Witam!
Dzisiaj odbyłam swoją pierwszą podróż promem. I jako ze to ważne wydarzenie w moim młodym życiu, nie obyłoby się bez wtopy.
Tak więc, spacerowałam sobie po pokładzie, aż poczułam ze potrzebuje skorzystać z toalety. Okazało się, że dostałam miesiączkę. Cały dzień bolało mnie podbrzusze więc czułam, że ciocia z czerwoną walizką nadchodzi, ale nie sądziłam ze dopadnie mnie na otwartym morzu! Wyszłam z tej toalety do kajuty po portfel i pogoniłam do sklepu. Weszłam, porozglądałam się i nie widzę, ani podpasek, ani tamponów.
Sytuacja nieco krępująca ponieważ za kasą siedział młody mężczyzna wraz z krępym ochroniarzem. Porozglądałam się chwilę po sklepie aż wyszli wszyscy klienci (czując, że moja prowizoryczna podpaska z papieru toaletowego długo nie pociągnie). I czerwona jak burak podchodzę do kasjera z zapytaniem czy ma wymienione powyżej przybory higieniczne jakich potrzebowałam. Odpowiedział, że nie ma ich, ale są w sklepie kosmetycznym, który z kolei otwierają o 17 (wspomnę tylko, że było około godziny 15), zrobiłam minę jakby ktoś mi nóż w plecy wbił, podziękowałam i wychodzę zastanawiając się co teraz zrobię, kiedy usłyszałam głos kasjera:
- A pani potrzebuje tego na teraz?
- Tak.
- W takim razie proszę za mną.
Otworzył specjalnie dla mnie sklep kosmetyczny i pozwolił wybrać to, czego potrzebowałam, po czym zamkną za mną i skasował mnie przy swojej kasie. Jeszcze nigdy nie byłam nikomu tak wdzięczna.
Nie wiem, czy to czytasz przemiły kasjerze, ale jestem Ci na prawdę niesamowicie wdzięczna!
Historia, którą chcę Wam opisać nie przydarzyła się mnie, tylko mojej znajomej.
Kiedy była jeszcze młoda jej teść poważnie zachorował. Lekarze nie dawali mu szans. Nikt nie chciał w to wierzyć, tym bardziej, że teść był mężczyzną z dużym poczuciem humoru i często żartował ze swojej choroby, śmierci i swojej rodziny. Każdy sądził, że skoro tak często się z tego śmieje, nie może być aż tak chory.
W dniu jakiegoś familijnego zjazdu dopisywał mu humor szczególnie. Żartował z proboszcza parafii, który przygłuchy, śpiewał jakby wół wołający krowę, albo jeleń na rykowisku. Wszyscy się z tego śmiali. Wtedy teść powiedział: "Jeśli będzie tak śpiewał na moim pogrzebie, to wyłączę korki i już nie będzie się tak darł przez ten mikrofon. Obiecuję!". Oczywiście nikt nie wziął tego na poważnie.
Po jakimś czasie zmarł. Pogrzeb. Msza, pełno ludzi w kościele, zapłakana rodzina. Proboszcz wychodzi na ambonę i zaczyna swoje ryki stęsknionej krowy. Nikt nie zwraca na to uwagi, każdy pogrążony we własnym smutku. Znajomej przypomniało się, co mówił teść przed śmiercią o własnym pogrzebie. Uśmiechnęła się lekko słysząc, jak proboszcz wchodzi na szczególnie irytujące rejestry i nagle ŁUP! Zgasło światło, mikrofon przestał działać i już księdza nie było tak słychać. Ludzie poruszyli się niespokojnie w ławkach, ale nikt nie zareagował, dotrwali do końca.
Później okazało się, że wybiło korki. Chyba nie wytrzymały wycia proboszcza. A może to zmarły miał już dość?
Półtora roku temu skończyłam klasę maturalną o profilu biologiczno-chemicznym. Chciałam się dostać na medycynę, więc egzaminy właśnie z tych przedmiotów były dla mnie najważniejsze. W dniu matury z biologii od rana czułam się źle, ale tłumaczyłam sobie to stresem. Czułam mimo to, że coś jest nie tak i dla pewności wzięłam wcześniej stoperan, na wszelki wypadek.
Równo o 14:00 zabrałam się do pisania, tuż po sprawdzeniu ile arkusz zawiera pytań (aż 22 z niesamowicie długimi wstępami!). Koło 3 zadania dziwne odgłosy w brzuchu nasiliły się, ale nie zwracałam na nie uwagi. Przy 12 zadania poczułam, że treść jelit napiera. Nie było mowy, abym wyszła do toalety i straciła tak ważne minuty. Podczas rozwiązywania 14 zadania poczułam, że mój tyłek zaraz eksploduje. Zaraz potem poczułam, że przegrałam tę nierówną walkę. Zrobiłam kupę w majtki podczas egzaminu maturalnego...
