Od jakiegoś roku mój ojciec stwierdził, że ja i moja mama, która nie pracowała, bo zajmowała się domem, nie zasługujemy na nic. Więc od tych paru miesięcy często wracał pod wpływem alkoholu i robił niesamowite awantury nawet w obecności siostry, która płakała i prosiła go, żeby przestał krzyczeć. Wyzywał mnie i mamę od ku*ew, szmat, rzucał rzeczami. Raz jak coś mu odpowiedziałam rzucił się do mnie i zatrzymała go mama, a ja wyszłam z domu. Był okres, kiedy po prostu się go bałam. Bałam się, jak był w domu, bo czasami wyjeżdżał w delegację. Nie było go dwa tygodnie i zostawiał nas bez jedzenia i bez pieniędzy. Całe szczęście miałam dorywczą pracę w sklepie i miałam nieduże pieniądze, żeby to przetrwać, ale w połączeniu ze szkołą jest to bardzo ciężkie. Nawet po powrocie nie przejmował się tym, że lodówka jest pusta albo że czasami nie było prądu, bo nie zapłacił.
Kiedy zrobię coś, co mu nie pasuje, krzyczy i mówi, że jak będę mieszkała u siebie, to mogę robić co chcę, i mogę "wypie*dalać". Chodziło wtedy o różne drobnostki, takie jak święcenie światła za długo czy kiedy woda za długo była na gazie.
Pewnego dnia była policja, po którą sama zadzwoniłam. Panowie okazali się wielkim wsparciem. Poinformowali nas o możliwości założenia sprawy o znęcanie. Powiedzieli, że jeżeli będą na służbie i zadzwonimy, to od razu go zabiorą.
Nigdy nie zapomnę, jak wtedy płakałam, kiedy policjant powiedział mi, że jestem bardzo silna i teraz przypominam to sobie za każdym razem, kiedy ojciec robi awanturę.
Mama wniosła o rozwód i o alimenty dla siostry. On jeszcze nic nie wie. Czekamy, żeby uzbierać trochę pieniędzy, bo kiedy się dowie, od razu zrobi awanturę i zabierze swoje rzeczy.
Nadal bardzo się boję, musiałam o tym komuś powiedzieć.
Ostrzegam, będzie o kupie. Trochę.
Mieszkam w bloku. Mam murowany garaż. Zabraliśmy się z żoną do remontowania go. W trakcie poczułem, że muszę szybko pobiec do toalety. Żona kazała mi przynieść miarkę, skoro tam idę, a raczej biegnę.
No to pędzę po schodach, czuję, że zaraz nie wytrzymam. W myślach powtarzam sobie: "przynieś miarkę, przynieś miarkę, przynieś miarkę...", żeby nie zapomnieć. Na drugim półpiętrze spotykam sąsiada, z którym ostatnio mam dość chłodne relacje. Nie zatrzymuję się. On do mnie mówi: "dzień dobry". Ja rzucam w biegu... "przynieś miarkę".
Zorientowałem się, co odstawiłem, dopiero siedząc na kibelku.
Żeby historia nie była niedokończona, to dodam, że przyniosłem miarkę. Sąsiad też.
Pół roku temu postanowiłam nauczyć się francuskiego. Korzystając z jakiegoś poradnika z typu "Jak szybko nauczyć się języka", postanowiłam zmienić domyślny język przeglądarki na język francuski. W ostatniej chwili się rozmyśliłam i wybrałam go jako drugi, zaraz po polskim, oczywiście.
Teraz mogę się pochwalić znakomitą znajomością francuskiego, ograniczającą się do nazw kategorii na stronach pornograficznych.
Parę słów o braku tolerancji, wrzucaniu wszystkich do jednego wora i zupełnym braku zrozumienia. Tym razem nie chodzi jednak o nietolerancję dla osób LGBT, a o nietolerancję ze strony przedstawicieli tej właśnie grupy.
