#6qwGk

Jak powstają horrendalne kolejki do specjalistów w NFZ? Bardzo prosto.

Jestem honorowym dawcą krwi. Podczas jednej z wizyt w CKiK, badający mnie lekarz stwierdził jakieś szmery na sercu i zasugerował konsultację kardiologiczną. Umówiłem się na wizytę, termin za 4 miesiące. OK. Poszedłem, dostałem skierowanie na echo serca za 3 dni. Ale na kolejną wizytę trzeba było czekać znowu 4 miechy. Myślę, przeboleję jakoś.

W międzyczasie, może po tygodniu, pojechałem z dziadkiem do lekarza. Wizyta kontrolna + przedłużenie leczenia. Z racji, że poradnia kardiologiczna jest piętro wyżej, postanowiłem, że tam zajrzę. Może mnie ktoś wpuści bez kolejki na te 5 minut. Bo dosłownie tyle potrzebowałem. Wyciągnąć zaświadczenie. Wchodzę na piętro, a tam normalnie pustki. Jedna osoba przy okienku do rejestracji, jedna w kolejce do dentysty i jedna do laryngologa.

Poczekałem chwilę, po czym wszedłem nieśmiało do gabinetu. Lekarz siedział i tak od słowa do słowa wyszło, że od ponad 2h siedzi kołami do góry i nie ma co robić, bo pacjentów brak. A kart na biurku cały stos. Z 17 zarejestrowanych na ten dzień przyszły 4 osoby. Pogadaliśmy chwilę, przebadał mnie jeszcze, wypisał potrzebne mi zaświadczenie.
Dosłownie 10 minut. Polecił mi jeszcze, żebym zajrzał do okienka i wykreślił swój termin, bo w końcu już załatwiłem, co miałem załatwić.

Za te odległe terminy do specjalistów odpowiadamy tak naprawdę my. A raczej nasze niedopilnowanie i często ignorancja. Jeden zapomni, że ma wizytę, inny pójdzie prywatnie i zapomni zwolnić terminu, a jeszcze inny rejestruje się na zapas, a później nie pójdzie, bo nie będzie widział sensu. A kiedy ktoś faktycznie potrzebuje się w trybie pilnym dostać do takowego specjalisty, to usłyszy termin, że w najlepszym przypadku za 4 miesiące...

#6dVJ4

30 rocznica ślubu moich rodziców. Tata jest bardzo „kościelny”, więc rodzice z okazji tego wydarzenia zamówili sobie mszę u księdza proboszcza, który był po wylewie. Najwidoczniej zapłacili za dużo. W dniu kiedy odbyła się msza i rodzina zgromadzona w ławce czekała na radosne oznajmienie faktu, że wytrzymali ze sobą aż 30 lat, ksiądz zabrał głos i powiedział, „a teraz uczcijmy 30 rocznicę śmierci Bogusława i módlmy się o jego żonę”.

Zaczęłyśmy pokładać się z mamą i siostrą ze śmiechu, dziadkowie stali jak wryci, a tata spalił buraka i pognał z ławki do ambony wytknąć księdzu faux pas.

#HfHrC

Witam!
Dzisiaj odbyłam swoją pierwszą podróż promem. I jako ze to ważne wydarzenie w moim młodym życiu, nie obyłoby się bez wtopy.
Tak więc, spacerowałam sobie po pokładzie, aż poczułam ze potrzebuje skorzystać z toalety. Okazało się, że dostałam miesiączkę. Cały dzień bolało mnie podbrzusze więc czułam, że ciocia z czerwoną walizką nadchodzi, ale nie sądziłam ze dopadnie mnie na otwartym morzu! Wyszłam z tej toalety do kajuty po portfel i pogoniłam do sklepu. Weszłam, porozglądałam się i nie widzę, ani podpasek, ani tamponów.

