Radom, jeden z wierzchołków polskiego Trójkąta Bermudzkiego.
Radom - Sosnowiec - Łódź. Godzina popołudniowa, w autobusie tłok, na tyłach jedzie jakiś pijany facet i prawi komplementy zdezorientowanym dziewczynom. Nagle wchodzi ona, Karyna, a wraz z nią jej banda drących się potworków. Ona sama prowadzi wózek z dzieckiem ok. 2 - 3 lata, do tego nasza królowa jest na oko w 6 miesiącu ciąży. Tlenione włosy z ciemnymi odrostami, neonoworóżowe kozaczki, tipsy długie jak szpony harpi. Obok niej córka, lat 12, prowadzi kolejny wózek z najwyżej rocznym drącym się bachorem, przy wózku sześcioletni chłopiec. Czyli mamy czwórkę drobiu + jedno w drodze.
Kobieta wygraża swojej córce, wyzywa ją od szmat, k**w i dz***k, bo nie umie uciszyć brata. Tak, bo księżniczka z szaletu nie może ruszyć utytego tyłka do własnego dziecka. Pasażerowie zniesmaczeni, wszyscy pracy lub szkole, ostatnie czego im potrzeba to drący się diabelski pomiot. Nagle drugie dziecko w wózku, zachęcone postępowaniem rodzeństwa zaczyna płakać. Wtedy nasza lady nie wytrzymuje, z całej siły uderza wózkiem o metalową rurę (taką z przyciskami do zatrzymywania autobusu) i każe dzieciakowi delikatnie mówiąc „zamknąć paszczę”.
Huk przy zderzeniu wózka z rurą był niemiłosierny, postawił na nogi cały autobus i chyba też naszą Karynkę, która wysiadła na najbliższym przystanku. Tuż po tym, gdy drzwi autobusu się zamknęły, znowu zaczyna drzeć paszczę do najstarszej córki. I kto mi tu powie, że o tym, czy ktoś będzie mieć dzieci, nie powinien decydować test IQ i kontrola psychologiczna.
Najstraszniejsza, a zarazem najśmieszniejsza sytuacja wspominana od lat w naszej rodzinie? Mój tata przy wymianie okna przez nie wypadł.
Na szczęście nic mu się nie stało, nisko było, ale z mamą w tamtej chwili zamiast biec do niego i zobaczyć, czy nic się nie stało, umierałyśmy że śmiechu :D
Raz na kilka miesięcy budzi mnie w nocy okropny ból odbytu. Nie budząc męża wstaję i idę do łazienki. Tam zwijam się na podłodze albo chodzę na czworakach. Ból jest tak silny, że czasem na chwilę tracę świadomość. Po 10-15 minutach przechodzi i jakby nigdy nic wracam do łóżka.
To się nazywa mieć ból dupy.
Gdy byłam mała, miałam tendencję do kompletnego zalewania łazienki podczas kąpieli.
Moje mama na ogół kwitowała to słowami: "znowu zrobiłaś powódź" albo "nikt nie potrafi tak zalać kamienicy jak ty"...
No i rok '97 powitał nas we Wrocławiu powodzią tysiąclecia.
Katastrofalne efekty moich poczynań kąpielowych obserwowane przez okno i wieści zasłyszane od dorosłych (powódź objęła cztery inne kraje) sprawiły, że za karę postanowiłam nie jeść czekolady aż do opadnięcia wód.
Wytrzymałam z trzy dni ;)
Jestem przyszłym ratownikiem medycznym. Nie obrzydza mnie żaden widok, nie boję się krwi, potrafię pracować w dużym stresie.
Gdy siadam na fotelu dentystycznym, mdleję. Dentysta nie zdąży nawet podejść do mnie, a ja odpływam. Dostałem już trzeci raz zapalenia tego samego zęba w ciągu roku, po receptę chodziłem tylko do lekarza rodzinnego. Jutro dzwonię do lekarza mając nadzieję, że będzie możliwość uśpienia mnie do zabiegu. Jak nie, to wykupię abonament na klindamycynę.
Mój szef jest tak głupi, że woli zapłacić 2 razy więcej za paliwo i rozwieźć firmowe faktury, niż 5 zł za znaczek i posłać pocztą. Gdy zaadresowałam koperty stwierdził, że szkoda kasy na znaczki i mam je odlepić z koperty nad parą.
Mój siostrzeniec zmarł z powodu głupoty.