Nigdy nie miałam nic do osób innej orientacji ani do transseksualistów, nawet nie przyszłoby mi do głowy, że może to być jakiś problem. Poza tym jestem przeciętnym, prostym człowiekiem, który nie siedzi w tym środowisku.Z tym właśnie wiąże się pierwsza sytuacja, o której chciałam napisać.
Jakiś czas temu poszłam na dużą imprezę, ludzie byli przeróżni, prawie nikogo nie znałam. Trochę się stresowałam, bo nie jestem najbardziej otwartą osobą na świecie, ale udało mi się namierzyć dwie - jak wtedy mi się wydawało - przyjazne twarze. Dwie dziewczyny siedziały trochę na uboczu, śmiały się i piły drinki. Zagadałam, przyłączyłam się do rozmowy, wszystko pięknie, ładnie. W którymś momencie zadałam pytanie, używając formy "czy byłyście". Nie pamiętam nawet o co dokładnie pytałam, za to reakcji nie zapomnę nigdy. Okazało się, że jedna z tych "dziewczyn" nie identyfikuje się ze swoją płcią biologiczną i nie życzy sobie używania żeńskich form. Następnie był wykład o tym, jacy heterycy są ograniczeni, bo w ogóle nie dopuszczają do siebie myśli, że mogą istnieć więcej niż dwie płcie. Generalnie zostałam wrzucona do jednego wora z narodowcami podpalającymi tęczę.
Może jestem głupia, ale czy serio ktokolwiek pyta każdą napotkaną osobę o jej płeć kulturową, żeby przypadkiem nie użyć nieodpowiedniego zaimka osobowego?
Sytuacja nr 2. Siedzę sobie spokojnie na ławce w parku. Koło mnie przechodzi dwóch facetów, siadają na ławce naprzeciwko i głośno zaczynają dyskutować o tym, co wieczorem będą robić w łóżku, jacy to są niegrzeczni itp. To było bardzo krępujące, więc wstałam i poszłam. Na odchodne usłyszałam jeszcze: "homofobka".
Widocznie panów bawiło stawianie innych w niezręcznej sytuacji. Słuchanie o szczegółach życia seksualnego innych ludzi zawsze jest dla mnie niezręczne, niezależnie od orientacji rozmówców.
Sytuacja nr 3. Idę miastem, raczej każdy zauważyłby, że nie wyszłam sobie na spacer, tylko się spieszę. Zaczepia mnie chłopak, zbierający podpisy na jakieś wybory, nie dosłyszałam dokładnie o co chodzi, w każdym razie padło nazwisko Anny Grodzkiej. Niestety naprawdę nie miałam czasu, więc musiałam chłopakowi przerwać. Usłyszałam jeszcze, że za rogiem zbierają podpisy na ONR, więc tam mam "wypieprzać", jak taka ze mnie nietolerancyjna "prawdziwa polka" (celowo piszę z małej, bo raczej pan chciał mnie w tej sposób obrazić).
Wiem, że to tylko 3 sytuacje, że nie każdy zachowuje się w tej sposób. Mam jednak szczerą nadzieję, że są to odosobnione przypadki, bo jeśli tak ma wyglądać walka o tolerancję, to przepraszam, ale robicie to źle.
Mam 22 lata, w zeszłe wakacje wracałem od kolegów do domu. Stałem na przystanku czekając na autobus. Wtedy podjechało auto, czterech nastolatków, max 18 lat, nie wiem nawet, czy mogli prowadzić auto. Zapytali się, czy mam papierosa, powiedziałem, że nie. Powiedzieli, że mogą mnie podwieźć - odmówiłem. I wtedy trzej wysiedli i siłą wpakowali mnie do auta i odjechali. W środku kazali mi się rozebrać. Gdy odmówiłem, siłą rozdarli mi ubranie, zabrali telefon i wypchnęli mnie nagiego z samochodu kilka kilometrów od przystanku. I odjechali.