Jestem pewna, że wszyscy poczuli, ale nikt nie oderwał się od arkusza, by otworzyć okno. Myślałam, że zaraz spalę się ze wstydu. Gdy tylko skończyliśmy maturę o 17:00, wybiegłam do szkolnej toalety i wyrzuciłam te (za przeproszeniem) zasrane gacie.
Do domu wróciłam bez bielizny, ale ostatecznie dostałam się na medycynę!
Historia jak najbardziej anonimowa, nikt ze znajomych z klasy nie wie kto tak zatruł wtedy powietrze. Nawet nie podejrzewają, że to była moja wina ani tego, że to nie bąki tak śmierdziały.
Pracuję w jednej z większych galerii w moim mieście. W tamtym roku akurat miałam zmianę w Środę Popielcową, gdzie akurat w ten dzień jest post ścisły od jedzenia mięsa. Jakie było moje zdziwienie, gdy idąc do WC i przechodząc koło KFC, zobaczyłam zakonnice, które objadały się kurczakami.
Mam 25 lat, mieszkam od zawsze w Warszawie. Dwa lata temu rozstałam się z moim chłopakiem, z którym byłam 4 lata. Od tego czasu z nikim się nie spotykałam. Zaczęła mi doskwierać samotność (moje koleżanki są już zaręczone albo zamężne), więc postanowiłam założyć konto na portalu randkowym. Nigdy nie byłam zwolenniczką nawiązywania znajomości w ten sposób, ale cóż...
Po założeniu konta wielu facetów zaczęło do mnie pisać. Z jednym pisało mi się szczególnie dobrze. Nazwijmy go Paweł. Po kilku dniach pisania zaproponował spotkanie. Odmówiłam, bo uważałam, że jest jeszcze na to za wcześnie. Nie obraził się na mnie, zrozumiał moje obawy. Nadal ze sobą pisaliśmy i dogadywaliśmy się coraz lepiej. Po miesiącu zdecydowałam się z nim spotkać. Oboje uznaliśmy, że nie potraktujemy tego spotkania jako randki.
Już na pierwszym spotkaniu Paweł zrobił na mnie duże wrażenie - przystojny, szarmancki, kulturalny. Wydawał się inny niż faceci, których do tej pory znałam. Do tego był ode mnie 4 lata starszy, miał dobrą pracę. Można powiedzieć ideał. Widzieliśmy się pierwszy raz, a czułam się jakbym go znała od lat. Zastanawiałam się tylko, dlaczego taki facet jak on jest sam. Przecież niejedna chciałaby być z kimś takim. Postanowiłam wprost go o to zapytać. Opowiedział mi wtedy, że pochodzi z Poznania, a w Warszawie pracuje od dwóch miesięcy. Nie ma tu znajomych i czuje się samotny, a ciężko nawiązuje mu się relacje face to face, dlatego założył konto na tym portalu. Był przy tym bardzo przekonujący, więc głupia uwierzyłam.
I tak oto zaczęliśmy się spotykać, spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu, zabierał mnie do kina, restauracji, a ja czułam, że się w nim zakochuję. On sam często mi powtarzał, że mu na mnie zależy. Naprawdę w końcu byłam szczęśliwa.
Niestety po dwóch miesiącach nagle zakomunikował mi, że wyjeżdża z Warszawy, bo przenoszą go do Łodzi. Byłam w szoku, czegoś takiego się nie spodziewałam. Naprawdę zależało mi na nim, chciałam spróbować uratować ten związek mimo to. Mogliśmy przecież spotykać się przez weekendy, a za pół roku, gdy wygaśnie moja umowa o pracę, byłam gotowa przenieść się do Łodzi. On jednak się nie zgodził. Uznał, że to nie ma sensu i się rozstaliśmy.
Dość długo nie mogłam się pozbierać. Tak, wiem, byłam głupia zakochując się w facecie, którego ledwo co znałam, ale jak to się mówi - serce nie sługa.
W końcu jednak udało mi się ogarnąć.
Wczoraj, po 4 miesiącach, przypadkowo spotkałam go w supermarkecie Z żoną i mniej więcej 2-letnią córką (tak, na pewno to była jego córka, bo mówiła do niego "tatusiu"). Gdy mnie zobaczył był w szoku, ale udał, że mnie nie zna.Ja również się nie odezwałam. Wyglądali na całkiem szczęśliwą rodzinkę, dlatego tym bardziej nie potrafię zrozumieć, po co spotykał się ze mną i wymyślił tę całą bajeczkę.