Sytuacja nieco krępująca ponieważ za kasą siedział młody mężczyzna wraz z krępym ochroniarzem. Porozglądałam się chwilę po sklepie aż wyszli wszyscy klienci (czując, że moja prowizoryczna podpaska z papieru toaletowego długo nie pociągnie). I czerwona jak burak podchodzę do kasjera z zapytaniem czy ma wymienione powyżej przybory higieniczne jakich potrzebowałam. Odpowiedział, że nie ma ich, ale są w sklepie kosmetycznym, który z kolei otwierają o 17 (wspomnę tylko, że było około godziny 15), zrobiłam minę jakby ktoś mi nóż w plecy wbił, podziękowałam i wychodzę zastanawiając się co teraz zrobię, kiedy usłyszałam głos kasjera:
- A pani potrzebuje tego na teraz?
- Tak.
- W takim razie proszę za mną.
Otworzył specjalnie dla mnie sklep kosmetyczny i pozwolił wybrać to, czego potrzebowałam, po czym zamkną za mną i skasował mnie przy swojej kasie. Jeszcze nigdy nie byłam nikomu tak wdzięczna.

Nie wiem, czy to czytasz przemiły kasjerze, ale jestem Ci na prawdę niesamowicie wdzięczna!

#jQIDR

Historia, którą chcę Wam opisać nie przydarzyła się mnie, tylko mojej znajomej.
Kiedy była jeszcze młoda jej teść poważnie zachorował. Lekarze nie dawali mu szans. Nikt nie chciał w to wierzyć, tym bardziej, że teść był mężczyzną z dużym poczuciem humoru i często żartował ze swojej choroby, śmierci i swojej rodziny. Każdy sądził, że skoro tak często się z tego śmieje, nie może być aż tak chory.

W dniu jakiegoś familijnego zjazdu dopisywał mu humor szczególnie. Żartował z proboszcza parafii, który przygłuchy, śpiewał jakby wół wołający krowę, albo jeleń na rykowisku. Wszyscy się z tego śmiali. Wtedy teść powiedział: "Jeśli będzie tak śpiewał na moim pogrzebie, to wyłączę korki i już nie będzie się tak darł przez ten mikrofon. Obiecuję!". Oczywiście nikt nie wziął tego na poważnie.

Po jakimś czasie zmarł. Pogrzeb. Msza, pełno ludzi w kościele, zapłakana rodzina. Proboszcz wychodzi na ambonę i zaczyna swoje ryki stęsknionej krowy. Nikt nie zwraca na to uwagi, każdy pogrążony we własnym smutku. Znajomej przypomniało się, co mówił teść przed śmiercią o własnym pogrzebie. Uśmiechnęła się lekko słysząc, jak proboszcz wchodzi na szczególnie irytujące rejestry i nagle ŁUP! Zgasło światło, mikrofon przestał działać i już księdza nie było tak słychać. Ludzie poruszyli się niespokojnie w ławkach, ale nikt nie zareagował, dotrwali do końca.

Później okazało się, że wybiło korki. Chyba nie wytrzymały wycia proboszcza. A może to zmarły miał już dość?

#WDtqG

Półtora roku temu skończyłam klasę maturalną o profilu biologiczno-chemicznym. Chciałam się dostać na medycynę, więc egzaminy właśnie z tych przedmiotów były dla mnie najważniejsze. W dniu matury z biologii od rana czułam się źle, ale tłumaczyłam sobie to stresem. Czułam mimo to, że coś jest nie tak i dla pewności wzięłam wcześniej stoperan, na wszelki wypadek.

Równo o 14:00 zabrałam się do pisania, tuż po sprawdzeniu ile arkusz zawiera pytań (aż 22 z niesamowicie długimi wstępami!). Koło 3 zadania dziwne odgłosy w brzuchu nasiliły się, ale nie zwracałam na nie uwagi. Przy 12 zadania poczułam, że treść jelit napiera. Nie było mowy, abym wyszła do toalety i straciła tak ważne minuty. Podczas rozwiązywania 14 zadania poczułam, że mój tyłek zaraz eksploduje. Zaraz potem poczułam, że przegrałam tę nierówną walkę. Zrobiłam kupę w majtki podczas egzaminu maturalnego...
Jestem pewna, że wszyscy poczuli, ale nikt nie oderwał się od arkusza, by otworzyć okno. Myślałam, że zaraz spalę się ze wstydu. Gdy tylko skończyliśmy maturę o 17:00, wybiegłam do szkolnej toalety i wyrzuciłam te (za przeproszeniem) zasrane gacie.
Do domu wróciłam bez bielizny, ale ostatecznie dostałam się na medycynę!

Historia jak najbardziej anonimowa, nikt ze znajomych z klasy nie wie kto tak zatruł wtedy powietrze. Nawet nie podejrzewają, że to była moja wina ani tego, że to nie bąki tak śmierdziały.

