł. Tak też lekko zaplecioną nitkę (coś jak lasso), założyłam po ciężkiej walce na głowę wybranki i delikatnie zacisnęłam pętlę. Dumna z siebie zawiesiłam me trofeum.
Nie wyobrażacie sobie miny dziadka, kiedy pewnym krokiem wszedł do pokoju, a jego oczom ukazały się 2 latające wokół żyrandola muchy, zawieszone na nitkach...
Patrzyłam na nie z większym zaciekawieniem niż na dobranockę.
W sumie do tej pory mam sporo głupich pomysłów (nie wiem jak mój facet ze mną wytrzyma). :)
Nasza mama prowadzi nas twardą ręką.
Ale potrafi być czasami nad wyraz luzacka.
Za to ją kochamy, ale dziś przeszła samą siebie. :D
Brat, lat 16 smażył naleśniki, mama sprzątała tam coś jeszcze w domu.
Siedzę w pokoju i słyszę z kuchni głosy:
M: Ale smaruj tego naleśnika porządnie dżemem...
B: Mamo, to nie Paint...
M: Ale tu, zobacz, zostawiłeś, będzie bezsmakowe, no synu...
B: Mamo, to mój naleśnik!
M: Wiem! Ale ma być smaczny, weź rozsmaruj!
B: Mamo no weź!
M: Naleśnik to nie cipka żeby lizać w jednym miejscu, uszanuj naleśnika!
Umarłam ze śmiechu :D
Kiedyś jadąc tramwajem zacząłem słyszeć jakieś głosy 'w głowie'. Nasiliły się one do tego stopnia, że nie wytrzymałem i postanowiłem wysiąść na następnym przystanku. Kilka minut później tramwaj się wykoleił.
Historia zdarzyła się w maju tego roku. Kończyłem wtedy drugą klasę liceum, a moja dziewczyna trzecią gimnazjum. Miała ona bardzo niemiłą i nielubianą nauczycielkę od matematyki, co jest ważne dla tej opowieści.
Czekałem na moją wybrankę przed jej gimnazjum, paląc papierosa. Wtedy ujrzałem ową znienawidzoną przez nią nauczycielkę, wychodzącą ze szkoły. Wiedziałem, że nie lubi ona palących uczniów i szczególnie się na nich uwzięła, więc za trzy lata katorg mojej dziewczyny w jej klasie, postanowiłem sobie z niej zażartować. Tutaj warto dodać, że bez zarostu wyglądam dość młodo, można mnie więc pomylić z gimnazjalistą :) Matematyczka od razu mnie zauważyła i po chwili podeszła, wywiązała się więc krótka rozmowa:
(J- ja, N-nauczycielka)
N: No ładnie, tak przed samą szkołą bezczelnie fajki pali. Z której jesteś klasy?
J: 2A - odpowiedziałem (w sumie nie kłamiąc, nie dodałem tylko, że liceum).
N: Druga klasa i już wchodzisz w nałogi dziecko, podaj imię i nazwisko, przekażę twojej wychowawczyni, Pani (nazwijmy ją) Kowalskiej, że palisz.
J: Wątpię, aby jakaś Pani Kowalska miała coś do mojego palenia.
N: Teraz bezczelnie pyskujesz? Zobaczymy co będzie jak zadzwoni do twoich rodziców.
J: Nie sądzę, aby miała do nich kontakt, poza tym, moi rodzice wiedzą, że palę.
N: Tak? W takim razie zapraszam za mną, do dyrektora.
Z uśmiechem na twarzy postanowiłem pociągnąć tą farsę jeszcze trochę. Po drodze nauczycielka ochrzaniła mnie jeszcze za to, że nie znałem drogi do gabinetu dyrekcji i sama musiała prowadzić. Niedługo potem, wparowała do tego pomieszczenia bez pukania i mówi:
(D-Dyrektor):
N: Panie dyrektorze, ten uczeń, z klasy drugiej A palił papierosy przed samą szkołą, zachowywał się bezczelnie wobec mnie i obraził(?) Panią Kowalską. Nie chciał również mi podać swojego imienia i nazwiska...
D: Jesteś z drugiej A chłopcze? - przerwał matematyczce dyrektor - Nie kojarzę cię.
J: Tak proszę Pana, z klasy 2A Liceum... (nazwy nie będę podawać).
Mina opryskliwej nauczycielki matematyki bezcenna. Wyjaśniłem, że przyjechałem odebrać dziewczynę ze szkoły, papierosa paliłem w dozwolonej odległości od szkoły, poza jej terenem, oraz, że nie zostałem spytany czy jestem uczniem owego gimnazjum.
Dyrektor nie potrafił ukryć swojego uśmiechu i poprosił matematyczkę, aby mnie przeprosiła za zajście. Zrobiła to z wielkim grymasem na twarzy i wyszła obrażona z gabinetu. Na koniec dyrektor poradził mi przekazać mojej ukochanej, aby nie chwaliła się, że jest moją dziewczyną, bo jeszcze nie zda matematyki :D
Odebrawszy moją dziewczynę, dowiedziałem się, że miała tego dnia kilka nieciekawych sytuacji z ową matematyczką w roli głównej i mój mały żarcik bardzo poprawił jej humor. Do dziś śmiejemy się z tej historii, nauczycielka nie dowiedziała się, że jest moją dziewczyną, a luba matmę zdała na 4 :)
Dodaj anonimowe wyznanie