Jestem absolwentem szkoły muzycznej i po 12 latach nauki żałuję straconego czasu.
Spędziłem ponad 7000 godzin sam, zamknięty w sali z pulpitem ćwicząc techniki gry i powtarzając najdrobniejsze błędy muzyczne. Nie idę na akademię muzyczną, więc opuszczam jakże elitarne grono znajomych. Jestem sam, ze słabym wykształceniem i brakiem pomysłu na życie. Chcę wrócić do przeszłości i mieć możliwość wyboru szkoły.
Jestem pracownikiem socjalnym i wku* mnie to, że ustawodawcy nie mają pojęcia o tym co dzieje się "na dole". Gdy widzę na zaświadczeniu u rodziny 2 tysiące z 500+ i nie mogę ich wliczyć do dochodu rodziny, bo ustawa tego nie przewiduje, to mnie, delikatnie mówiąc, nosi! Zwłaszcza gdy należy im się jeszcze kolejny tysiąc w myśl tej wspaniałej ustawy, a ich zaświadczenie z prac dorywczych opływa na kwotę 100 zł, gdzie co miesiąc wpływają do kieszeni kolejne 2 tysiączki na czarno, a tego nie wykazują.
Gdyby jeszcze te pieniądze było widać w remontach, ubraniach dzieci...
Mam ochotę rzucić to w chol* i żyć tak jak oni, bo po co się denerwować za 2 tysiące miesięcznie, które dostaję za wieczne pretensje, że ciągle jest im mało.
A od października większe kryterium, czyli więcej kasy dla nierobów.
Trzymam się w tym tylko dla tych, którzy naprawdę potrzebują pomocy, a jest ich może 5%.
Od pewnego czasu mój chłopak budzi się kiedy mam jego penisa w ustach.
Na początku nie wierzyłam mu gdy mówił, że się do niego dobieram przez sen, wiedziałam, że to niemożliwe. Opowiadał mi o tym jak niby starałam się mu "podziękować" za wieczór, przekonać do wspólnej zabawy. Zawsze jak narobiłam mu ochoty i w końcu mnie obudził, to kazałam mu iść spać - bo nic nie pamiętałam.
Za pierwszym razem zrobiliśmy to przez sen jak był zbyt zmęczony żeby obudzić się w odpowiednim momencie, przynajmniej tak twierdzi :) Oczywiście nic nie pamiętam z tamtej nocy, ale rano na moim ciele nie dało się nie zauważyć nocnych igraszek. Od tego czasu zdarza się to częściej. Podobno przez sen jestem bardziej otwarta, np.: przekonałam go do seksu analnego, chociaż na jawie bym tego nie zrobiła. Często podobno budzi się gdy siedzę już na "nim"...
PS. Wie ktoś jak zacząć nad tym panować. Chciałabym coś pamiętać z tych dzikich nocy.
Jestem 18-letnią uczennica technikum. Mam pewien problem, ale nie mam pojęcia gdzie się już zwrócić o pomoc.
Odkąd pamiętam mam rodzinę alkoholików. Mojego biologicznego ojca nie znam i nigdy nawet bym nie chciała poznać. Odkąd moja mama się z nim rozstała przeprowadziliśmy się do małej kawalerki około 26m2. Mieszkamy tam do dnia dzisiejszego, ja, moja młodsza siostra i brat oraz partner mojej matki. Moja mama nie ma pieniędzy na inne mieszkanie, a jej facet to totalny darmozjad, który całkiem nieźle zarabia, a nie dokłada się do żadnych rachunków, tylko wykorzystuje moja matkę i jednocześnie buntuje przeciwko mnie i bratu.
Żeby jeszcze tego było mało, bez przerwy daje jej alkohol, codziennie pije razem z nią, urządzają sobie imprezki, głośno się śmieją, alkohol jest wszędzie porozlewany, ja nie jestem w stanie wstawać do szkoły razem z siostrą, a libacje kończą się dopiero nad ranem. Moja siostra ma słabe oceny, ma tiki nerwowe... ja mam teraz egzamin, w domu nie mam warunków żeby się do niego uczyć, na zeszyty wylewa się alkohol.
