Pewnego razu gdy miałem z 14,15 lat, poszedłem w wakacje do babci, trochę porozmawialiśmy i powiedziałem jej „I wiesz co babciu? Miałem wczoraj sen z mamą”. Babcia usłyszała „Miałem wczoraj sex z mamą”. Po chwili kazała zjeść zupę i wyjść, przez chwilę miałem mega mindfucka co ja takiego złego powiedziałem, ale zrobiłem tak jak babcia prosiła.
Po 4 miesiącach poprosiła, żebym przyszedł do niej porozmawiać, a więc zgodziłem się i poszedłem. Babcia od razu pyta mnie na starcie „Jak to się stało?”, „Kiedy to było?”, „Czy to było po pijaku?”. Ja mówię, że powiedziałem ,,Miałem wczoraj sen z mamą'', a babcia mnie potem cały czas przepraszała i dała w wynagrodzeniu 50 zł. :D
Historia o tym jak nadopiekuńczość i nie tylko potrafi niszczyć człowieka.
Jestem z Adamem dość długo, zbliżamy się do pełnoletności (dzielą nas miesiące). Dotychczas myślałam, że jego mama jest spoko kobitką, ale nic bardziej mylnego.
Adam to (prawie!) pełnoletni facet, mimo to o 21.00 musi oddać matce telefon. Dlaczego? Bo tak. Nie ma za bardzo konkretnego powodu, obowiązuje to również w weekendy.
Kiedy jesteśmy na mieście albo u mnie w domu, dostaje o 16.00 wiadomość, że on NATYCHMIAST musi jechać do domu. Nie ma konkretnego powodu, uważa, że to bardzo późno, jeśli szkolę kończymy o 15, a u mnie jesteśmy 15:30. Więc musi być w domu punkt 17.00 (bo jeszcze dojazd), bo tak.
Kiedy poszedł na staż jasno mi powiedziała, że jej syn nie będzie się mógł ze mną spotkać w tygodniu. Ciekawe dlaczego? Bo ona to już mu znajdzie zajęcie w domu, żeby robił do późna, w weekendy to samo.
Adam interesuje się grami. Widać, że go to kręci, w końcu każdy lubi czasem pograć. Ale ma zakaz. Może tylko w weekendy, teraz dostał ogólny zakaz. Nie, nie jest uzależniony.
Ciągłe kontrole gdzie on jest, co on robi, dzwonienie, wypisywanie pierdyliarda SMS-ów jest na porządku dziennym.
Codzienne awantury o byle co. Nie chce mi się już mówić o co, bo żal mówić (np. za to, że poszedł spać na piętro. Bo tak).
Kontrolowanie i obserwowanie jego każdego ruchu sprawiły, że mój ukochany boi się mi czasem zaufać, bo się obawia przez te częste kontrole i wchodzenie w jego prywatne życie.
Jeśli mogę u niego nocować, to mam spać na innym piętrze z dala od niego, bo to przecież rozprasza.
Czara goryczy się przelała, kiedy zaczęła przeglądać nasze prywatne wiadomości. Powiedziałam STOP. Przesadziła i to bardzo. Już nie chodziło o samo czytanie, ale o tym co było w tych wiadomościach.
Byłam jeszcze miła i przymknęłam oko na czytanie naszej korespondencji - do czasu, kiedy coś we mnie pękło.
Mianowicie zwyzywała mnie od patologii (którą nie jestem) i powiedziała, że ona nie chce jej przyjmować do rodziny.
Pytacie co takiego zrobiłam. Zdradziłam? Nie. Ćpam? Nie. A może jestem dzieckiem ulicy i wychowuje mnie prawo JP? Nie.
Wygłupialiśmy się z chłopakiem i żartowaliśmy, nazwałam go "ujem" i kazałam "wypieprzać". Ot, takie szczeniackie zabawy. Niektórzy tego nie popierają, rozumiem, ale nie jesteśmy pierwszą i ostatnią parą, która mimo miłości się (raz) wyzwała, śmiejąc się przy tym.
Adam boi się być we własnym domu, gdzie śledzi się jego każdy krok i jest odcięty od wszystkich. Pozostaje nam czekać, aż uzyska pełnoletność i wyniesie się gdzieś, gdzie nie jest traktowany jak pięciolatek.
Zastanawiam się, kiedy zamontują w jego pokoju kamery.
Miałem kiedyś, w podstawówce w klasach 1-3 nauczycielkę. Była ona najgrubszą osobą, jaką w życiu spotkałem, w dodatku wydzielała obrzydliwy zapach. Za młodu, kiedy byłem na przykład na basenie i widok jakiejś kobiety podniecił mnie na tyle, że czułem, że mój jeszcze mały wtedy sprzęt zaczyna się podnosić, wyobrażałem sobie ją zmuszającą mnie do seksu. Działało. Szkopuł jednak w tym, że do dziś mi to zostało.
