Historia o tym, co stres robi z człowiekiem.
Byłem w 1 klasie, brałem udział w konkursie recytatorskim i strasznie się stresowałem. W konkursie były cztery etapy: szkolny, gminny, powiatowy i wojewódzki. Do każdego przechodziło I i II miejsce.
Kiedy była moja kolej, powiedziałem mój wiersz najpiękniej jak umiałem. Jednak tak się zestresowałem, że na koniec zwymiotowałem na ławę jury.
Dla ciekawskich: Nie przeszedłem, bo "zbyt to przeżywałem i było mnie szkoda".
Kilka dni temu, jako że późno kończyłem lekcje, w tramwaju, którym miałem wracać było praktycznie pusto, byłem tylko ja i jakiś facet koło 30. Na pewnym przystanku wsiadły dwie "babcie". Gdy tylko zobaczyły, że nie mamy zamiaru wstać i ustąpić im miejsca, od razu zaczęło się gadanie: jaka ta młodzież jest niewychowana, starszym miejsca nie ustępuje. W tym momencie ten facet stwierdził, że on ma 300 lat, bo jest wampirem.
Więc ten, teraz wiecie, co mówić ;)
Mój tata jest kierowcą autobusu.
Jechaliśmy po domowe zakupy (wiadomo mleko, owoce itp.), a on... zatrzymał się na przystanku. Pytam się go co on wyprawia, przecież nie jest w pracy. Odpowiedział mi "Jakoś mi się zdawało, że jadę autobusem".
Przysięgam, że śmiałem się wtedy jak zepsuty odkurzacz :D
Od zawsze miałem w naturze trollować ludzi, chociaż zawsze robiłem to "ze smakiem", tak że znajomi czasem jeszcze wspominają chętnie niektóre akcje.
Na obrzeżu mojego miasta (wlot) mamy kawałek pięknej drogi, nowa nawierzchnia, prosta droga, brak drzew wzdłuż drogi, niczym pas startowy. Na końcu ponad kilometrowego odcinka znajduje się wzniesienie, a za nim teren zabudowany. Z racji tego nasi stróże prawa upodobali sobie miejscówkę tuż za wzniesieniem na pomiar prędkości. Jako że na szczycie znajduje się znak o ograniczeniu prędkości, to już za nim należy jechać zdecydowanie wolniej. Naturalnie okoliczni mieszkańcy wiedzą, że średnio dwa razy w tygodniu "suszą" w tym miejscu, jednak przyjezdni wpadają w sidła, a mundurowi mają tam regularnie żniwo.
Gdy przejeżdżam tam, a samochód/motocykl z przeciwka daje znać o smerfach,
przystępuję do akcji! Rozpędzam swój motocykl, kręcąc go do wysokich obrotów, tak by policjant za wzniesieniem usłyszał wariata pędzącego na złamanie karku. Efekt potęguje sportowy tłumik, a gdy już dojeżdżam do wzniesienia, gwałtownie hamuję do 50-60 km/h. Po czym obserwuję zawiedzioną minę naszych stróżów prawa, którzy stoją już przy krawędzi jezdni, by zatrzymać wariata.
Żeby uniknąć niepotrzebnych hejtów: robię takie numery na pustej drodze, w odpowiednich warunkach i nie zagrażając innym uczestnikom ruchu :)
Czasami nie dostrzegamy, że mamy obok siebie osobę, której szukamy, która jest nam bardzo bliska. Ja nie dostrzegałam mojego kuzyna.
Kiedy mój narzeczony dowiedział się, że jestem bezpłodna (sama też wcześniej o tym nie wiedziałam), zostawił mnie. Wtedy mój kuzyn bardzo mnie wspierał, pomógł się pozbierać. Aż pewnego razu poczułam, że jest dla mnie kimś więcej niż towarzyszem zabaw z dzieciństwa, kimś więcej niż przyjacielem czy bratem... Chciałam być z nim szczera, więc powiedziałam mu co czuję i okazało się, że on czuje dokładnie to samo od wielu lat.
Jesteśmy już razem pół roku, rodzina jeszcze nie wie, ale nie uważam, żebyśmy robili coś złego, dzieci i tak z tego nie będzie.
Jestem barmanem i kelnerem. Mam jednego stałego gościa, którego bardzo nie lubię. Typ, który ma strasznie duże wymagania, za bardzo się spoufala, a na koniec płaci kartą i nie zostawia napiwku.
Tak się złożyło, że podczas imprezy andrzejkowej organizowanej u nas w knajpie, zostałem oddelegowany do obsługiwania tego gościa.
Szanowny pan klient, już lekko wstawiony, przyszedł z żoną i znajomą parką. Zamówił u mnie flaszkę, a paniom pozwolił wybrać wino, oczywiście to on płacił.
Kobitki się zbytnio na winie nie znały, ja za to tak, a przynajmniej znałem nasz asortyment. Chciały białe wytrawne wino, które nie będzie zbyt garbnikowe (nie będzie wykręcać ryja podczas jego picia). Podałem więc nazwę idealnego dla nich trunku, trochę o nim poopowiadałem, jaki jest super i tak dalej. Szanowne panie zachwycone zdały się na mój gust.
Koniec końców odniosłem potrójne zwycięstwo. Towarzyszki mojego ulubionego gościa i jego kolegi wyszły bardzo zadowolone, właśnie z powodu wyśmienitego wina, które im poleciłem. Płatnik za to, kiedy zobaczył na rachunku, że trunek ten kosztuje jedyne 270 złotych za butelkę, musiał złapać się za kilka kieszeni, zanim znalazł odpowiednie pieniążki na uregulowanie rachunku, a ja zostałem pochwalony przez managera za to, że jako jedyny z barmanów, podczas imprezy andrzejkowej, sprzedałem coś lepszego niż butelka wódki.