Jak wspomniałam mieszkamy w kawalerce, nie jestem w stanie zrobić nic. Nie mam warunków żeby się umyć normalnie, bo toaleta jest w stanie krytycznym. Obiadów w domu nigdy nie ma, bo oni są codziennie nachlani. Ja odkąd skończyłam 17 lat, poszłam do pracy żeby zarabiać na siebie, ewentualnie zadbać o siostrę. Nie mam w tygodniu wolnego dnia, nie mam jak się wyspać. Jedyna okazja to jak jestem u kogoś poza domem na noc.
Moja mama zaczęła ode mnie brać pieniądze, ja jej oczywiście daję, bo jak tego nie zrobię, to za każdym razem mnie bije albo wyzywa. Nie stać mnie na wyprowadzkę, mam marne 800 zł, po odjęciu pieniędzy dla mamy zostaje tylko 500... Chciałam zrezygnować z pracy na rzecz technikum, ale moja mama wtedy dostaje szału. Oczywiście nie muszę wspominać, że wszystko co jej dam idzie na alkohol i papierosy. Nie mam pojęcia co z tym zrobić, nie jestem w stanie dalej tutaj mieszkać, jestem wykończona i niewyspana, moja siostra to samo, żadnej innej rodziny nie mam, nie mam do kogo się wyprowadzić, nie mam nic. Nie jestem w stanie nikomu opowiedzieć o problemie, dlatego chciałam to wyrzucić tutaj.
Stało się to ponad rok temu, jednak do tej pory nie potrafię się z tym uporać. To był ciężki czas, razem z chłopakiem przeżywaliśmy coś w rodzaju kryzysu. Może dlatego nie przywiązałam zbytnio uwagi do przedłużającego się "okresu", tym bardziej że nie były to wielkie krwawienia. Jednak w końcu, po ponad 2 tygodniach oprzytomniałam: "no bo ile to może lecieć?" Zapisałam się na wizytę, termin był dopiero na za ok. miesiąc.
Któregoś ranka zrobiłam test, pozytywny. W pierwszej minucie radość: "o kurcze, będę mamą", a po chwili strach. Godzinę później byłam już w drodze do lekarza, udało się załatwić wizytę "na już". Lekarka była w podłym nastroju, bo dużo pacjentek i jeszcze "dodatkowe". Z racji tego, że jestem osobą raczej nieśmiałą w stosunku do "obcych", nie zdobyłam się na poinformowanie jej o pozytywnym teście, przyznałam się do przedłużającego się okresu. Zaprosiła mnie na badanie. Do dziś w mojej głowie siedzą jej słowa: "nic tu nie ma". Zadawała mi mnóstwo pytań, czy robiłam test, czy coś mnie bolało, itp. Nie wiem dlaczego nie powiedziałam jej prawdy. Czułam, że chcę stamtąd jak najszybciej wyjść. Zapisała mi jakieś leki przeciwzapalne. I to by było na tyle.
Przez kilka dni było mi może trochę smutno, jednak bardzo szybko przestałam o tym myśleć. Chłopakowi powiedziałam, że to jakieś zapalenie. Sama chyba też przyjęłam taką wersję, prawdziwej nie chciałam. Żyłam jak gdyby nigdy nic.
Wszystko pękło jakieś 3 miesiące później. Po którejś kłótni z chłopakiem poczułam się tak bardzo bezsilna. Wybuchłam płaczem, on nie spodziewał się raczej aż takiej reakcji. Chciałam to z siebie wyrzucić, choć z trudem mi to przeszło przez gardło.
Oprócz niego do tej pory nie wie nikt. Próbuję to wyrzucić ze swojej pamięci, ale im bardziej próbuję zapomnieć, tym wraca wszystko i boli jeszcze bardziej. Bardzo często śni mi się malutkie dziecko, a w głowie ciągle huczą słowa: "nic tu nie ma". A ja wiem, że było. Źle się wtedy czułam i był taki dzień, w którym było mi bardzo słabo, duszno, mdliło mnie. Potem zaczęło się krwawienie, a ja zwaliłam to oraz złe samopoczucie na "okres".
Czuję się taka pusta w środku. Bywają dni, gdy wszystko traci dla mnie sens, gdy nie mam siły podnieść się z łóżka. Mam wrażenie, że to zdarzenie odebrało mi radość, tą szczerą, bo udawać że wszystko jest dobrze umiem doskonale.
Od tamtego czasu marzę o dziecku. Uwielbiam widok malutkich dzieci, zabawę z nimi, ich uśmiech, malutkie rączki i nóżki. Wyobrażam sobie, jak by to było, gdyby się jednak udało. Móc je przytulić, kochać, troszczyć się i patrzeć jak rośnie. A potem jest wielki smutek i żal, bo tęsknię za tym uczuciem, które trwało zbyt krótko: "będę mamą".