#vvijY

Pracuję w jednej z większych galerii w moim mieście. W tamtym roku akurat miałam zmianę w Środę Popielcową, gdzie akurat w ten dzień jest post ścisły od jedzenia mięsa. Jakie było moje zdziwienie, gdy idąc do WC i przechodząc koło KFC, zobaczyłam zakonnice, które objadały się kurczakami.

#dSE9Y

Mam 25 lat, mieszkam od zawsze w Warszawie. Dwa lata temu rozstałam się z moim chłopakiem, z którym byłam 4 lata. Od tego czasu z nikim się nie spotykałam. Zaczęła mi doskwierać samotność (moje koleżanki są już zaręczone albo zamężne), więc postanowiłam założyć konto na portalu randkowym. Nigdy nie byłam zwolenniczką nawiązywania znajomości w ten sposób, ale cóż...

Po założeniu konta wielu facetów zaczęło do mnie pisać. Z jednym pisało mi się szczególnie dobrze. Nazwijmy go Paweł. Po kilku dniach pisania zaproponował spotkanie. Odmówiłam, bo uważałam, że jest jeszcze na to za wcześnie. Nie obraził się na mnie, zrozumiał moje obawy. Nadal ze sobą pisaliśmy i dogadywaliśmy się coraz lepiej. Po miesiącu zdecydowałam się z nim spotkać. Oboje uznaliśmy, że nie potraktujemy tego spotkania jako randki.

Już na pierwszym spotkaniu Paweł zrobił na mnie duże wrażenie - przystojny, szarmancki, kulturalny. Wydawał się inny niż faceci, których do tej pory znałam. Do tego był ode mnie 4 lata starszy, miał dobrą pracę. Można powiedzieć ideał. Widzieliśmy się pierwszy raz, a czułam się jakbym go znała od lat. Zastanawiałam się tylko, dlaczego taki facet jak on jest sam. Przecież niejedna chciałaby być z kimś takim. Postanowiłam wprost go o to zapytać. Opowiedział mi wtedy, że pochodzi z Poznania, a w Warszawie pracuje od dwóch miesięcy. Nie ma tu znajomych i czuje się samotny, a ciężko nawiązuje mu się relacje face to face, dlatego założył konto na tym portalu. Był przy tym bardzo przekonujący, więc głupia uwierzyłam.

I tak oto zaczęliśmy się spotykać, spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu, zabierał mnie do kina, restauracji, a ja czułam, że się w nim zakochuję. On sam często mi powtarzał, że mu na mnie zależy. Naprawdę w końcu byłam szczęśliwa.
Niestety po dwóch miesiącach nagle zakomunikował mi, że wyjeżdża z Warszawy, bo przenoszą go do Łodzi. Byłam w szoku, czegoś takiego się nie spodziewałam. Naprawdę zależało mi na nim, chciałam spróbować uratować ten związek mimo to. Mogliśmy przecież spotykać się przez weekendy, a za pół roku, gdy wygaśnie moja umowa o pracę, byłam gotowa przenieść się do Łodzi. On jednak się nie zgodził. Uznał, że to nie ma sensu i się rozstaliśmy.

Dość długo nie mogłam się pozbierać. Tak, wiem, byłam głupia zakochując się w facecie, którego ledwo co znałam, ale jak to się mówi - serce nie sługa.
W końcu jednak udało mi się ogarnąć.

Wczoraj, po 4 miesiącach, przypadkowo spotkałam go w supermarkecie Z żoną i mniej więcej 2-letnią córką (tak, na pewno to była jego córka, bo mówiła do niego "tatusiu"). Gdy mnie zobaczył był w szoku, ale udał, że mnie nie zna.Ja również się nie odezwałam. Wyglądali na całkiem szczęśliwą rodzinkę, dlatego tym bardziej nie potrafię zrozumieć, po co spotykał się ze mną i wymyślił tę całą bajeczkę.

#daSCZ

Mam ciocię, która jest nauczycielką matematyki w jednym z liceów w moim mieście (nazwijmy ją tutaj "Kowalska"). W stosunku do mnie jest jedną z bliższych mi osób w całej rodzinie, zawsze uśmiechnięta i pełna energii, ale też zawsze lubi postawić na swoim i ogólnie, to taka baba "z jajami". Jednak słyszałam co nieco na temat, że w pracy jest tzw. "żyletą". Trochę ciężko mi było w to uwierzyć, ale zdawałam sobie z tego sprawę.

