#avYpS

Pewnego dnia jadę sobie spokojnie drogą, przede mną jedzie jakiś koleś. I nagle zwolnił, właściwie to zrobił drift, koła w bok i zatrzymał się na ręcznym z piskiem opon. Ledwo go wyminąłem, przejeżdżając podwójną, no ale lepsze to niż wjechać w idiotę, co hamuje bez ostrzeżenia i staje na środku drogi. 

Wkurzyłem się, ale może bym o tym zapomniał, gdyby nie to, że dostałem niedługo potem mandat i punkty karne. Na nic tłumaczenia, że nie moja wina i tamten mało nie spowodował wypadku, anonimowy donos i nagranie z jego wozu, na którym widać tylko mnie, a jego ambitnych działań nie.

A najlepsze jest to, że dzisiaj znowu widziałem jego auto, jest dość charakterystyczne jak na nasze drogi i na pewno było jego. Tym razem stało sobie na chodniku z przebitymi kołami i wybitymi szybami, całe pomazane farbą w spreju i powypisywanymi słowami na temat tego co sądzi się o jego właścicielu. Nie powiem, jakoś mi się tak cieplej na serduszku zrobiło, może się gnojek oduczy, a ten kto to zrobił zasłużył na szczere gratulacje. Choć mam nadzieję, że pozostanie anonimowy i nikt się nie dowie kto to.


PS Gdybym nie znał kontekstu zniszczenia tego auta pomyślałbym, że to bezsensowny wandalizm, a tak, jak widać, to po prostu karma wróciła... z młotkiem i farbą.

#8fD7N

Przez 5 lat studiów razem z 4 przyjaciół (Emilia, Daria, Justyna, Jacek) z rodzinnego miasta wynajmowaliśmy duże, czteropokojowe mieszkanie w stolicy Polski. Chyba tylko dzięki temu, że znaliśmy się od lat i byliśmy przyzwyczajeni do swoich dziwactw nikt nikogo nie zabił ani się nie wyprowadził. Zaś powodów znalazłoby się kilka.

Jacek był jawnym biseksualistą i totalnym podrywaczem. Często robiliśmy zakłady jaką płeć sprowadzi sobie następnym razem na noc. Był tylko kwas, gdy uprawiali seks na kanapie w salonie i gdy zwracaliśmy mu uwagę zamiast przerwać proponował, że możemy się przyłączyć.

Daria chciała sobie kupić plazmę, więc nie kupowała jedzenia, tylko zalogowała się na każdym serwisie randkowym w internecie i zapraszała facetów na randki, żeby stawiali jej obiady, kolacje, lunche itp., a po posiłku ich spławiała. Lubiła też gadać godzinami przez telefon i brać długie prysznice. Przyjemności połączyła, kupiła sobie wodoodporny pokrowiec na telefon i blokowała łazienkę na co najmniej godzinę. I tak było lepiej, niż gdy zapchała kibel na tydzień, bo próbowała spuścić w nim ciuchy, które zostawił u niej jej chłopak, gdy wyszło, że ją zdradza.

Emilia przyniosła kiedyś do nas kota - jej rodzice wyjechali na wakacje i nie mieli z kim go zostawić. Justyna nienawidzi kotów i często groziła, że zajebie sierściucha i zrobi z niego rosół. Gdy kot zaginął na 2 dni, a Justyna prowokacyjnie jadła rosół, bywało nerwowo. Kot się znalazł.

Justyna wieszała nowe zasłony w salonie. Dwie osoby trafiły do szpitala - Justyna, bo spadła z drabiny i złamała rękę oraz ja ze wstrząśnieniem mózgu, bo spadła na mnie drabina.

Innym razem Emilia pojechała na ferie do Szwecji. Po powrocie przez rok trzymała w pokoju stary radziecki karabin (rzekomo od dziadka), by w razie najazdu nas bronić. Okazyjnie kupowała też hurtowo gaz pieprzowy.

Często urządzaliśmy imprezy dla braci studenckiej. Jedną z nich przerwała sąsiadka, skarżąc się na hałas. Będąc pod wpływem, zamiast się uciszyć, zaprosiliśmy ją na kielonka. Zaproszenie przyjęła. Od tamtego czasu już się nie skarżyła, ale na większość imprez wpadała wypić kilka głębszych. Zwykle przyprowadzała też męża lub koleżanki. Niestety przestała przychodzić odkąd Justyna udekorowała połowę mieszkania maskami vodoo kupionymi na wakacjach.

