Jestem przyjaciółką drugiej kategorii. Co to oznacza? Zawsze gdy jestem z przyjaciółką i pojawia się jeszcze ktoś, jestem tą "mniej ważną", mimo że wszystkie się znamy i kumplujemy. Tak jest od zawsze. Mam 23 lata i nic się nie zmieniło. W gimnazjum myślałam, że to kwestia mojego charakteru, więc stopniowo zaczęłam się zmieniać. Nie narzekam, nie opowiadam o swoich problemach (nawet chłopakowi), jestem uśmiechnięta, staram się pomagać, spędzam z innymi dużo czasu, jestem towarzyska.
To nic nie dało. Przyjaciółka nie chce na mnie poczekać 20 minut z pójściem na zakupy, mimo że dla tamtej jest w stanie zmienić godziny i się dostosować. Tamtą namawia na pójście gdzieś dopóki się zgodzi, a u mnie wystarczy chwila wahania i mówi ''OK, innym razem''.
Nie chcę z nikim konkurować o przyjaźń, wydaje mi się poniżające, żeby walczyć o coś, co powinno być oczywiste. Wszyscy, których nazywałam przyjaciółmi, zachowywali się w ten sposób wobec mnie. Nie wiem, czy tak po prostu wygląda przyjaźń i jestem przewrażliwiona, mam poglądy na temat przyjaźni rodem z amerykańskich seriali czy coś ze mną jest nie tak i nie umiem się przyjaźnić.
Toksyczność rodziców niejedno ma imię i potrafi zatruć życie również dorosłe.
Jestem jedynaczką. Wychowałam się w teoretycznie kochającej rodzinie, która zapewniała mi wszystko, czego potrzebowałam. Tak to przynajmniej wyglądało z zewnątrz. Nie, rodzice nie afiszowali się tym, nie spraszali gości, żeby się pochwalić cudownym domem i idealną córką. Wręcz przeciwnie, nie wychodzą w ogóle z domu poza pracą, kościołem i od wielkiego dzwonu wyjściem kulturalnym. Ale o tym za chwilę.
Odkąd pamiętam, nie potrafiłam dogadać się z matką. Obie jesteśmy uparte, ale na tym podobieństwo charakterów się kończy. U niej ta cecha objawia się tym, że rozmówca musi koniecznie mieć pogląd jak ona, inaczej jest wyśmiewany lub porównywany do głupca (aczkolwiek nie dosłownie, w bardzie wyrafinowany sposób), więc jakakolwiek dyskusja nie wchodzi w grę. Ja odwrotnie - uwielbiam dyskutować, szukać różnych rozwiązań, a upartość polega na dążeniu do poznania wszystkich możliwych aspektów danej sprawy. W praktyce przekładało się to na wyśmiewanie pomysłów niezgodnych z jej opinią, w młodszym, czytaj do 20 lat (tak tak) zakazywaniem tego, potem próbami zakazywania, bo ignorowałam jej słowa i robiłam, co chciałam.
Idziemy dalej. Ojciec podporządkowany matce jak swojej własnej, robił to, co mu kazała. Teoretycznie dało się z nim porozmawiać po ludzku, dopóki nie dochodziło do konfrontacji z Władczynią Domu. Przykład? Chciałam zmienić kierunek studiów. Powiedziałam mu o tym, porozmawialiśmy chwilę zawołał matkę. I się zaczęło, nakrzyczała na mnie (całości przytaczać nie będę, to materiał na osobną historię), on również do tego stopnia, że zaczął przeklinać, co nigdy mu się nie zdarzało. Nie dali mi dojść do słowa, przerywali w połowie zdania. Generalnie nokaut. Sprawa rozwiązała się sama, gdy nie zdałam roku. Dla czepiających się - medycyna naprawdę jest ciężkim kierunkiem, chemia za to spoko, polecam.
Co do wyjść. Z racji tego, że sami nie wychylali nosa z domu, chcieli, żebym również i ja tak robiła. Nawet na studiach zakazywali mi spotykać się ze znajomymi, twierdząc, że muszę się uczyć. Nie docierało do nich, że potrafię sama zaplanować sobie czas, że żeby nauczyć się dorosłości, muszę wyjść spod klosza. Dla nich nadal byłam małą dziewczynką, która potrzebuje ich pomocy i opieki. Rozmowy, jak się możecie domyślić, wiele nie dawały.
Po czwartym roku wyszłam za mąż, po zakończeniu studiów pojechaliśmy do innego miasta - teoretycznie do pracy, praktycznie, żeby się od nich odciąć. Teraz mam ponad trzydzieści lat i dziecko, kolejne w drodze. Uświadomiłam sobie z przerażeniem, że zaczynam mieć metody jak moja matka, szczęście w nieszczęściu wyłącznie wobec potomka. Chodzę do psychologa, powoli z tego wychodzę.
Rodzice, nie niszczcie swoich dzieci.
Dziś rano dostałem długo wyczekiwany telefon odnoście rozmowy kwalifikacyjnej. Byłem podekscytowany i musiałem sobie zanotować podstawowe informacje odnośnie daty, godziny i miejsca spotkania. Włączyłem w telefonie głośnik, podszedłem z nim do biurka i szybko podniosłem pliczek żółtych, samoprzylepnych karteczek.