Pewnego dnia siedząc u znajomego i zapoznając się z jego nową współlokatorką dowiedziałam się, że uczy się liceum mojej cioci. Więc z ciekawości zapytałam
- Ty, a kto cię matmy uczy?
- Kowalska. Ale tak s*ki nienawidzę... - i zaczyna litanię jaka to jest zła i ogólnie do dupy.
- To moja ciocia.
Jeszcze nigdy nie widziałam tak zabawnej zmiany zdegustowanej mordki w kompletne przerażenie.

#Watp4

Zasnęłam na maturze z matematyki!
Napisałam maturę w około 30 minut, czyli miałam sporo czasu. Sprawdzałam arkusz kilka razy i wszystko wydawało się OK, chciałam w sumie go oddać, ale słoneczko grzało. Położyłam się więc na stole i naprawdę zasnęłam.
Po jakimś czasie się obudziłam, przejrzałam arkusz i zobaczyłam, że nie zrobiłam dwóch zadań za łączną liczbę chyba 8 pkt. Napisałam je i oddałam pracę, a w czerwcu zobaczyłam zadowalający wynik 100%.
Morał? Drzemka jest zawsze spoko rozwiązaniem, nawet jeśli to matura.

#q3Ua3

Wiecie może jak to jest mieć "opóźniony zapłon"? Bo ja tak.
Mój chłopak jest Koreańczykiem przez co zdarza mu się wyjechać do swojego kraju na jakiś czas. Jakieś trzy miesiące temu po długim czasie nie widzenia się, mój luby wrócił do Polski, więc postanowiliśmy spędzić wspólnie weekend. Jako że obydwoje uwielbiamy oglądać filmy, postanowiliśmy zrobić sobie maraton filmowy. Pech chciał, że tym razem mój ukochany wybierał gatunek filmów, i o zgrozo wybór padł na horrory.

Ogólnie gatunek dobry, tylko, że dla kogoś kto nie jest boi dupa (jak ja!). Tak sobie oglądamy tę filmy (to znaczy on ogląda, ja tylko próbuję) gdy w pewnym momencie coś pierdykło w parapet. Ja już cała zapłakana, że to pewnie jakaś zjawa z tych jego horrorów, już gotowa na śmierć robię sobie rachunek sumienia! On próbuje mnie jakoś uspokoić ale nie ma rady, no i tu mój rycerz wpada na pewien pomysł:
- Kochanie, a może schowamy się pod kocyk, tworząc wspólnie różne dźwięki, tak żeby duchy się przestraszyły i odeszły, a jednocześnie sprawimy, że ten wieczór stanie się wyjątkowy?

Ja niewiele myśląc, szybko chowam się pod koc i zaczynam krzyczeć i wydawać różne dźwięki, mój luby śmiejąc się zaczyna robić to co ja. Po tym jak się już uspokoiłam, poszłam spać. Nadszedł koniec weekendu i niestety on musiał znów wyjechać w jakiejś pilnej sprawie. Znów trzy miesiące nie widzenia się. Pewnie się zastanawiacie co tu ma wspólnego ten opóźniony zapłon, a no już tłumaczę. Dzisiaj spotkałam się ze swoją przyjaciółką i tak temat zszedł na mój związek. Ona zapytała jak nam się układa itp. itd. No to ja zaczynam jej mówić jaki to on nie jest wspaniały i opowiadam jej tę historię jak razem odpędziliśmy złe moce. Zadowolona ze swojego opowiadania czekam na pochwałę od przyjaciółki, że duchów się pozbyliśmy, i to jeszcze takim sprytnym sposobem, a ona tym czasem patrzy się na mnie jak na idiotkę i śmieję się na całego. Ja już nieco zdezorientowana pytam o co jej chodzi, a ona:
-Ty wiesz, że jemu o seks chodziło? xD

I tak oto po trzech miesiąc zostałam uświadomiona, że mój luby chciał odstraszyć te "duchy" seksem, a nie jakimiś dzikimi krzykami. Zaliczyłam chyba najdłuższy "opóźniony zapłon" w historii xD
Dodaj anonimowe wyznanie