Mam ciocię, która jest nauczycielką matematyki w jednym z liceów w moim mieście (nazwijmy ją tutaj "Kowalska"). W stosunku do mnie jest jedną z bliższych mi osób w całej rodzinie, zawsze uśmiechnięta i pełna energii, ale też zawsze lubi postawić na swoim i ogólnie, to taka baba "z jajami". Jednak słyszałam co nieco na temat, że w pracy jest tzw. "żyletą". Trochę ciężko mi było w to uwierzyć, ale zdawałam sobie z tego sprawę.
Pewnego dnia siedząc u znajomego i zapoznając się z jego nową współlokatorką dowiedziałam się, że uczy się liceum mojej cioci. Więc z ciekawości zapytałam
- Ty, a kto cię matmy uczy?
- Kowalska. Ale tak s*ki nienawidzę... - i zaczyna litanię jaka to jest zła i ogólnie do dupy.
- To moja ciocia.
Jeszcze nigdy nie widziałam tak zabawnej zmiany zdegustowanej mordki w kompletne przerażenie.
Zasnęłam na maturze z matematyki!
Napisałam maturę w około 30 minut, czyli miałam sporo czasu. Sprawdzałam arkusz kilka razy i wszystko wydawało się OK, chciałam w sumie go oddać, ale słoneczko grzało. Położyłam się więc na stole i naprawdę zasnęłam.
Po jakimś czasie się obudziłam, przejrzałam arkusz i zobaczyłam, że nie zrobiłam dwóch zadań za łączną liczbę chyba 8 pkt. Napisałam je i oddałam pracę, a w czerwcu zobaczyłam zadowalający wynik 100%.
Morał? Drzemka jest zawsze spoko rozwiązaniem, nawet jeśli to matura.
Wiecie może jak to jest mieć "opóźniony zapłon"? Bo ja tak.
Mój chłopak jest Koreańczykiem przez co zdarza mu się wyjechać do swojego kraju na jakiś czas. Jakieś trzy miesiące temu po długim czasie nie widzenia się, mój luby wrócił do Polski, więc postanowiliśmy spędzić wspólnie weekend. Jako że obydwoje uwielbiamy oglądać filmy, postanowiliśmy zrobić sobie maraton filmowy. Pech chciał, że tym razem mój ukochany wybierał gatunek filmów, i o zgrozo wybór padł na horrory.
Ogólnie gatunek dobry, tylko, że dla kogoś kto nie jest boi dupa (jak ja!). Tak sobie oglądamy tę filmy (to znaczy on ogląda, ja tylko próbuję) gdy w pewnym momencie coś pierdykło w parapet. Ja już cała zapłakana, że to pewnie jakaś zjawa z tych jego horrorów, już gotowa na śmierć robię sobie rachunek sumienia! On próbuje mnie jakoś uspokoić ale nie ma rady, no i tu mój rycerz wpada na pewien pomysł:
- Kochanie, a może schowamy się pod kocyk, tworząc wspólnie różne dźwięki, tak żeby duchy się przestraszyły i odeszły, a jednocześnie sprawimy, że ten wieczór stanie się wyjątkowy?
Ja niewiele myśląc, szybko chowam się pod koc i zaczynam krzyczeć i wydawać różne dźwięki, mój luby śmiejąc się zaczyna robić to co ja. Po tym jak się już uspokoiłam, poszłam spać. Nadszedł koniec weekendu i niestety on musiał znów wyjechać w jakiejś pilnej sprawie. Znów trzy miesiące nie widzenia się. Pewnie się zastanawiacie co tu ma wspólnego ten opóźniony zapłon, a no już tłumaczę. Dzisiaj spotkałam się ze swoją przyjaciółką i tak temat zszedł na mój związek. Ona zapytała jak nam się układa itp. itd. No to ja zaczynam jej mówić jaki to on nie jest wspaniały i opowiadam jej tę historię jak razem odpędziliśmy złe moce. Zadowolona ze swojego opowiadania czekam na pochwałę od przyjaciółki, że duchów się pozbyliśmy, i to jeszcze takim sprytnym sposobem, a ona tym czasem patrzy się na mnie jak na idiotkę i śmieję się na całego. Ja już nieco zdezorientowana pytam o co jej chodzi, a ona:
-Ty wiesz, że jemu o seks chodziło? xD
I tak oto po trzech miesiąc zostałam uświadomiona, że mój luby chciał odstraszyć te "duchy" seksem, a nie jakimiś dzikimi krzykami. Zaliczyłam chyba najdłuższy "opóźniony zapłon" w historii xD
Był słoneczny ranek, godzina 10, wakacje. Znudzona ja (5 lat) bawieniem się sama wyszłam za bramę i zaczepiłam wtedy dopiero co poznanego chłopaka, który miał 7 lat. Jechał sobie rowerem ze sklepu a ja postanowiłam go poznać i pojechać z nim aby bawić się razem.
Dowiedziałam się, że mieszka niedaleko mnie, ma młodszą od siebie siostrę- w moim wieku. Ja uradowana, że poznam kogoś nowego i będę miała się z kim bawić postanowiłam, że biorę rower i jadę z nim nie mówiąc o tym rodzicom.