Próbowałem zatrzymać samochody, ale to była mało uczęszczana droga i nikt się nie zatrzymał. Musiałem wracać nagi do domu. Następnego dnia zgłosiłem to na policję.
Do tej pory ich nie złapali, a ja mam w miejscowości przezwisko "gołodupiec" do dnia dzisiejszego... A najlepsze jest to, że nic im nie zrobiłem, pewnie im się nudziło i zrobili mi to "dla beki". Eh...
Kiedy mój mąż odszedł do swojej kochanki, mój świat legł w gruzach. Tylko ten, kto był zdradzony wie, jaki to ogromny ból, gdy osoba, której ufasz i kochasz najmocniej na świecie, uznaje cię za niewystarczająco dobrą.
Zostałam sama w środku budowy naszego domu, z 10-letnią córka. Praca, budowa, wychowywanie małej - ogrom obowiązków, które musiałam wykonać sama, mnie przytłoczył. Ulgę znajdowałam w kieliszku wina po kąpieli, jednak z czasem kieliszek nie wystarczał i wypijałam połowę butelki każdego wieczora. Mam ojca alkoholika, więc doskonale wiedziałam, do czego to prowadzi.
Szukając zajęcia dla siebie i rozrywki dla córki, zaczęłam co wieczór czytać jej po rozdziale książki z serii o Harrym Potterze. Historia nas wciągnęła, pozwalając oderwać myśli i zabierając wystarczająco dużo czasu, abym nie miała go na picie. Uniwersalne prawdy zawarte w książce pozwoliły mi zdystansować się do swojej sytuacji i odzyskać równowagę. Wyobrażanie sobie mojego eks jako Voldemorta również pomogły, szczególnie gdy próbował do mnie wrócić skruszony po tym, jak jego nowa dziewczyna wydoiła go z ostatniej złotówki i zostawiła na lodzie.
Tak oto świat, do którego przenosiłam się w dzieciństwie i pomógł mi je przetrwać, uratował mnie jeszcze raz w dorosłym życiu.
Czytajcie książki. Pomogą wam oderwać myśli od szarej rzeczywistości, dostarczą odpowiedzi na dużo pytań i niekiedy nawet uratują życie - tak jak mi uratował je mały czarodziej i jego przyjaciele.
Może zacznę od tego, że uchodzę za miłego, sympatycznego i mało konfliktowego człowieka. Pracuję w jednej z tysięcy średnich firm jako pracownik biurowy i nie będę tutaj podawać konkretnego stanowiska. Wielką wagę przykładam do odpowiedniej diety, więc każdego wieczoru starannie przygotowuję swoje "drugie śniadanie", bym był pełen energii i mógł sprostać problemom codziennego dnia w pracy.
Jednak od pewnego czasu zaczęło się dziać coś bardzo niepokojącego, powiedziałbym nawet, że wkur***jącego. Z biurowej lodówki ktoś zaczął mnie perfidnie okradać z mojego pysznego "drugiego śniadania", a o przypadku i pomyłkach nie mogło być mowy, ponieważ działo się to notorycznie.
Jako człowiek poważny, w poważnej firmie, nie miałem zamiaru nagłaśniać sprawy i robić z siebie biednej ofiary przed kolegami z pracy. Aby uniknąć "śmieszkowania", postanowiłem rozwiązać tę sprawę nietypowo.
Zacząłem od sporządzania "drugiego śniadania" z co najmniej jednym nieświeżym składnikiem, przypuszczałem, że złodziej, jak się posra, zostanie łatwo zidentyfikowany.
Minął tydzień takiego "dawkowania", jednak bez jakichkolwiek rezultatów, ktoś tu miał mocny żołądek, jak rasowy padlinożerca.
Pełen frustracji byłem gotów zaprzestać korzystania z lodówki, dać za wygraną i skończyć z szukaniem winowajcy. Najpierw jednak ostatnia, największa próba.