Mam 27 lat. To jest ważne w wyznaniu. Mam męża, mamy dziecko. Żyjemy 80 km od Warszawy. Tu rodzice kupili mieszkanie, jeszcze zanim wyszłam za mojego męża 3 lata temu, powiedzieli że to mieszkanie będzie dla nas. Po ślubie wyprowadzili się lokatorzy i wprowadziliśmy się my. Mieszkanie jest na moich rodziców, ale wiele razy mówili, że jak nam się spodoba jakaś działka to możemy je sprzedać, dołożą się do budowy domu.
Mąż znalazł pracę w Warszawie. Ja pod Warszawą. Dojeżdżamy, płacimy niani za odebranie syna z przedszkola (dosłownie godzina od odebrania i jesteśmy oboje w domu). Znaleźliśmy bliźniaka łączonego garażem pod Warszawą. Jest też dobre przedszkole. Wymyśliliśmy, że sprzedamy mieszkanie. Pieniądze z mieszkania weźmiemy na wkład własny i weźmiemy kredyt hipoteczny. Dzięki temu oboje będziemy mieli bliżej do pracy, z synem będziemy się widzieć codziennie 3h dłużej, bez potrzeby niani. Gdyby, któreś z nas straciło pracę, to w Warszawie i tak o wiele łatwiej znaleźć następną. Dodatkowo syn będzie miał większą możliwość wyboru liceum. Jeśli będzie chciał studiować w Warszawie - odejdą nam koszty mieszkania studenckiego.
Generalnie jest to rozsądna decyzja. Powiedzieliśmy o wszystkim rodzicom. O ile rodzice mojego męża nas wspierają w decyzji, nawet deklarują pomoc, o tyle moi rodzice się zaparli, że nie sprzedadzą tego mieszkania. Gdybyśmy chcieli zmienić na inne lub na dom na miejscu, to nie byłoby problemu, ale oni nie będą finansować naszych fanaberii na mieszkanie pod Warszawą. Nazwali nas gówniarzami, którzy nic o życiu nie wiedzą. Ogólnie mocno na nas usiedli podczas tej rozmowy.
Powiem szczerze, że się tego nie spodziewałam. To nie tak, że jestem roszczeniową córką. Oprócz mieszkania nigdy nic od rodziców nie dostałam (nie miałam kieszonkowego), mieszkanie było dla mnie zaskoczeniem, bo zawsze uczyli mnie, że mam szanować pieniądz. Już w liceum sobie dorabiałam po szkole, żeby mieć na przyjemności. Na studiach pracowałam. Byłam im bardzo wdzięczna za mieszkanie, bo to bardzo dobry start dla nas. Cały czas deklarowali, że mieszkanie jest nasze i możemy je sprzedać, to też cieszyliśmy się, że je sprzedamy i będzie nam łatwiej w życiu.
Teraz są obrażeni. Nie odbierają telefonu. Kiedy pojechaliśmy z synem (bo nie odbierali telefonu), to się nawet nie odezwali do nas, bawili się tylko z synem.
Tak czy siak się przeniesiemy, z ich pomocą czy bez, coś wymyślimy, ale przykro mi z powodu tej sytuacji. Nie spodziewałam się takich słów, takiego niezrozumienia. To moi rodzice, kocham ich i boli mnie ich zachowanie. Zarabiamy nienajgorzej, więc damy radę, ale nie chciałabym niszczyć relacji z takiego powodu. Tym bardziej ze względu na mojego syna, który nie rozumie dlaczego babcia nie odbiera telefonu od niego...
Od 3 lat mieszkam w kamienicy w większym mieście. Na piętrze. Pode mną mieszka Pani 70+. Wszystko niby fajnie i ok. Też tak myślałam, do czasu kiedy Pani z dołu postanowiła sobie zrobić remont i obniżyć sufit. Sufity w kamienicach są dosyć wysokie, więc swój sufit nasza "miła Pani z dołu" obniżyła co najmniej o pół metra.
I tu się zaczyna historia właściwa.