Studia skończyłem rok temu i wyprowadziłem się na swoje, ale tęsknię czasami za tą zbieraniną. :)

#H5KDD

Nie wiem już co robić. Sprawa jest dość dla mnie wstydliwa... Mam owsiki. Od dwóch lat z nimi walczę. Ale na darmo. Ciągle wracają. Gdy już myślę, że to koniec, znowu się pojawiają. Nie wiem skąd to się bierze. Czy ktoś w moim otoczeniu je ma i nie walczy z tym, co powoduje, że się zarażam, czy za mało dbam o higienę. Nie wiem co robić, wpędza mnie to powoli w paranoję. Nie mam z kim o tym porozmawiać. Mieszkam w akademiku, więc podejrzewam, że to jakiś współlokator może być powodem ciągłego ich nawracania. Jednak głupio mi podejść i zapytać "może zrobimy sobie kurację na owsiki całym pokojem?".
Już nie mam sił na walkę z tym.
A najbardziej boję się tych wszystkich powikłań, które mogą się pojawić.

#UyI4f

Pochodzę z zamożnej rodziny. Moi rodzice są uśmiechnięci, dobrze wychowani i kulturalni. Wspierają finansowo szkołę, angażują się w jej życie.
Mieszkamy w dużym domu, którego wielkie drzwi są zawsze zamknięte. Otwarcie drzwi to przepustka dla złodzieja!

Nie daj Bóg ten złodziej zauważyłby mamę goniącą tatę z nożem w ręce (albo na odwrót), stłuczone naczynia, butelki rozbite o podłogę, rany, blizny, pobicia, kłótnie, wyzwiska, cielesne kary, przemoc fizyczną, psychiczną i wyżywanie się na sobie nawzajem, omdlenia, rozszalały wzrok i kolejną pustą butelkę po alkoholu.

Próbowałam to zgłaszać do szkoły, mówić o tym przyjaciołom. Rezultat był identyczny - nikt mi nie wierzył! Mam przecież pieniądze i uśmiechniętych rodziców, w dupie musiało mi się poprzewracać z dobrobytu.

Sama napisałam maila do MOPS-u, bałam się, co stanie się po ujawnieniu danych, więc podpisałam się losowym imieniem i nazwiskiem. Przyjechał pan, aby sprawdzić sytuację i rodzice odegrali taką szopkę, że ten pan przeprosił naszą rodzinę i powiedział, że na pewno jakiś sąsiad z zawiści zrobił taki wybryk.
Mam dość.

#dtNit

Był to czas, gdy byłam dzieckiem, w wieku przedszkolnym-zerówkowym. Był to też czas tych niebezpiecznych pedofilów, którzy oferowali cukierki, lizaki i "bawili" się z dziećmi. Mama często mi o tym opowiadała pomimo mieszkania w małym mieście, pomimo tego, że nigdy w naszym nie było takich grubszych akcji. Ostrzegała mnie o niebezpieczeństwach z większych miast, z zagranicy.

Często biegałam na dworze z innymi dziećmi. Bawiliśmy się od rana/ południa do wieczora. Nigdy nie uważałam naszej okolicy za niebezpieczną. Nie uważałam ludzi za bandziorów, wręcz przeciwnie, lubiłam ich. Bałam się psów, które czasem mnie goniły. Bałam się rowerów, bo kiedyś potrącił mnie jeden mężczyzna. Ale innych mieszkańców miałam prawie za rodzinę.

Pewnego dnia, gdy byłam z ulubioną koleżanką przed blokiem, zawołał nas sąsiad z najwyższego okna. Powiedział, żebyśmy podeszły, a on coś nam rzuci. Koleżanka uciekła a ja, przekonana, że to miły staruszek, mój sąsiad, podbiegłam i czekałam. W końcu rzucił mi parę cukierków i parę dodatkowych "dla koleżanki". Podziękowałam, poszłam do niej ukrytej w klatce. Słodkie zjadłam, potem bawiłyśmy się nadal.