Poznawszy jego siostrę zaczęłam się z nią bawić, zapominając o całym świecie i o tym, że nikt nie wie gdzie jestem ani nie myślałam o tym, że czas wracać do domu.
Najpierw bawiliśmy się w domu. Lalki, sceny z bajek, w chowanego pośród mebli w pokoju, przebieranie się. Ale jak to dzieciom szybko się to znudziło i postanowiłyśmy, że wyjdziemy na dwór. Obie miałyśmy przy sobie rowery to postanowiłyśmy wyjść pojeździć na nich na jej dużym podwórku.
Przychodzi wieczór, godzina 20. Zachciało nam się biegać po polnej drodze, obok jej domu, która prowadziła w kierunku mojej miejscowości.
Akurat trafiliśmy na moich rodziców jadących autem i mnie szukających.
Szukali mnie wszyscy z rodziny oraz policja. A ja nie wiedząc co zrobiłam, że każdy jest na mnie zły, ale i jednocześnie płacze opowiadałam siedząc z rodzicami w aucie jak to super się bawiłyśmy.
I właśnie tak poznałam swoją przyjaciółkę.
Czytałem na tym portalu wiele historii o zdradach. Nie sądziłem, że kiedyś i mnie to spotka...
Mam 27 lat, mieszkam i pracuję w Warszawie. Zarabiam dobrze, mam własne mieszkanie, w którym jeszcze tydzień temu mieszkałem z moją byłą już narzeczoną. Do tego interesuję się wszelkiej maści gadżetami szpiegowskimi, mini kamerki i inne tego typu bajery. To tak słowem wstępu.
Od pewnego czasu moja była zachowywała się dość dziwnie. Chowała telefon, wychodziła do drugiego pokoju, gdy ktoś dzwonił. Podzieliłem się swoimi rewelacjami z kumplem, który zasugerował mi, że może szykuje coś na naszą rocznicę. Uspokoiło mnie to trochę, bo fakt, takowe wydarzenie zbliżało się wielkimi krokami. Ale dalej coś nie dawało mi spokoju.
Okazja do sprawdzenia teorii nadarzyła się 2 tygodnie temu. Szef wysłał mnie na 4-dniowe szkolenie po za miasto, więc chcąc, nie chcąc musiałem wyjechać. Ale przed wyjazdem, zainstalowałem kilka mini kamerek w domu. Sądziłem, że to głupie, tak własną narzeczoną śledzić. Nie mieć do ukochanej osoby odrobiny zaufania. Ale moje cholerne przeczucie się nie myliło.
Zjechałem do domu kilka godzin wcześniej niż planowano, więc miałem akurat chwilę, by przejrzeć z grubsza nagrania. Przy okazji rzuciła mi się w oczy nowa pościel w sypialni. Moja była nie wróciła jeszcze wtedy. Dzwoniła, że musi dłużej zostać w pracy.
Więc zabrałem się za oglądanie. Na początku było zniesmaczenie, że tak ją podglądałem, ale później kopara mi opadła. Moja narzeczona zabawiała się z jakimś fagasem w naszym łóżku w sypialni, podczas mojej nieobecności...
Wiedziałem, że to koniec. Ale znając moją niedoszłą, przyszłą teściową, musiałem to zakończyć w taki sposób, by nie była w stanie wybronić córeczki. Wiedziałem do czego ta baba jest zdolna. Więc zmontowałem co ciekawsze kawałki w całość i zabrałem ze sobą, gdy pojechaliśmy do jej rodziców na coniedzielny obiad. Wykorzystując moment, zaproponowałem, że pokażę filmik, który montowałem od jakiegoś czasu
No cóż, reakcje przyszłych niedoszłych teściów przeszły moje oczekiwania. O ile ojciec byłej zachował się jak facet z jajami i próbował mnie przeprosić za to, co zrobiła jego córka. Nieudolnie, bo nieudolnie, ale było mu cholernie wstyd. A jego żona? Stwierdziła, że to moja wina, bo cytuję: "Gdybyś bardziej dbał o moją Olusię, to nie musiałaby Ci przyprawiać rogów"
Wstałem i pojechałem do mieszkania. Zapakowałem wszystkie jej rzeczy w torby na śmieci i wystawiłem za drzwi. Następnego dnia nie poszedłem do pracy, tylko wymieniłem zamki. I siedziałem cały dzień jak kołek. I siedzę tak nadal, od 5 dni. Myślę, czy nie wziąć z miesiąc wolnego w pracy i nie jechać do rodziców, by trochę odpocząć od tego wszystkiego. I spróbować oswoić się z myślą, że kobieta którą kochałem, zdradziła mnie w moim własnym łóżku...
Dodaj anonimowe wyznanie