Lekko podpity wracałem z imprezy, około 4 w nocy, ciemno, pusto. Na piechotę, bo miałem niedaleko do domu. Będąc już na mojej ulicy, zacząłem wyciągać telefon z kieszeni - obiecałem napisać komuś z ekipy imprezowej, że bezpiecznie się dowlokłem. Ręce lekko drżały i nie mogłem ogarnąć zamka kieszeni. W końcu udało się szarpnąć i rozpiąć, jednak równocześnie z kieszeni wypadł telefon. Niestety nie na ziemię - pech chciał, że stałem na kratce ściekowej. Telefon zmieścił się idealnie w otworze i zniknął w czeluści kanału.
Chwilę stałem jak kołek, próbując ogarnąć co się właściwie stało. Kolejną chwilę kombinowałem, jak zdjąć tę kratę - z dużym trudem się udało. W środku śmierdziało, było ciemno i słychać było plusk wody. Wrzuciłem do środka kamyk - no tak, na dole jest pełno wody, więc telefon już jest zalany na amen, a nie ma żadnej drabinki, żeby spróbować zejść. Zrezygnowałem, założyłem kratę i powlokłem się do domu.
Znajomym powiedziałem, że telefon zgubiłem albo mi ukradli w klubie. Jakiś czas zbierałem kasę i w końcu kupiłem nowy telefon.
Dobry kumpel obejrzał go fachowym okiem i powiedział, że fajny. Ale ten poprzedni był lepszy, bo wodoodporny.
Nauczyłam się paru znaków w języku migowym. Pracuję w handlu i czasem zdarza się obsługiwać osoby głuchonieme. Bardzo lubię tę chwilę, kiedy zamigam do nich "dzień dobry" lub na pożegnanie. Wiem, że część z tych osób to naprawdę docenia.
Jest jeszcze jeden plus. Jak na ulicy zaczepia mnie jakiś naciągacz na ubezpieczenie, pakiety czy inne rewelacyjne oferty, grzecznie się uśmiecham i migam, że nie słyszę.
Mój ojciec jest homofobem i rasistą.
Brat ma chłopaka, partner siostry jest czarnoskóry, a kolega, z którym kręcę, jest Azjatą.
Jedno jest pewne, już nie ma na kogo przepisać majątku.
Mam w klasie pewnego kolegę, na potrzeby historii nazwijmy go Adrian.
Adrian śmierdzi.
Długie, złote włosy opadają ciężko na ramiona, posklejane w smętne, szare od łoju pasemka, tworząc niejednorodną masę. Po stopniu ich przetłuszczania można stwierdzić jaki mamy dzień tygodnia - myje je zazwyczaj raz w tygodniu, w niedzielę, czasami jednak odpuszczając sobie ten rytuał.
Przez cztery lata technikum Adrian nie zmienił swojej bluzy w kolorze spranym, stanowiącej zagrożenie biologiczne, zaś jasnobeżowe sztruksowe spodnie zmienił na inny model dopiero, gdy ilość dziur przewyższyła ilość materiału. Potworny smród rozlewający się po sali w chwili zdjęcia bluzy powoduje natychmiastowe odwrócenie się osób znajdujących się w polu rażenia.
Na Adriana uważają nawet nauczyciele - zachowując bezpieczny dystans.
Zęby Adriana prawdopodobnie nigdy nie spotkały dentysty. Miejscami czarne, zniszczone już w tak młodym wieku.
Problemem Adriana nie jest bieda - jest członkiem jak najbardziej normalnej rodziny klasy średniej.
Problemem Adriana jest zaniedbanie, całkowita ignorancja wobec zasad higieny oraz życia społecznego. Adrian, mówiąc wprost, ma na swój smród oraz wygląd totalnie wywalone. Siedzi sam na pierwszej ławce, na przerwach zaś ogląda japońskie komiksy. I tak spędza życie, w bańce narastającego wykładniczo podczas zbliżania się do środka smrodu. Aspołeczny, ale jednocześnie chamski i niewdzięczny, proszący o pomoc, ale nigdy jej nie udzielający (gdy już się ktoś odważy poprosić w akcie desperacji), Adrian jest najbardziej specyficznym ze znanych mi ludzi.
I o ile w szkole uczniowie i nauczyciele starają się po prostu go unikać, Adrian odrzucony i śmierdzący będzie z pewnością miał spory problem ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy - bo który pracodawca zdecyduje się zatrudnić osobę tego typu?
Swojego czasu dostał od jednego ze szkolnych kolegów dezodorant na Mikołajki - chwilowo pomogło, włosy Adriana były coraz częściej czyste, kupił sobie nawet nową bluzę. Na krótko. Wrócił obecnie do swojego poprzedniego stanu, śmierdząc zatęchłymi, niepranymi ubraniami, zmieszanymi z zapachem niemytego ciała.
Zastanawiam się nad jednym: gdzie są rodzice? Czy żyjąc w tym samym domu nie widzą, jaki jest ich syn? Czy nawet dla własnego komfortu nie mogą zasugerować mu chociażby podstawowej higieny? Kupić nieco ubrań, by miał się w coś przebrać? Oczywiście, Adrian jest już pełnoletnią osobą, wciąż jednak mieszka z rodzicami pod jednym dachem. I to oni powinni zająć się przekazaniem mu, niby tak oczywistych w XXI wieku, zasad istnienia w społeczeństwie, jak dbanie o siebie w stopniu chociażby podstawowym.
Oczywistych? Nie dla wszystkich, jak widać.
Dodaj anonimowe wyznanie