Przez kolejne dni, szczególnie te letnie, pan zrzucał nam cukierki i inne słodycze, nawet czasem czekoladę. Dziękowałyśmy i jadłyśmy na kocu w ogródku tak, jak nas poprosił - powiedział, że to świetne miejsce na zabawę. On sobie siedział w oknie i się do nas uśmiechał, pytał co u nas, czy chcemy jeszcze po cukierku. Pamiętam jak raz bezmyślnie zapytałam, czy chce do nas dołączyć. Szczęśliwie odpowiedział, że ma chore nogi i nie da rady zejść po schodach. Oglądał nas, śmiał się z nami, rozmawiał i zrzucał słodkości. Niewinne, prawda? Nawet mama była zachwycona i czasem niosła mu ciasto za to, że jest takim dobrym starcem i ma nas na oku, by nas nikt nie skrzywdził.

Przyszedł kolejny dzień, my znowu na kocu, bawimy się lalkami. Widzimy staruszka z garścią cukierków, podbiegłam, złapałam, podziękowałam i znów siadłam na kocu. Dziadek zaś się z nami śmieje, rozmawia. Ale zauważyłam coś podejrzanego. Pan jedną rękę miał na parapecie, druga mu się ruszała tak, jakby podnosił drążek. Uśmiechał się ciągle tak samo, mówił do nas. Dopiero jak to dostrzegłam włączyła mi się jakaś ostrzegawcza lampka - zawsze obiecywał, że da nam cukierki tylko "jeszcze chwilę musi postać zanim po nie pójdzie", czasem pochwalił, że jesteśmy "takimi ładnymi dziewczynkami". Wystraszyłam się, przypomniałam sobie wszystkie historie mamy ze szczegółami.

Pobiegłam i powiedziałam o tym mamie. Nie zgłosiliśmy tego nigdzie, jednak tata odwiedził staruszka i wykrzyczał mu w twarz, że jest obleśny. Przez jakiś czas miałam szlaban na wychodzenie na dwór. Po dwóch tygodniach od "kłótni" starca z tatą, dziadek zmarł na prawdopodobny zawał.

#qOR7A

Okres zimowy, więc wsiadając do pojazdów komunikacji miejskiej, jesteśmy przygotowani na starcie ze zmarzniętym żulikiem, który potrzebuje odrobiny ciepła, by rozmrozić trunek i się odrobinę rozgrzać.

Pewnego razu umiejscowiłam się obok owego sympatycznie wyglądającego pana, który o dziwo nie zabijał mieszanką zapachów, charakterystycznych dla tego rodzaju pasażerów. Siedzimy spokojnie, wpatrując się przed siebie, jednak kilka chwil później mój spokój zakłócił dźwięk rozsuwanego suwaka. Kątem oka zauważyłam bardzo znajomy kształt. Mężczyzna nieśmiało uchylił rąbka tajemnicy (czyt. kurtki) i wyciągnął dorodny trunek, tzw. ruski szampan, po czym jednym chluśnięciem opróżnił połowę kształtnej, zielonej butelki, rozlewając przy tym część zawartości na swój zacny strój. Odrywając butelkę od ust, zauważył mój przewiercający na wylot wzrok i nieśmiało zbliżył trunek w moją stronę, wydukując z siebie niesamowicie ambitne pytanie brzmiące: ''HMMM?", co zapewne oznaczało "Poczęstujesz się, młoda damo?". Z wielkim żalem musiałam odmówić, zważając na okoliczności. Nie zdążyłam jednak do końca wykonać gestu, mówiącego ''nie, dziękuję'', a do moich uszu dobiegł szaleńczy śmiech, brzmiący niczym pianie duszącego się koguta. Naprzeciw stała niewiasta, która obserwowała całą tę sytuację. Rozbawiona do łez krzyknęła ''KARNAWAŁ'' i wybiegła z tramwaju, a zaraz za nią przemiły spożywacz napojów wyskokowych.