Mam 4 dzieci. Najpierw Pani zaczęła nas zaczepiać, że jest u niej głośno i mamy chodzić ciszej, przeprosiłam, powiedziałam, że będziemy się starać chodzić ciszej, a dzieci upomnę, żeby nie biegały. Trochę współczułam tej Pani, bo na pewno nas słychać, tak jak ja słyszę tą Panią, bo przecież jest to jednak budynek wielorodzinny.
Następnie zaczepiła męża, że ona zrobiła sobie remont, obniżyła sufit i jeszcze głośniej słychać nasze kroki. Kolejnym krokiem były odwiedziny i uświadomienie nas, że ona pójdzie na policję, że dzieci biegają i nas wyrzucą z mieszkania (nasze mieszkanie jest własnościowe, "miłej Pani" jest socjalne i Pani chyba o tym nie wie). Obecnie jak tylko Pani usłyszy głośniejszy stuk, od razu krzyczy teksty w stylu "CICHO TAM", "JAK TAK MOŻNA", "ZAMKNĄĆ SIĘ". Hitem było, gdy o 22:03 postawiłam miskę z praniem na podłodze, Pani zaczęła krzyczeć "CICHO TAM, JEST PO 22".
Nasza sąsiadka mieszka sama, nigdzie nie wychodzi, odwiedza ją rodzina, wtedy pod naszym oknem od 7 rano trwa biesiada, a nasze mieszkanie przepełnia dym papierosowy, bo biesiadnicy swój stoliczek mają dokładnie pod naszymi oknami, zresztą okien w pokoju nie otwieramy wcale, bo ta Pani pali w swoim oknie codziennie. Towarzystwa nie upominam, bo wiem, że nie mieszkam w domku jednorodzinnym.
Wiem, pewnie zaraz poleje się fala hejtu pt. "zrobiła se 500plusy, a teraz narzeka", "wredne bachory biegają i jeszcze miłą Panią z dołu tyranizują", "nie ma biedota kasy na dom i jeszcze ma problemy". Tyle, że to ja się czuję tyranizowana we własnym mieszkaniu. Pół dnia nas nie ma, dzieci w szkole, my z mężem w pracy. Jak tylko zjemy obiad zaraz idziemy na plac zabaw, do lasu, żeby dzieciaki się wybiegały. To prawda, nie zarabiamy kokosów, ale mąż bierze dodatkowe etaty i zaczynamy budowę domu. Ostatnio źle się czułam, mąż w weekendy też pracuje i nie mogłam wyjść z dzieciakami z domu.
Gdy tylko "miła Pani" usłyszała jakiś stuk, całe podwórko usłyszało "CICHO TAM, CAŁY DZIEŃ W DOMU SIEDZĄ". Jakbym nie miała do tego prawa. Rozpisałam się, a teraz zakończenie.
Wczoraj wieczorem zaczęłam się zastanawiać jak ta historia się skończy. Sąsiadka rozkręca się coraz bardziej. Mam wrażenie, że tylko czeka, kiedy u nas coś stuknie, żeby zacząć krzyczeć. Czekam na policję, zdechłe szczury, donosy do opieki społecznej. Jestem pomału zniszczona psychicznie. Pozostanie kupić namiot i zamieszkać na działce.
Ostatnio jechałam tramwajem i Pani, która stanęła przede mną, w pewnym momencie zaczęła kaszleć. Po czym psiknęła..., a ogromny, żółty glut poleciał na moją białą koszulę...
Byłam w drodze do szkoły, nie zwróciłam na to uwagi, a zauważyli to dopiero ludzie z klasy :(
Przynajmniej już mam ksywkę - glutek :D
Ludzie uważają mnie za dziwaka, bo lubię robić dobre uczynki dla ludzi, nie oczekując za to żadnej zapłaty. Jak dla mnie to żaden wysiłek, a być może komuś poprawię humor na cały dzień.
Dla przykładu: któregoś dnia, gdy spacerowałem na starówce, moją uwagę zwróciła pewna para. Z oczu dziewczyny płynął wręcz potok łez, a facet mówił do niej coś w stylu "oj przecież to nic takiego". Wnioskuję, iż on ją zdradził, a jej świat właśnie legł w gruzach. Po wymianie kilku zdań on zapalił papierosa i sobie poszedł. Ona natomiast usiadła na murku. Wciąż płakała. Postanowiłem jej jakoś pomóc.
