Nikt z nas nie lubi, kiedy w kolejkach w sklepie ktoś się na nas pcha. Ja wprost tego nienawidzę, sama trzymam stosowną odległość od ludzi przede mną.
Razu pewnego robiłam zakupy w popularnym dyskoncie z robaczkiem w logo. Ruch względnie spokojny, ustawiłam się do kasy, przede mną może trzy osoby. W myślach obliczam kwotę za zakupy, kiedy usłyszałam ich. Banda dzieciaczków w wieku 7-8 lat rozpierzchła się rozwrzeszczana po sklepie w poszukiwaniu maskotek. Każde z dzieci pogrzebało w koszu z wymarzonymi pluszakami, wybrało tego jedynego i hurtem zlecieli się do kasy - do tej za mną. I całą grupką zaczęli się rozpychać. Odsuwam się i odsuwam, ale brakuje mi miejsca. Nie chcę napierać na ludzi z przodu, bo to niegrzeczne. Zrobiłam to, co pierwsze przyszło mi na myśl, jak tylko ogarnęłam, że dzieciaczki sięgają mi do pasa.
Puściłam soczystego cichacza, który owiał zacną dzieciarnię zapachem gołąbków z obiadu. Momentalnie grupka rozpierzchła się, a ja mogłam w spokoju dopełnić transakcji. Polecam, dobry protip na rozpychających się ludzi!
Opowieść z Podlasia.
Będąc na studiach, już dawno temu, z ówczesną dziewczyną wybrałem się do jej rodzinnej wioski na Podlasiu. Wioska w wydaniu mikro jakieś 100-150 osób i znaczna część z nich w podeszłym wieku. Ciesząc się rajskim spokojem i piękną pogodą spacerowaliśmy sobie, wtedy mój wzrok przykuł stary, zniszczony i zarośnięty dom. Wyglądał jakby nikt w nim nie mieszkał od dobrych 50 lat. Zapytałem o niego moją lubą, ta wymijająco powiedziała, że to pustostan i tyle.
Nie dawało mi to spokoju. Wieczorem wyszedłem do jedynego sklepu, po jakieś umilacze niskoprocentowe i tam spotkałem małe grono mężczyzn, bardzo starych. Zagadałem ich, czy wiedzą coś o tym pustostanie, ci wymienili spojrzenia, jeden skinął głową i powiedział, że do tego trzeba mieć czym gardło chłodzić. Siedli na ławce na murku obok i słuchałem urzeczony przez dobra godzinę. Historia była barwna i długa a jej zarys to: 3 radzieckich żołnierzy w okresie "wyzwalania" Polski spod jarzma Hitlera znalazło sobie ciekawsze zajęcie niż lanie nazistowskich tyłków. W wiosce pojawili się na chwilę, siejąc lekką panikę, po ich zniknięciu okazało się, że zaginęła 14-letnia dziewczynka, która bawiła się na dworze, wszyscy szukali jej i podejrzewali kto za tym stoi.
Znalazła się 3 dni później, twarz miała pokrytą sińcami, większość jej zębów była wybita, a nogi zakrwawione. 3 dni bicia i gwałtów przez 3 żołnierzy. Jej ojciec wraz ze swoimi braćmi i ojcem zakradli się do miejsca, o którym zdołała im powiedzieć dziewczynka i zastali pijących wódkę żołnierzy... Mając przewagę liczebną i trzeźwości obezwładnili ich i związali.
Pamiętam, że w tym miejscu była dłuższa przerwa, a potem na jednym wydechu padły słowa, kończące historię - w ciągu trzech dni stracili wszystkie palce, stracili męskość i wzrok. To co z nich zostało a jeszcze żyło wsadzili do beczek z wodą, twarz wysmarowali miodem i pocięli skórę nożem. W ciągu tygodnia zgnili żywcem.
Pustostan to dom, w którym doszło do tego wszystkiego. Usłyszałem tam więcej historii, które mroziły krew w żyłach. Jeśli ta się przyjmie, to opiszę więcej.
