#2jQ63
Oboje dobrze zarabialiśmy. Ja w branży IT, on miał kilka nieźle prosperujących firm. Dużo podróżowaliśmy, zwiedziliśmy kawałek świata. Dwa lata po ślubie ruszyliśmy z budową domu, w międzyczasie zaszłam w ciążę. Często słyszeliśmy od znajomych czy rodziny, że jesteśmy szczęściarzami i wygraliśmy życie.
Ale nic nie może przecież wiecznie trwać... Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Wracałam z córką od lekarza. Mniej więcej w połowie drogi do domu zadzwonił telefon. Nieznany numer. Od razu poczułam, że stało się coś niedobrego.
- Dzień dobry. Pani X?
- Tak. O co chodzi?
- Pani mąż miał wypadek. Proszę przyjechać do szpitala...
Pomimo łez płynących do oczu, zebrałam się w sobie i zawiozłam Polę do mojej mamy, a sama popędziłam do szpitala. Diagnoza zwaliła mnie z nóg - złamany kręgosłup.
Szczerze powiedziawszy, słabo pamiętam okres jego pobytu w szpitalu. Funkcjonowałam jak robot.
Po powrocie do domu zamknął się w sobie całkowicie. Jeśli się odezwał, to tylko po to, by wyzwać mnie albo mężczyznę, który w niego wjechał. Nie chciał uczestniczyć w rehabilitacji, pluł jedzeniem, potrafił wylać zawartość worków z moczem czy kałem...
Przez to wszystko zaniedbałam córkę, która praktycznie zamieszkała z moją mamą.
Po 7 miesiącach walki, choć wcześniej bardzo się przed tym wzbraniałam, wyszłam z propozycją opiekunki. Jaką on mi zrobił awanturę... Dom pod miastem, a strzelam, że słyszeli go nawet w ratuszu w centrum. Na koniec rzucił, że skoro tak bardzo sobie z nim nie radzę, to śmiało - mam go oddać do ośrodka.
Mówisz - masz. Mieszka tam od ponad roku. Odwiedzam go raz na tydzień, czasem częściej, czasem rzadziej.
Czy żałuję? Wcale. Choć nadal kocham człowieka, za którego wyszłam, to tego, kim stał się po wypadku, szczerze nienawidzę.
Tu potrzebna jest pomoc psychiatry,siadło mu na głowę.
Jaki ma kontakt z córką? Mój tata po udarze musiał iść na rehabilitację, ćwiczyć pamieć, mowę, koordynację ruchową. W tym wszystkim największa mobilizację dawała mu moja córka (wtedy roczne dziecko) Pragnął bawić sie i spacerować z nią jak wcześniej, no i udało się :)
Mam nadzieje, ze moja mama rowniez po udarze tez sie w koncu zmotywuje do wiekszych cwiczen bo tak obiecywała jak jeszcze bylam w ciazy..A teraz maly ma 3.5 miesiaca, a ona dalej jest na tym samym etapie. Chodzi, ale nie rusza w ogole prawa reka :/
Moja babcia miała wylew. Ale wtedy już po 60 i ciężką z nią było. Mimo prób rehabilitacji i pomocy ona zapadła się i była na nie.
Doskonale wszystko kojarzy. Potrafi po mały wszystko do sokoła siebie zrobic. Mówi niedokładnie, myli wyrazy ale wie dokładnie co do niej się mówi i co dzieje się do okola. Ma sparalizowaną prawą stronę.
Mogła być bardziej mobilną ale nie chciała. Odmówiła rehabilitacji i pomocy logopedy. Nic na to nie mogliśmy poradzic.
Jeśli ktoś nie chce to na siłę nic się nie zrobi.
A po ciężkim wypadku i urazach głowy psychika bardzo często się zmienia.
Może ta zmiana charakteru to jakoś uraz powypadkowy? Albo jakaś depresja? Psychika ludzka to coś bardzo skomplikowanego... Słyszeliście, ze często się ludzie mówią: nie przejmuj się, nie martw to mówi choroba a nie on... co nie zmienia faktu, ze bardzo Ci współczuje autorki i życzę dużo siły.
racja, on powinien mieć zapewnione wsparcie psychiczne u psychologa, może jakąś psychoterapię. Złamanie kręgosłupa i fakt, że nigdy już nie będzie chodzić musi być ciężkim przeżyciem i nie każdy zdołałby się z tym sam uporać
Aż mi się przypomniał film "Zanim się pojawiłeś", który właśnie jest o sparaliżowanym mężczyźnie i dziewczynie, która zaczęła się nim opiekować.
@DwaGrosze książka lepsza niż film i przedstawia to trochę inaczej, ale głównym problemem nie jest niepełnosprawność Willa 🤔
Myślę, że on potrzebuje czasu by zaakceptować obecną sytuację, może wtedy sam poprosi o rehabilitację czy psychologa. Równie dobrze to może nigdy nie nastąpić..
W ośrodku, wsrod obcych ludzi i w poczuciu porzucenia poprawa i akceptacja moga nigdy nie nadejsc...
Witaj.
Wiem co to znaczy opieka nad osobą leżącą. Wiem jaki potrafi zmienić się człowiek, który nie umie i nie chce zaakceptować swojej sytuacji, który się poddaje.