W moim ręku została jedna, a cała reszta spadła na klawiaturę uruchamiając zatrzymany wcześniej film (tak jeden z TYCH filmów, co myślicie). Nim zdążyłem go wyłączyć padło zdanie: "O tak, uderz mocniej, nie jestem twoją matką".
Jutro mam spotkanie. No nic, trzymajcie kciuki :)
Mój mąż niedawno zobaczył latającego potwora spaghetti. Pewnie zapytacie jak? Wystraszył mnie, kiedy podawałam mu obiad.
Kiedyś byłem świadkiem wypadku - facet potrącił autem kobietę w średnim wieku. Na szczęście nic poważnego jej się nie stało, ale wszyscy wokół z przerażeniem patrzyli jak jej noga, która oderwała się od ciała, toczy się kilkanaście metrów i wpada pod przejeżdżającą nieopodal ciężarówkę, która trzaska ją na drobne części. Tak, to była tylko proteza nogi tej kobiety.
Uwielbiam układać się w łóżku i zasypiać do tego stopnia, że codziennie przed snem piję dwie szklanki wody tylko po to, by w nocy obudzić się za potrzebą, pójść do toalety i wróciwszy do łóżka zasnąć ponownie.
Moja dziewczyna ma fetysz na punkcie ludzi dysponujących władzą. Niedawno powiedziała mi, że jestem prawie tak seksowny jak Jarosław Kaczyński.
Dziwnie się czuję.
Skandynawia.
Sofie dostała śliczną i okrutnie drogą kurtkę zimową w prezencie gwiazdkowym od swojej mamy. Bardzo ją ten prezent ucieszył. Szczególnie że jej matka nigdy nie była dla niej zbyt dobra i zawsze skąpiła każdej jednej korony, licząc na to, że ojciec dziewczyny (z którym już od dawna nie jest) pokryje wszystkie koszty z nią związane. Sama nie płaci na nią nic.
Miesiąc po Bożym Narodzeniu Sofie dostała od niej drugą część prezentu - fakturę za kurtkę do zapłaty na swoje imię.
To nie pierwsza i zapewne nie ostatnia chora akcja z jej strony. Już sama nie wiem, czy kobieta jest tak wredna, czy po prostu chora psychicznie.
Po przeczytaniu wyznania #gvVMc o Ukraińcach w szkole z punktu widzenia ucznia postanowiłam opisać ten problem z punktu widzenia nauczyciela.
Uczę od kilkunastu dobrych lat w jednym z większych miast Polski.
To nie jest tak, że nauczyciele faworyzują uczniów pochodzących z Ukrainy, a gnębią Polaków.
Szkoła ma obowiązek przyjęcia Ukraińca, gdy jego rodzice się zgłoszą. Nieważne jak, gdzie i co, trzeba go przyjąć. Często Ukraińcy nie chcą się asymilować z tutejszymi dziećmi. Czemu? Bo po prostu nie. Ukraińcom nie można zwrócić uwagi, bo będzie, ze to dyskryminacja. Że my, nauczyciele, dyskryminujemy, że polscy uczniowie dyskryminują, że dyrektor dyskryminuje i pewnie Państwo też.
Dostajesz takie dziecko do klasy. Nie mówi słowa po polsku, a ty nie znasz słowa po rosyjsku. I co teraz? No właśnie. Prowadzisz lekcję- dzieciak nie rozumie. Jest sprawdzian, który ułożyłeś po polsku? No tak, wszyscy piszą tylko nie to dziecko z Ukrainy, bo nie rozumie. I co masz zrobić? Każesz mu pisać- będzie, że dyskryminujesz. Pozwolisz mu nie pisać- będziesz nie fair w stosunku do reszty klasy.
Obowiązkiem szkoły jest przygotowanie takiego dziecka do uczęszczania na lekcje prowadzone po polsku, ale to nie jest takie łatwe. Trzeba znaleźć nauczyciela polsko-rosyjskiego, ustanowić godziny lekcji języka i uczyć to dziecko. Ale przecież polskiego nie nauczy się w tydzień lub dwa, najczęściej wcale nie pomaga niechęć Ukraińców, dlatego najprościej mówiąc pozostaje to kulą u nogi zarówno szkoły, jak i nauczycieli, uczniów, rodziców.
Póki co nie ma rozwiązania tego problemu, dlatego, drodzy uczniowie, postarajcie się być choć trochę wyrozumiali dla Waszych nauczycieli, oni też sobie z tym nie radzą.
(Przepraszam za mnóstwo pytań retorycznych, zboczenie zawodowe.)
Pracuję na stacji benzynowej. O północy przychodzi czas rozliczenia kas, spisania danych itp. Około 20-30 minut stacja jest nieczynna i drzwi automatyczne są zablokowane.
Czasem jest tak, że "zapominam" powiesić kartki z informacją o przerwie.
Widok ludzi odbijających się od drzwi jest bezcenny. :D
Dodaj anonimowe wyznanie