Od jakiegoś czasu męczy mnie dość krępująca przypadłość, która ostatnio niepokojąco się nasila. Powiem tak: jeżeli myślisz, że powstrzymywanie zwykłego pierda to mordęga, to nie wiesz, czym jest próba przytrzymania zalegającego powietrza w pochwie.
Ujmując to prosto: no nie da się.
Raz na jakiś czas coś się dzieje mojej pochwie i zapowietrzam się na siedząco. Po prostu sobie siedzę i nagle zaczynam czuć, że ona w jakiś sposób łyka to cholerne powietrze. Nie wiem, czy to jakieś mikroskurcze czy z innych powodów się otwiera i zamyka, ale zawsze to czuję. I wiem, że zmiana pozycji na stojąca zmieni w niej ciśnienie i wszystko wyleci długim pochrapującym pierdem jak ze zwykłego tyłka. Z reguły obserwuję wtedy współpracowników i wstaję, jak mają słuchawki na uszach, uprzednio wiercąc się na fotelu, by nieco tego powietrza zeszło.
Ale! Nie byłoby zbyt anonimowo, gdybym choć raz się nie zapomniała!
Siedziałam w jednym pokoju jedynie z szefową obok. Bardzo skupiłam się na pracy. Poczułam, że znowu pochwa ma większe parcie na tlen, ale zignorowałam to, taka byłam przejęta swoim zadaniem. I tak pracuję, aż dostałam wiadomość od HR manager, że mam natychmiast podejść, sprawa wielkiej wagi.
No i co zrobiłam?
Oczywiście zerwałam się na równe nogi, a moja pochwa złowieszczo furknęła, a potem wydała z siebie dźwięk jak połączenie pierda ze spuszczaniem powietrza z basenu. Nogi dosłownie wrosły mi w ziemię, tutaj nie dało się tego tak jak pośladów ścisnąć, było wielkie, wilgotne PUUUURRR PURRRU PURRU SZURRU. Więc tak stanęłam, odpowietrzając się, patrząc na szefową i mamrocząc "przepraszam, przepraszam, tak bardzo przepraszam!".
Nie powiedziała nic.
Uciekłam do toalety, a każdy mój krok wzmacniany był przez krótkie urocze pierdzioszki (tak mnie zapowietrzyło, że poszło na raty).
Myślałam, że umrę ze wstydu.
Szefowa nic nie powiedziała. Nigdy nie wróciła do tego tematu.
Czy ktoś ma podobną przypadłość, czy tylko moja pochwa się wietrzy?
Mam starszą o dwa lata siostrę, Celinę. Gwoli ścisłości, ja mam 19 lat. Celina jest sparaliżowana, nie potrafi nawet obrócić głowy. Natomiast normalnie utrzymuje kontakt wzrokowy oraz mówi. Jest w pełni świadoma.
Przed laty, gdy dowiedzieliśmy się diagnozy po wypadku (wypadek na motorze z jej chłopakiem, ten zginął), z rodzicami zdecydowaliśmy się, że to my będziemy zajmować się Celiną. Nie chcieliśmy żadnych opiekunek czy obcych ludzi. Po paru miesiącach Celina zaczęła dostawać napadów paniki, krzyczała, płakała. Musielibyśmy być ciągle przy niej, wtedy była spokojniejsza. Ja robiłem co mogłem przed szkołą, po szkole. Mama znalazła inną pracę, by wczesnym popołudniem być w domu, tata do południa był w domu, wychodził do pracy i wracał wieczorem, czasem był przy siostrze część nocy, a drugą część potrafiłem być ja.
Mama zmarła jakiś czas temu. Obowiązki nad Celą sprawujemy we dwójkę z tatą. Ja na spokojnie kończę technikum.