Nadal próbuję zrozumieć, co tam się tak właściwie wydarzyło :D

#1eMKe

Wiele osób spotkało się z wyznaniem osób z biednych rodzin czy takich, gdzie rodzice nie mają wykształcenia, u mnie w domu jest odwrotnie. Ojciec całą moją edukację wyśmiewał rodziców kolegów i koleżanek, którzy byli prawnikami czy lekarzami. "A na co to się takimi pierdołami zajmować", "po cholerę komu tyle się uczyć". Pół życia w książkach i co z tego mają? Tyle co ja, i to bez żadnej szkoły.

Ktoś powie, że prawnik czy lekarz lepiej zarabiają. Otóż nie, ojciec po zawodówce bez matury i niczego innego wyciąga z bycia " fachowcem", napraw, budowlanki, remontów w zależności od miesiąca nawet do 20 tys. (na czysto, po odliczeniu podatków). Jest tak leniwy, że poniżej 300 zł za godzinę nie kiwnie palcem. Ma własnego pomocnika i nawet szofera. I ci wszyscy prawnicy, doktorowie i posłowie aż się mu kłaniają, byleby był łaskaw im trzasnąć mozaikę z perskich płytek sprowadzanych z Amazonii, parkiecik z palm z Antarktydy czy wannę z kryształu z Himalajów.
Grafik ojciec ma tak napięty jak lekarz na ostrym dyżurze. "Proszę przyjść tak za 5 lat". "Ale jak to? Panie Januszu złoty, ja zapłacę 3000, tylko niech pan mi tę kuchnię wyremontuje".

Ja poszedłem do liceum. Nasłuchałem się przy tym niemało różnych rzeczy, ale ojciec przebolał to. Całe życie mi wciskał naukę elektryki, hydrauliki, stolarki itp., więc to nie problem i swoje umiem. Ale za 3 miesiące mam maturę. I kompletnie nie wiem co robić. Chciałem iść na medycynę, ale patrząc na to, że 6 lat studiów, specjalizacja i dopiero mając ze 35 lat będę dobrze zarabiał, a po jakichś 10 kolejnych i własnej prywatnej przychodni tyle co ojciec, to mi się płakać chce. Lubię medycynę, ale tony materiału do nauki, w porównaniu do pracy z ojcem, gdzie od razu będę miał z 5 koła bez niczego, to straszny dylemat.

#93Gv4

Radom, jeden z wierzchołków polskiego Trójkąta Bermudzkiego.
Radom - Sosnowiec - Łódź. Godzina popołudniowa, w autobusie tłok, na tyłach jedzie jakiś pijany facet i prawi komplementy zdezorientowanym dziewczynom. Nagle wchodzi ona, Karyna, a wraz z nią jej banda drących się potworków. Ona sama prowadzi wózek z dzieckiem ok. 2 - 3 lata, do tego nasza królowa jest na oko w 6 miesiącu ciąży. Tlenione włosy z ciemnymi odrostami, neonoworóżowe kozaczki, tipsy długie jak szpony harpi. Obok niej córka, lat 12, prowadzi kolejny wózek z najwyżej rocznym drącym się bachorem, przy wózku sześcioletni chłopiec. Czyli mamy czwórkę drobiu + jedno w drodze.

Kobieta wygraża swojej córce, wyzywa ją od szmat, k**w i dz***k, bo nie umie uciszyć brata. Tak, bo księżniczka z szaletu nie może ruszyć utytego tyłka do własnego dziecka. Pasażerowie zniesmaczeni, wszyscy pracy lub szkole, ostatnie czego im potrzeba to drący się diabelski pomiot. Nagle drugie dziecko w wózku, zachęcone postępowaniem rodzeństwa zaczyna płakać. Wtedy nasza lady nie wytrzymuje, z całej siły uderza wózkiem o metalową rurę (taką z przyciskami do zatrzymywania autobusu) i każe dzieciakowi delikatnie mówiąc „zamknąć paszczę”.

Huk przy zderzeniu wózka z rurą był niemiłosierny, postawił na nogi cały autobus i chyba też naszą Karynkę, która wysiadła na najbliższym przystanku. Tuż po tym, gdy drzwi autobusu się zamknęły, znowu zaczyna drzeć paszczę do najstarszej córki. I kto mi tu powie, że o tym, czy ktoś będzie mieć dzieci, nie powinien decydować test IQ i kontrola psychologiczna.
Dodaj anonimowe wyznanie