Stało się! Mój bezpośredni przełożony musiał zakończyć pracę wcześniej z powodu "złego samopoczucia". Dodatkowo, z informacji jakie dostałem od zaprzyjaźnionej sprzątaczki, zostawił po sobie kiepską atmosferę w toalecie. Istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że ten złodziej to właśnie czyta, doskonale wiem, że lubi tę stronę, a mi niczego nie udowodni.
Jak chcesz, to możesz dalej kraść, ja natomiast zrobię ci z dupy jesień średniowiecza, dosłownie.
Zawsze jak jestem u fryzjera, to staram się nie ruszać rękoma pod płachtą, żeby fryzjerka nie pomyślała, że się masturbuję.
Jestem kierowcą tramwaju. Ostatnio, gdy zajechałem na pewien przystanek i już miałem odjeżdżać, zobaczyłem dziewczynę, na oko 14/15-letnią, która spieszyła się najpewniej na autobus. Chciała przebiec szybko przez tory tramwajowe, prawie jej się udało.
Dlaczego prawie? Ano dlatego, że gdy już wskakiwała na dość wysoki krawężnik za przystankiem autobusowym, upadła brzuchem na chodnik. Z mojego miejsca wyglądało to tak komicznie, że nie potrafiłem opanować śmiechu, śmiałem się jeszcze dobre trzy przystanki, nim się uspokoiłem.
Jestem złym człowiekiem, a przed piekłem ratuje mnie chyba to, że mam nadzieję, że nic się jej nie stało.
Sytuacja sprzed lat. Wieś, bardzo mała, każdy każdego zna. Ciocia z wujkiem mojego byłego mieszkają zaraz obok jego rodziców. Dom otwarty, "swój" wchodzi bez pukania, ogólnie coś dla nich normalnego, dla ludzi z miasta chyba nie do pomyślenia.
Poranek w domu rodziców byłego. Dzień wyjazdu. Ja pakuję mój plecak na górze, on zapragnął jajko na miękko. Wiadomo, że takie jajko jeżeli za krótko się robi, to się białko nie zetnie, za długo, to będzie na twardo, więc trzeba przypilnować. Schodzę, widzę, że akurat ciocia byłego przyszła, więc witam się, a były pyta matkę, od kiedy woda się już gotuje. Na to ciotka jakby szaleju zjadła i pretensję ma do mnie, czemu chłopak sobie sam jajko gotuje, a ja mu tego nie robię. W mojej głowie pojawia się bardzo nieadekwatna odpowiedź, że chłop upośledzony nie jest i sobie radzi z wyzwaniem takim jak ugotowanie jajka, ale w język się ugryzłam i powiedziałam, że akurat ja pakowałam plecak i nawet nie wiedziałam, że jajko sobie robi.
Dostałam wykład, że kobieta powinna tym się zajmować. Wszystko w domu robić, gotować, sprzątać, prać, a facet... No męskie rzeczy. Czyli wymienić żarówkę, jak się przepali, przykładowo. Zapytałam, czy jak kobieta pracuje a mężczyzna nie, to czy on nie może zająć domem w między czasie.
Tu ciotka zrobiła się czerwona z gniewu. Zapomniałam, że wujek nie pracuje.
Tak, właśnie. Mężczyzna nie pracuje, ale robi "męskie rzeczy", a kobieta pracuje i i zajmuje się domem oraz gotuje. No niby podział obowiązków jest, ale chyba częściej się w domu pierze, gotuje, zmywa i sprząta niż kran naprawia, co nie?
PS Ktoś powie, że na wsi to nie tylko naprawy, że gospodarstwo jest czy coś. Nie ma u nich. Dom jednorodzinny z wodą i gazem, tylko trzeba napalić w zimie, a tak to taki sam domek jednorodzinny, jak na osiedlu w mieście.
Dodaj anonimowe wyznanie