Wszystkie kobiece sprawy załatwiała mama, czy to kupowanie jakichś tamponów, czy wycieranie Celi chusteczkami. Naprawdę nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę wkładać tampon własnej siostrze, będąc przez nią bacznie obserwowany i instruowany. Stało się to moją stałą robotą, gdyż Celina wstydzi się przed tatą. Tylko w sytuacjach, gdy nie ma mnie cały dzień, da się obsłużyć ojcu.
Na początku byłem przerażony i pełen obrzydzenia. Teraz już wcale nie reaguję, mam to za normalną rzecz.
Moja mama wychowała mnie sama. Nie znałam mojego biologicznego ojca. W okresie gimnazjalnym zaczęłam coraz częściej o niego wypytywać. Dowiedziałam się, że bił moją mamę będąc z nią, zmuszał do seksu (czego owocem byłam ja), zdradzał ją, a kiedy dowiedział się, że urodzi mu się córka - spakował się i tyle go wszyscy widzieli.
Byłam okropnie zła na niego. Pomimo tego, że go nie znałam, to nienawidziłam go z całego serca i życzyłam mu przed każdym snem wszystkiego co najgorsze.
Nagle zaczął się okres buntu. Zła byłam za to, że nawet alimentów nie płacił. Więc postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Zaczęłam wypytywać o niego siostrę mojej mamy. Nie chciała mówić o nim nic. W końcu wyciągnęłam od niej chociaż jego imię (nazwisko mam takie jak moja mama).
Szukałam jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Chciałam się z nim spotkać i wygarnąć mu to wszystko, co o nim myślę. Ta złość i nienawiść nie dawała mi nawet spać. Myślałam o nim 24/7.
Pod pretekstem złego samopoczucia zostałam w domu. Chciałam przeszukać pokój mamy. Miałam jakieś ok. 10h na to. Jej pokój wywrócony był do góry nogami. W łóżku, pod materacem, w jakiejś szmacie, zawinięty był notes. W nim jakieś numery telefonu itd. Przedostatnia strona miała tylko jeden numer. Z imieniem mojego ojca. Między tymi kartkami było też zdjęcie dwóch osób. Mojej mamy w wieku +20 lat i jakiegoś mężczyzny, który był przekreślony krzyżykiem. No wszystko mówiło samo za siebie. Zadzwoniłam na ten numer telefonu. Odebrała starsza kobieta. Milczałam. Kilka dni później zadzwoniłam znowu. Dostałam numer komórkowy do pana z imieniem z notesu. Przedstawiłam się z imienia i nazwiska. Zapytałam, czy zna moją matkę, że szukam mojego ojca, z którym chciałabym się spotkać. Odpowiedział, że znał kiedyś kobietę o takim nazwisku, ale nie rozumie tego, czemu to właśnie do niego dzwonię. Wysłałam mu MMS-em zdjęcie fotografii, którą znalazłam przy numerze. Powiedział, że to on jest na tym zdjęciu. Umówiliśmy się na spotkanie za parę dni, bo nie mieszkał w tym mieście co ja.
Jak go zobaczyłam... cała złość jakby ze mnie zeszła.
To był mój ojciec. Nie wiedział o moim istnieniu, 16 lat temu moja matka go zdradziła. Zerwał z nią. Ona się przeprowadziła. Nie wiedziała, że była w ciąży. Była z tym typem, z którym się puściła dość krótko, bo poznał jakąś inną dupę i wyjechał za granicę. Po badaniach ginekologicznych wiedziała, kto może być ojcem. Nie udało się jej odnaleźć mojego ojca i powiadomić go o dziecku. Wymyśliła więc bajkę, którą karmiła mnie i niektórych znajomych. Nieliczna część rodziny znała prawdę. Przyznała się do wszystkiego dopiero wtedy, kiedy ukartowałam spotkanie we trójkę.
Do tej pory nie potrafi wytłumaczyć mi swojego postępowania. Po ch*j pierd*liła takie farmazony na jego temat?! Straciłam najpiękniejsze lata, które mogłam dzielić z moim ojcem. Na tę chwilę mam z nim znikomy kontakt. Musimy się oswoić z tą sytuacją.