Niedaleko od tego miejsca zawsze stoi jakaś staruszka sprzedająca kwiaty. Na szczęście tego dnia nie było inaczej. Kupiłem od miłej, starszej pani największą różę jaką tylko miała i wróciłem do wcześniej wspomnianej dziewczyny. Podszedłem do niej, dałem jej kwiatka i powiedziałem, że nie warto rozpaczać za osobą, która nie zasługuje nawet na jedną łzę. Po czym się oddaliłem. Ukradkiem zerknąłem jeszcze za siebie i widziałem jak się pięknie uśmiecha. Co prawda przez łzy, ale lepsze to niż załamanie.
Ot, cała historia. Nie ma zakończeń typu "od tamtego momentu jesteśmy parą".
A robię takie uczynki, bo kiedyś doświadczyłem całą masę cierpienia z powodu traktowania przez rówieśników w szkole (ale to temat na inne wyznanie). Stwierdziłem, że nigdy nie będę taki jak te osoby, które miałem "przyjemność" poznać w przeszłości. Zamiast tego chcę dawać ludziom powód do szczęścia.
Był taki piękny okres w moim życiu, gdzie nie stroniłam od libacji. Miałam 18 lat, przystojnego chłopaka, którego nie kochałam, masę przyjaciół, a w głowie intelektualną pustkę. Mimo, iż odporność na czyste trunki praktykowałam od lat paru, wciąż badałam przyczyny i skutki nadmiernego spożycia alkoholu, argumentując to jakże przyziemną frazą "YOLO".
Pewnego ciepłego wieczoru jeden z moich znajomych zaprosił naszą klasową ekipę na grilla na swoją ziemię. Bawiliśmy się przednio otoczeni dobrą muzyką, kiełbaskami i wyborową. Czując już kulminację mojej alkoholowej podróży, wiedziałam, że to dobry czas na wspólne śpiewy, jednak mój ówczesny chłopak miał inne plany. Stwierdził, że to doskonały moment, na poważne rozmowy o tym dlaczego tak mało czasu mu poświęcam, dlaczego odporność na alkohol praktykuję czasami bez niego i podobno nawet ktoś mnie widział z jakimś chłopakiem na jednej imprezie... no nie powiem, dobry sobie chłopak moment wybrał. Odeszłam z nim na ławeczkę trochę dalej od ludzi, by nie szerzyć tego zacnego klimatu i najbardziej logicznie jak w tym momencie mogłam, tłumaczyłam mu, że przedstawiłam mu sprawę jasno zanim zaczęliśmy być razem, lubię mieć własną przestrzeń i może lepiej jednak żebyśmy... bełt. Tak, narzygałam mu centralnie na buty.
Po tej akcji pamiętam jak przez mgłę, że niósł mnie na rękach do domu mojego kolegi, a następnie położył mnie na łóżku u gospodarza w pokoju. Wyszedł, lecz za chwilę wrócił niosąc miskę i prosząc, abym tym razem celowała do niej. Posłusznie posłuchałam. Po 10 min jednak co chwila do pokoju przyłaził mój znajomy w celu sprawdzenia czy wszystko ok, a ja męczennica miski o nienagannych manierach krzyczałam na niego, żeby dał mi spokój i wyszedł. Z zamkniętymi oczami słyszałam co chwilę otwierające się drzwi od pokoju w którym leżałam, więc chcąc mieć w końcu święty spokój, przy następnej takiej akcji, ostatkiem sił wykrzyczałam "co ty tu robisz nooo? Wypierd**aj z tego pokoju!" i żeby sprawdzić, czy moja prośba została spełniona otworzyłam oczy. Zamiast mojego kolegi zobaczyłam jego mamę, właścicielkę owego domu, która przyszła aby wymienić mi zawartość miski, bo syn jej mówił, że ze mną to nie najlepiej. Pogrążona w otchłani przepływających myśli, dałam im ujście raz jeszcze w owej misce, Pani mama ją zabrała, a ja poszłam dalej spać.
Nie przeprosiłam, nie próbowałam wyjaśnić sytuacji, bo po co... jak już mówiłam, główka w tym wieku odpowiednio mi nie pracowała. Niestety zamiast odejść pokornie z grilla, postanowiłam zakosić jeszcze na odchodne ze stołu kilka fantów. Nad ranem budząc się z ogromnym wstydem, postanowiłam zobaczyć moje łupy. Nie wiem co miałam w głowie wpakowując do plecaka dwadzieścia małych kajzerek i końcówkę soku...
Dodaj anonimowe wyznanie