Kiedy kocham się z moją dziewczyną, a czuję, że dochodzę szybciej niż ona, to z automatu nauczycielka pojawia mi się przed oczami, tylko w trochę bardziej ekstremalnych sytuacjach. Widzę, jak siada mi na twarz, a ja cierpię z powodu zapachów z jej miejsc intymnych, widzę jak zmusza mnie do uprawiania seksu analnego, po czym wszystko jest ubrudzone jej kupą... Nie umiem się tego pozbyć. Jedyny plus jest taki, że faktycznie pomaga to w przedwczesnym dochodzeniu, ale co pomyślałaby moja dziewczyna, gdyby wiedziała, jakie rzeczy mam w głowie podczas seksu?
Pod koniec pierwszej klasy gimnazjum pojechaliśmy na wycieczkę w Góry Świętokrzyskie. U nas ''ananasów'' w szkole nie brakowało, więc podczas pobytu mieliśmy zapewnioną wódeczkę. Pamiętam, że starsi uczniowie zadbali o to, by towar przelany był w termos do herbaty i potem jak nauczycielka powiedziała, że w razie jakichkolwiek podejrzeń będzie sprawdzać walizki, to wielce wybitne dzieciaki wylały towar do kosza na podpaski, który znajdował się w każdej łazience w pensjonacie. Pamiętam te chwile jak kucaliśmy przy tym kuble ze słomkami w buzi i delektowaliśmy się wspaniałym trunkiem.
To była moja pierwsza popijawa, więc można powiedzieć, że szybko się upiłam, ale na szczęście było to już po 22, więc żaden nauczyciel nie wpadł niespodziewanie do pokoi. Całą noc dręczyły mnie wymioty mimo, że byłam zupełnie świadoma. Trzymała mnie migrena. To był taki silny ból głowy, że nie mogłam normalnie chodzić, bo wszystko kręciło się w moim móżdżku niczym kolejka górska w Energylandii. Mieliśmy już wychodzić na śniadanie, a tu nagle na samą myśl o jedzeniu dopadła mnie okropna biegunka.
Okazało się, że z całej wycieczki nie byłam pierwszą rzygającą i sra**cą, więc oczywiście wpadliśmy na pomysł, żeby w razie czego powiedzieć iż zatruliśmy się kanapkami z kiełbasą. Informacja o złym stanie zdrowia dotarła do nauczycielek. Jedna podejrzewała nas o picie, więc wszyscy wylewali do sedesu wódkę z kosza i jeszcze wycierali go mydłem jak tylko mogli, by nie było czuć charakterystycznego zapachu. Byłam już w takim stanie, że temperatura dochodziła mi do 40 stopni. Pani wychowawczyni uznała, że musi sprawdzić to, czy nie spożywaliśmy zakazanych napoi, więc no cóż...trafiliśmy pod kontrolę alkomacika. I co się stało? U nikogo nie wykazało procentów, mimo, że podobno prawie każdy pił. Przebadali też starszych i również nie było śladów po naszym melanżu.
Okazało się, że trzecie klasy zrobiły z nas jaja i zamiast wódki wlali uwaga...wodę smakową z lekami przeczyszczającymi. Było czuć jabłkowy posmak, ale wrobili nas, że to wódka smakowa. Teraz mam już prawie 30 lat i bardziej przeraża mnie fakt naszej niewiedzy dotyczącej alkoholu niż czyn, który popełniła starsza gimbaza. Oni podobno nic nie pili tylko, aby robili z siebie kozaków przed nami. Nauczycielka przeszukiwała nasze rzeczy i w jednej z kieszeni od kurtki znalazła te środki. To były jeszcze te czasy, w których nauczyciel bił linijką po łapach, więc doskonale pamiętam poszarpane uszy, wyzwiska ''wy najgorsi gówniarze'' i obniżone oceny ze sprawowania + okropne lanie od rodziców. Tak, przynajmniej będzie co wspominać na stare lata.
Siedzę dłużej w pracy, aby krócej być sam w domu.
Mój chłopak był na mnie zły, bo nie miałam ochoty na seks.
Nie miało znaczenia, że przyszedł do mnie w odwiedziny do szpitala...
Przedwczoraj byłem w kinie z młodszą siostrą. Idąc przez parking do samochodu, zobaczyłem, jak młody facet z zespołem Downa wpatruje się w młodą i przy pomocy dłoni się zaspokaja. Zapakowałem siostrę do auta i podszedłem do typa mówiąc mu, żeby wracał do domu albo zadzwonię na policję. Facet zaczął mówić, że moja siostra jest ładniutka i że się może nią zaopiekować oraz porobić z nią różne ciekawe rzeczy...
Nie wytrzymałem i dałem mu w mordę. Odjeżdżając zawiadomiłem odpowiednie służby i powiedziałem, że na parkingu grasuje pedofil (bo jak inaczej można nazwać trzepanie sobie patrząc na jedenastoletnią dziewczynkę?).
W pracy opowiedziałem o sytuacji i to co usłyszałem mnie przeraziło. Ludzie podzielili się na dwa obozy. Pierwszy to szanowne starsze panie, które stwierdziły, że jak ja tak mogłem. Że przecież chory człowiek, że przecież NIC TAKIEGO nie zrobił. Co ciekawe, te same panie co chwilę dzielą się swoimi przemyśleniami na temat kastracji pedofilów i co to one by im nie zrobiły.