Każdy z nas był kiedyś dzieckiem i wie jak wtedy działa wyobraźnia...
Mając te kilka lat i słysząc, jak rodzice mówią do siebie o odłożeniu "pieniędzy na życie", myślałem, że żeby móc żyć, trzeba płacić jakąś kwotę Panu Bogu :)
Jak byłam dzieckiem, bardzo często jedynym posiłkiem jaki jadłam w ciągu dnia był obiad w szkole. W domu bardzo często nic nie było. Ryżu, makaronu, kaszy - nic, co by można było zjeść. Pamiętam, jak sprawdzaliśmy czasem kilka razy w ciągu dnia, czy może czegoś nie przegapiliśmy, jakiejś zagubionej paczki groszku albo słoika z korniszonami. Czasem chodziłam do koleżanki i wpatrywałam się z zaciśniętym gardłem jak je obiad, wstydząc przyznać się, że od wielu godzin sama nie jadłam. Czasem jej mama mnie czymś częstowała, ale zazwyczaj siedziałam na klatce, czekając aż skończy obiad i będziemy dalej się bawić.
Moi rodzice nie umieli dysponować pieniędzmi. Pojawiały się nieregularnie, a skromna pensja nie wystarczała czasem na rachunki, każdą dodatkową kasę wydawali w ciągu chwili na kawę, papierosy, za duże zakupy, które pożeraliśmy w ciągu chwili. Kawa i papierosy to była podstawa funkcjonowania rodziców.
Dosyć szybko zaczęłam kraść pieniądze rodzicom, żeby kupić sobie śniadanie w drodze do szkoły. Mama nie robiła nam śniadań. Z reguły spała do wczesnych godzin przedpołudniowych. Potem zaczęłam kradzione pieniądze chować po domu. Kiedy kończyło się jedzenie, 10-11-letnia ja wyciągałam pieniądze i kupowałam chleb, ser, pasztet. Potem kradłam też papierosy i chowałam je w różne miejsca, żeby wydzielić mamie kiedy już ich nie będzie miała i będzie płakać, że nie ma pieniędzy.
Mama zawsze z dumą podkreślała, że nie korzystamy z pomocy opieki społecznej, bo rodzice byli na to za dobrzy i zbyt wykształceni.
Dziś lękiem napawa mnie myśl, że może skończyć się jedzenie w domu, że go zabraknie. Kupuję w nadmiarze suche rzeczy: ryż, makaron, kaszę, pasztety. Trzymam skitrane w szafkach. Właśnie pochowałam banknoty, tak samo jak co miesiąc, w różnych miejscach w domu - na wypadek jakby zabrakło pieniędzy.
Zdziwilibyście się, jak często znajduję zapomnianą kasę w różnych puszkach, książkach, kopertach... to silniejsze ode mnie.
Choruję sobie. Na serduszko. Na tyle poważnie, że nie mogę iść do "normalnej" pracy, w związku z czym pracuję jako wolny strzelec; najczęściej w domu, ale czasem udaję się do siedziby firm, z którymi działam, celem omówienia detali.
W jednej z tych firm jest sobie Alvaro. Ach, cud miód malina chłopaczyna! Czarny lśniący włos, skóry brąz, oczu błękit. Kaloryfer jak się patrzy, ten styl, głosu ton... No kisiel Słodka Chwila w gaciach. Oczywiście, zdaniem Alvaro.
Masa kobiet do niego wzdycha, to fakt. Jeszcze więcej się dobrodusznie śmieje, bo paw przy Alvaro to skromniś malutki. Kobiety nie są mu potrzebne do związku. Nie są mu nawet potrzebne do seksu. Kobiety istnieją po to, by Alvara podziwiać, powtarzać mu codziennie, jaki jest cudowny. Szeptać do kształtnego uszka komplementy, jak to bezbłędnie dobrał koszulę do głębokiej purpury prążków na spodniach. Tak - kobiety to dla Alvara gadające lustra.
