W ostatniej klasie technikum, na lekcji języka polskiego przerabialiśmy książkę "Zbrodnia i kara". Nadszedł pierwszy dzień omawiania lektury i jako, że nasza nauczycielka była dość specyficzna i nie lubiliśmy się wzajemnie, a do tego uważała, że wszystko jest takie banalne i jara nas to tak samo jak ją, to zaczęła pytać każdego z nas o daną rzecz z książki, m.in o głównych bohaterów.
Wyobraźcie sobie jej minę i reakcję całej klasy, kiedy zapytała jedną z moich koleżanek o bohaterów książki, a ta odpowiedziała "Ikar"...
Tego dnia zwątpiłam w ludzkość...
Historia działa się gdy miałam jakieś 10 lat. Mieszkałam na małym osiedlu, gdzie nie miałam koleżanek i kolegów w moim wieku. Próbowałam więc zaprzyjaźnić się z trochę starszymi dziećmi (ok. 12-14 lat), które niekoniecznie chciały przyjaźnić się ze mną. Pragnęłam im zaimponować i jakoś podnieść się w hierarchii, ale skończyło się tylko na ich śmiechu. Ale przejdźmy do historii.
Jeździliśmy na rolkach wokół bloków, gdy nagle zatrzymałam się i powiedziałam: "Chyba nie będzie mi to już potrzebne..."
Oni ze zdziwieniem pytają: "co ci nie będzie potrzebne?"
A ja powoli zaczęłam zdejmować bluzkę i po chwili spod niej wyłonił się STANIK! Odłożyłam go na kontener na śmieci i odjechałam. Tak, chcąc się pochwalić, że mam na sobie stanik, zdjęłam go i pokazałam wszystkim. Było mi w nim strasznie niewygodnie, bo cycków to ja nie miałam. Moje "towarzystwo" zaczęło się śmiać i odjechali.
Nie mam traumy, śmieję się z tej sytuacji i przypomina mi się ona, gdy spotykam kogoś z nich. :)
Ostatnio mama stwierdziła, że czas się wziąć za uświadamianie mojego młodszego brata. Standardowe pytanie:
- Guciu, czy wiesz skąd biorą się dzieci?
- Oczywiście, że wiem, w jądrach mieszkają plemiona... - po czym dalej kontynuował swój wywód, który swoją drogą prawidłowo wyjaśniał kwestię rozmnażania ludzi, jednak zamiana plemników na plemiona sprawiła, że cała rodzinka po usłyszeniu owej historii nie mogła wyrobić ze śmiechu :D
Kiedy spotyka mnie jakaś przykrość, niepowodzenie, jakiekolwiek nieprzyjemne przeżycie, obarczam winą za to ubrania, które wówczas miałam na sobie. Najczęściej ofiarami padają bluzki, spodnie rzadziej. Wędrują one wtedy na sam dół szafy, a czasem od razu do kontenera czerwonego krzyża, bo nie jestem w stanie ich później nosić, wiedząc co mi "zrobiły".
Witam Anonimową społeczność dziś w tę piękną noc (u mnie jest 04.00). Opowiem dlaczego nie warto wychodzić z domu do nocnego po żarcie.
W skrócie jestem wiecznie głodny, a chudy jak szkapa, więc tak idę do lodówki- pusto, szafka ze skarbami pusta, cholera... trudno, idę do nocnego. W ciągu 3 minut ubrany w bluzę i krótkie spodenki wyruszyłem na polowanie, klucze, portfel i jazda. Po drodze (jak na moje miasto mogłem się tego spodziewać) podszedł do mnie Sebix.
Dialog wygląda tak:
S: Masz szluga?
J: Nie.
S: To masz problem.
No to już wiedziałem, że mam kolokwialnie mówiąc przejebane ;__; , lecz ktoś nade mną jednak czuwa. Wyszedł jakiś starszy pan i mówi do mnie po imieniu. Sąsiad, człowiek wampir (rzadko go widuję w dzień), więc pobiegłem i w 5 s byłem przy nim. Do dziś jestem mu wdzięczny, że mi pupę uratował i do dziś mu się odwdzięczam pomagając jak mogę.
W szkole podstawowej pani wychowawczyni dobierała mas w pary, w których mamy siedzieć razem w ławce. Mi niestety przypadł chłopak, który nie był zbyt lubiany i od którego mówiąc eufemistycznie nie pachniało najlepiej, a mówiąc wprost waliło jak z obory.