Druga część osób stanowczo mnie poparła i stwierdziła, że zrobiłaby dokładnie to samo.
Wszystko mi jedno, czy pedofil jest zdrowy, czy ma Downa, czy miał trudne dzieciństwo. Nic nie umniejsza jego winy.
Poznaliśmy się, gdy byłam na ostatnim roku studiów (on był starszy o 12 lat). Od razu zaiskrzyło. Pierwsza, druga, trzecia randka... Na czwartej zaproponował, bym się do niego wprowadziła. Po 3 miesiącach mi się oświadczył, a ślub wzięliśmy niecały rok później. Było jak w bajce. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, ale jedno drugiemu nie zabraniało spotykania się z "osobnymi" znajomymi czy realizowania swoich pasji. Miałam w nim nie tylko męża i kochanka, ale też wspaniałego przyjaciela. Potrafił mnie wysłuchać, rozśmieszyć, pocieszyć, gdy zaszła taka potrzeba.
Oboje dobrze zarabialiśmy. Ja w branży IT, on miał kilka nieźle prosperujących firm. Dużo podróżowaliśmy, zwiedziliśmy kawałek świata. Dwa lata po ślubie ruszyliśmy z budową domu, w międzyczasie zaszłam w ciążę. Często słyszeliśmy od znajomych czy rodziny, że jesteśmy szczęściarzami i wygraliśmy życie.
Ale nic nie może przecież wiecznie trwać... Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Wracałam z córką od lekarza. Mniej więcej w połowie drogi do domu zadzwonił telefon. Nieznany numer. Od razu poczułam, że stało się coś niedobrego.
- Dzień dobry. Pani X?
- Tak. O co chodzi?
- Pani mąż miał wypadek. Proszę przyjechać do szpitala...
Pomimo łez płynących do oczu, zebrałam się w sobie i zawiozłam Polę do mojej mamy, a sama popędziłam do szpitala. Diagnoza zwaliła mnie z nóg - złamany kręgosłup.
Szczerze powiedziawszy, słabo pamiętam okres jego pobytu w szpitalu. Funkcjonowałam jak robot.
Po powrocie do domu zamknął się w sobie całkowicie. Jeśli się odezwał, to tylko po to, by wyzwać mnie albo mężczyznę, który w niego wjechał. Nie chciał uczestniczyć w rehabilitacji, pluł jedzeniem, potrafił wylać zawartość worków z moczem czy kałem...
Przez to wszystko zaniedbałam córkę, która praktycznie zamieszkała z moją mamą.
Po 7 miesiącach walki, choć wcześniej bardzo się przed tym wzbraniałam, wyszłam z propozycją opiekunki. Jaką on mi zrobił awanturę... Dom pod miastem, a strzelam, że słyszeli go nawet w ratuszu w centrum. Na koniec rzucił, że skoro tak bardzo sobie z nim nie radzę, to śmiało - mam go oddać do ośrodka.
Mówisz - masz. Mieszka tam od ponad roku. Odwiedzam go raz na tydzień, czasem częściej, czasem rzadziej.
Czy żałuję? Wcale. Choć nadal kocham człowieka, za którego wyszłam, to tego, kim stał się po wypadku, szczerze nienawidzę.
Mam 14 lat i mieszkam razem z pięcioletnim bratem oraz rodzicami. Nieważne, czy są wakacje czy nie, muszę zajmować się bratem. Wracając ze szkoły, odbieram go z przedszkola. Potem w domu daję mu, czasem też gotuję, obiad. Sprzątam, piorę, myję, odkurzam, zajmuję się zwierzętami i oczywiście wychowuję brata. Robię wszystko, co robią matki moich rówieśników. Przez to nie mam czasu wolnego, nawet by odrobić lekcje, a co dopiero by wyjść ze znajomymi. Codziennie czuję się wyczerpana, oprócz dzisiejszego dnia.
Mój brat, rysując jakieś stworki na kartce, powiedział do mnie "Mamo, dasz mi piciu?". Zszokowało mnie i stojąc jak wryta spytałam, dlaczego powiedział do mnie "mamo". Wytłumaczył się: "Pani w przedszkolu mówiła, że mama jest z nami zawsze, a to ty się mną opiekujesz, więc to ty jesteś moją mamą".
Nie mogłam się powstrzymać i popłakałam się, a mały zaczął mnie pocieszać.
Od zawsze w moim domu pieniądze szły na różne bzdury. Kiedy znalazłem pracę, oszczędzałem ile się dało i na czym się dało. Rodzina mnie wyśmiewała, bo przecież mogłem sobie kupić jakieś głupoty, a nie oszczędzać jak głupi. Dla nich przez to oszczędzanie byłem nikim.
Uzbierałem na nowy samochód? Ukradłem komuś kasę. Kupiłem sobie nowy telefon? Pewnie kogoś zastraszyłem. Kupiłem sobie sporo książek? Jestem walnięty, bo kto by czytał. Takie sytuacje można mnożyć.
Wolę mieć coś konkretnego, niż kupować piwo, żeby się upijać niemal do nieprzytomności, cukierki czy papierosy.
Dodaj anonimowe wyznanie