Z firmą tą pracuję od trzech lat. Alvaro jest tam jakieś półtora roku. Co przychodzę na spotkanie z szefami, Alvaro pręży mięśnie, aż koszula trzeszczy. Mijam go, krztusząc się ze śmiechu, zwykle dosyć szybko. Nie chcę, żeby usłyszał chichot, uchowaj Boże. Jeszcze mu psychika siądzie.
Kilka dni temu trochę źle się czułam, nic tragicznego. Akurat wypadał termin spotkania w firmie Alvara. Mimo iż większość ludzi jest tam powiadomiona o mojej przypadłości i z odwołaniem nie byłoby kłopotu, postanowiłam nie wydziwiać. Przezornie zamówiłam taksówkę.
Kilka minut po dotarciu na miejsce poczułam się znacznie gorzej. Oparłam się o futrynę, gdy nagle wyrósł przede mną Alvaro, swym nadęciem testując szwy kolejnej koszuli. Jego ciężkie perfumy dokonały pełni dzieła - ostatnie, co pamiętam, to jakieś mamrotanie o butach...
Zemdlałam.
Wezwano karetkę, powiadomiono mojego męża, nic mi nie jest, jak widać :). A wczoraj dowiedziałam się, że niechcący spełniłam dobry uczynek przedświąteczny - szczęśliwy Alvaro opowiada każdemu, kto chce słuchać, jak to kobiety mdleją na jego widok...
Niech mu się dobrze wiedzie! :)
Ludzie mają różne rytuały przed pójściem spać. Co robię ja? Płaczę.
Moje dzieciństwo było wspaniałe, nie mam żadnej traumy, żadnych lęków, żadnej niespełnionej miłości, słowem, nie mam żadnych powodów, żeby co noc zalewać się łzami. A jednak z jakichś powodów robię to niemal codziennie, pomagają mi w tym filmiki na YouTube, piosenki czy nawet sama wyobraźnia. To mnie w jakimś stopniu wycisza, niweluje stres, po prostu oczyszcza.
Nikt o tym nie wie, bo jak wyjaśnić komuś, że każdej nocy przed snem potrzebuję się wypłakać bez jakiegoś konkretnego powodu? Mam 22 lata i jestem facetem.
Historia sprzed lat.
Sala komputerowa na pewnej uczelni w Polsce. Sala służy jako kafejka bezpłatna dla studentów. Pracują też tam sami studenci, studenci też są administratorami sieci, ogólnie rodzinna atmosfera panuje. Jeden z administratorów, który trzyma pieczę nad serwerami dwa piętra wyżej, skąd rządzi naszym małym królestwem, zaszczycił nas swoją osobą. Ogólnie rozmawiamy, wygłupiamy się, śmiejemy.
Wchodzi szef szefów, przełożony, pracownik uczelni, i zwraca się do naszego admina.
- Panie X, a czy zrobił pan to, o co prosiłem?
- Tak.
- Właśnie patrzyłem na komputerze i mi jeszcze nie działa.
- Dziwne, u mnie działa.
- Sprawdzę .
Jak dobrze domyślacie się, w gwarze programistów odpowiedź admina oznacza "O k...! Zapomniałem". Jak tylko szef wyszedł, nasz admin wyskoczył jak poparzony z sali. Po kilku minutach wrócił, dosłownie minutę po nim wchodzi szef i mówi, że rzeczywiście działa.
W czasie jak szef doszedł do windy, zjechał na dół zapalić (przed budynkiem) i doszedł do swojego stanowiska (połączonego z serwerem), admin wbiegł po schodach dwa piętra, zrobił to o czym zapomniał i wrócił do nas. Klatka schodowa jest naprzeciwko sali komputerowej, więc został niezauważony przez szefa stojącego przy windzie (info dla czepialskich).
Co motywuje do działania najbardziej? Terminy ;)
Dodaj anonimowe wyznanie