No więc ja - geniusz zła, nie chcąc siedzieć z nim w ławce, wpadłem na pomysł jak to rozwiązać. Pomysł był prosty: obciąć sobie włosy na czubku głowy nożyczkami i zwalić winę na kolegę z ławki. Przez parę dni chodziłem z włosami jak idiota mając dziurę na samym środku, ale plan się powiódł i kolega dostał zakaz zbliżania się do mnie. W końcu mogłem się cieszyć czystym powietrzem...
Moja Mama ostatnio wzięła ślub. Z rodzeństwem dowiedzieliśmy się o tym dopiero, jak wstawiła zdjęcia z ceremonii na Facebooka.
Może i jest to nienormalne ale boję się, żeby ktoś nie zobaczył mnie w tym samym ubraniu 2 dni pod rząd.
Kiedyś, gdy jeszcze mieszkałam z rodziną, ukradkiem wpadł do mnie mój chłopak. Jak się domyślacie mieliśmy na siebie ochotę, więc wzięliśmy się do roboty gdy już wszyscy spali.
Niestety gdy już dochodziłam, dostałam skurczu na obydwóch całych nogach, zaczęłam ryczeć wniebogłosy, partner nie wiedział co ma robić i wtedy do mojego pokoju zbiegła się cała rodzina by mi pomóc, babcia, dziadek, rodzeństwo i rodzice zobaczyli mnie nagą z przykurczonymi nogami, a obok mojego chłopaka...
Idąc po chodniku przed moją szkołą znalazłem maleńkie pisklę. Usiadłem sobie na schodach obok i obserwowałem, czy nie zjawi się jakaś mama tego ptaszorka, ale nic się nie działo, więc postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Nie miałem nawet żadnej chusteczki, więc wziąłem pisklaka na dłonie, by zanieść go do domu. W tym momencie się zesrał, oczywiście na mnie. No ale nic, ręka brudna, ale decyzja podjęta, nie będę się wycofywał, idę.
Po drodze do domu spotkałem dziewczynę, która strasznie mi się podoba, ale nie chciałem się zdradzić z moim maleńkim obsranym pasażerem, więc zrobiłem taką klateczkę z dłoni, żeby go schować, a jak nieco filuternie na mnie spojrzała pytając "co tam masz?" to tak mi się mózg od czaszki odkleił z wrażenia na widok tych zielonkawych mrugających nieziemskich oczu, że zacisnąłem dłonie mało biedaka nie zabijając. Z sekundę się speszyłem, zmieszałem, rzuciłem jakiś najbardziej żenujący tekst jakiego bym się nawet po sobie nie mógł spodziewać i pobiegłem do domu. Malec był cały, sukces. Dziewczyna, no trudno, jeszcze z nią porozmawiam, chociaż wstyd piekł tak, że aż jaja ściskało.
W domu poradziłem się Taty co z ptakiem zrobić i nie chodziło mi o to, że właśnie zaprzepaściłem moją być może jedyną szansę na seks, tylko o tego małego pisklaka. Tata coś tam poradził, resztę doczytałem w internecie i z pomocą telefonicznych porad wujka weterynarza wszystko się udało, ptaszek przeżył, a ja go codziennie karmiłem i się nim opiekowałem. Po dwóch tygodniach malec był już w świetnej formie i ładnie podrośnięty, więc zaczął trenować latanie z niezłymi skutkami, ale tylko u mnie w pokoju. Wyszedłem z nim więc na podwórko, oderwał się od moich palców i poleeeeciał... w dół. Mało nie walnął o glebę, ale z lotu nurkowego przeszedł ostrym zwodem w lot wznoszący, zrobił jedno kółko wokół domu i zamiast polecieć sobie gdzieś na wolność, to postanowił do mnie jeszcze raz wrócić, może żeby mi podziękować, nie wiem. Kiedy był już tak z dwa metry ode mnie i dzieliły go sekundy od dotarcia do mojej wystawionej ręki, zza domu wyskoczył mój pies, dziabnął go w locie do pyska i połknął chyba nawet bez gryzienia.
Całe moje życie tak wygląda, już mi nawet siebie nie żal. x)
Dodaj anonimowe wyznanie