Miał wrodzony niedobór odporności. Mimo to chodził do przedszkola. Tam zaraził się odrą od nieszczepionego dziecka (odra zakaża jeszcze przed wystąpieniem charakterystycznych objawów). Sam też nie był na odrę zaszczepiony, ponieważ MMR jest przeciwwskazane u osób z upośledzonym układem immunologicznym. Zachorował i to ciężko. Powikłania były na tyle poważne, że lekarze nic zdołali go uratować.
Dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw, od kogo się zaraził. Szwagier o mało nie zabił rodziców tamtego nieszczepionego dziecka, kiedy się dowiedział. A tamci nawet nie przeprosili. Były tylko typowe gadki o autyzmie i o tym, że oni nie będą truć swojego synka. A to, że ich głupota zabiła mojego siostrzeńca, to jakieś pomówienie.
Ludzie. Błagam. Zrozumcie.
Szczepienie nie ma chronić tylko waszych dzieci. Ma chronić całe społeczeństwo. A kiedy część osób się wyłamie, ta ochrona będzie nieskuteczna. Osoby "słabowite" umrą z pozornie błahych powodów.
Poczytajcie choćby o różyczce. Dla dorosłych nie jest groźna, ale dla płodów w brzuchach matek może być śmiertelna. Chcecie, żeby ktoś ryzykował życie waszych nienarodzonych dzieci? W imię czego? Teorii spiskowych?
Szczepienia to nie jest spisek. Otwórzcie oczy, rozejrzyjcie się, porozmawiajcie. Każdy zna kogoś, kto ma jakiś związek z chorymi: pielęgniarki, sprzątaczki ze szpitali, techników sekcyjnych. Oni widzą na własne oczy, że te choroby nie są zmyślone. Czasem widzą martwych ludzi, martwe dzieci.
Rozumiem, że można być egoistą, ale aż tak by doprowadzić do czyjejś śmierci, bo "coś wyczytałem/wyczytałam w Internecie?".
Pracuję na recepcji. Mój dzień pracy ma 12 godzin. Z racji, że jestem cały czas na widoku, i "pilnuję" szuflady z pieniędzmi, a łazienkę mam w zupełnie innym pomieszczeniu, to boję się wyjść siku. Nauczyłam się jakimś cudem wytrzymywać 12 godzin bez sikania. Wychodzę jedynie jak nie ma już nikogo z dyrekcji.
Albo robię coś, czego się strasznie wstydzę i nikomu nigdy nie przyznam...
Mianowicie sikam do zlewu na zapleczu.
Ostatnio przy podkręcaniu rzęs zalotką osunął mi się łokieć i wyrwałam sobie ponad połowę rzęs z jednego oka. Najpierw rozpacz, a potem szukanie ratunku.
Poszłam do apteki po odżywkę na porost rzęs. W gratisie była zalotka...
Czy oni sobie, KURCZĘ, żarty robią?!
Powiem krótko. Byłam prześladowana w podstawówce. Byłam nieśmiałą, lekko otyłą dziewczyną. Z niewiadomego powodu cała klasa się na mnie uwzięła. Poniżali mnie z byle jakiego powodu. Nie dość, że koledzy sprawiali mi przykrość, to niszczyli mnie również nauczyciele. Do dziś w mojej głowie szumią słowa nauczycielki, kiedy nie znałam odpowiedzi przy tablicy "Siadaj. Z takim podejściem na pewno nic nie osiągniesz".
Tak w wieku, gdzie powinnam mieć najlepsze wspomnienia, dostałam depresji. Chciałam umrzeć. Nie wiem jak to się stało, ale przetrwałam do gimnazjum. Wtedy postanowiłam się zmienić, przestać być takim popychadłem. Schudłam 25 kg, ścięłam włosy i zrobiłam kolczyki. Ale mimo to nadal się bałam. Że będzie jak w podstawówce.
Ale od tego czasu zaczęło się wszystko układać. Znalazłam PRAWDZIWYCH przyjaciół. Nauczyciele mnie uwielbiają i widzą we mnie potencjał.
Dlaczego o tym piszę?
Wczoraj na WDŻ mieliśmy ćwiczenie, żeby każdy napisał innym jakiś komplement. Kiedy dostałam z powrotem swoją kartkę, oniemiałam. "Takich to ze świecą szukać", "Takich jak ona to jak najwięcej" i najpiękniejszy "Mój najlepszy przyjaciel".
Śmialiśmy i żartowaliśmy, a ja udawałam, że to mnie w ogóle nie ruszyło. Ale jak tylko wróciłam do domu, rozpłakałam się jak nigdy. Zrozumiałam, że kiedyś mogłam się poddać, zabić się i nigdy nie poczuć szczęścia.
Pamiętajcie, po burzy zawsze wychodzi słońce :)
Dodaj anonimowe wyznanie