Wiem co to znaczy słyszeć wulgaryzmy pod swoim adresem podczas nieprzespanych nocy. Przebieranie, mycie, dźwiganie, "wychodzenie z siebie" i próby wyciągnięcia kogoś z dołka. Wiem też, że wtedy najlepszym lekarstwem na złość i poczucie bezradności są wspomnienia. Widzę tego człowieka sprzed choroby, pamiętam jaki był dobry i kochany. Jestem pewna, że gdzieś tam w środku żyje, że jeszcze go odnajdziemy.
Ja też miałam sytuację w życiu, gdy umarł po ciężkiej chorobie mój narzeczony. Zamknęłam się w swoim dramacie, byłam nieznośna i zapatrzona w swój ból. Została przy mnie jedna osoba, pomogła mi stanąć na nogi. Po długim okresie buntu i złości, wręcz wściekłości zaczął się czas akceptacji i próby powrotu do żywych. Jestem wdzięczna tej osobie, że zemną wytrwała,że się nie zniechęciła gdy ja ją odpychałam.
Droga autorko, rozumiem i nie chcę cię oceniać, bo znam to poczucie wyczerpana. Jednak obiecałaś coś swojemu mężowi, przypomnij sobie przysięgę małżeńską. Odwiedzasz go raz w tygodniu? Piszesz, że go kochasz a mi się wydaje, że to nie jest miłość.
Widzisz, miałaś tę osobę. Ja pierwszy raz w życiu wyciągnęłam rękę po pomoc (2 tragedie w krótkim czasie plus choroba i problemy finansowe) i jestem sama jak palec. Przyjaciele i rodzina zbywają mnie krótkim 'wszystko będzie dobrze' oraz sms 'myślę o tobie' raz na 3 dni od przyjaciółki, która dziwnym trafem nie ma czasu nawet na 5 minutową rozmowę. O ile jeszcze 2 tygodnie temu byłam jakiejś pozytywnej myśli i miałam nadzieję wykaraskać się po prostu z tego podłego 'humoru', to teraz czuję w sobie tylko gorycz, nienawiść, zgorzknienie i bezgraniczny smutek. Pierwszy raz w życiu nie jestem w stanie sama siebie z tego wyciągnąć, czuję, że wariuję. Każda najmniejsza przykrość (ktoś mi zwrócił grzeczną uwagę) to cios, który sprawia, że do końca dnia jestem w dołku. Po prostu nie mam siły temu przeciwdziałać - ja, najbardziej pozytywna osoba, jaką znam, mistrzyni podnoszenia siebie i innych. Zostawiona w ciemnej pupie, jak raz potrzebowałam pomocy. Powoli tracę zmysły, nie wiem już, co jest realne, a co nie. Z pewnych powodów nie mogę brać antydepresantów. Zwiększyłam ilość spotkań z terapeutą, mam dni wypełnione rzeczami, które sprawiają mi przyjemność i nic nie pomaga. Kompletnie. Gdyby nie moja terapeutka, chyba bym nie wstawała z łóżka. A i tak nie jest wiele lepiej. Czuję, że umieram. Nie wyobrażam sobie mojego życia za tydzień czy dwa. Nie mam myśli samobójczych, nigdy nie miałam. Po prostu mam wrażenie, że ta cała żałość wkrótce zabije mnie od środka. Nie wiem, co robić, ani już do kogo iść. Chyba naprawdę umrę, bo tak się nie da żyć.
Rozejrzyj się dookoła. Może ktoś jednak jest? Wiadomo, że człowiek, który nie poznał "Twojego" bólu nie zrozumie go, dlatego teksty typu: wszystko będzie dobrze są na porządku dziennym. Chcą dobrze, a człowiek odbiera to jakby spłycali, lekceważyli problem. Jedni się odsuwają bo nie wiedzą jak się zachować, inni z wygody. Jest taki ból, który musimy przeżyć sami, ale dobrze gdy ktoś jest. Nie po to by radził, nie po to by rozwiązał Twój problem, ale by dać poczucie, że nie jesteś sama. Czasem tylko czas i my sami możemy pomóc naszemu życiu się uleczyć.
Nie wiem jakie tragedie przeżyłaś, przez co przechodzisz, nie będę pisać, że wszystko się ułoży. Pozwól sobie też na słabość, a czas może zrobi swoje.
FoxyLadie chciałabym Ci pomóc. :(
Foxy Trzymam kciuki, żebyś odzyskała pogodę ducha.
Nie minął rok i już zabrakło sil? Coz, widać że wszystko zbudowane szybko i byle jak.
Zaproponował ci wprowadzenie się po 4 randce? Że co?
Bo w związkach jest zwykle tak, że jest dobrze, kiedy jest dobrze, a jakim kto jest człowiekiem wychodzi, kiedy zrobi się źle.
W zdrowiu i chorobie, ta jasne.
Czyli go nie kochałaś nigdy. Taka jest prawda. Ja bym mojego nie oddała nawet jakby sral pod siebie. Z reszta facet po prostu ma depresje i nie ma się co dziwić. Powinnaś go zabrać do psychiatry, na terapie, jakieś leki żeby brał, a nie od razu oddawać.
Ślubowałaś mu na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie. Widać, to nie była prawdziwa miłość.