#VIzCL

Mój brat miał ukochane Dresy. Dresy przez wielkie D, noszone od dnia do nocy. Gdyby nasz dom się palił, to on prędzej uratowałby Dresy niż życie kogokolwiek z rodziny. Spodnie były wiekowe, znoszone w cholerę, pełne kłaczków, za duże milion rozmiarów na jego chudy tyłek, sporadycznie tak brudne, że nie dało się określić ich koloru w pełni (chyba że nasza szacowna mamusia mu je wyszarpała do prania, co zwykle kończyło się fochem wszechświata).

Pewnego dnia, kiedy na budowie naszego domu zostało wiadro betonu, mój ojciec wpadł na szatański pomysł. Wykorzystał sytuację, w której mój braciszek przerwał symbiozę z Dresami i po cichaczu wykąpał je w betonie, postawił tak, że wyschły na stojąco i oto w rogu mojego ogrodu stoi ich betonowy pomnik. Monument w pełni upamiętnia ich dresowość, nadając im życia wiecznego. Niestety po tej akcji Dresy już nigdy nie uświetniły bioder mojego brata swoją wszechpotęgą.

PS Mój brat po tej akcji nie odzywał się do taty przez tydzień.

#qqYX8

Moi dziadkowie byli lekarzami, rodzice dalej są. Brat z siostrą też. Po liceum, które skończyłem z bardzo dobrym wynikiem, poszedłem na medycynę. Wieczne gadanie z serii "musisz iść na medycynę, bo to taka nasza rodzinna tradycja" itp., itd. Chcąc nie chcąc poszedłem zatem na medycynę.
Nauka nowych rzeczy przychodziła mi z łatwością, więc nie miałem praktycznie żadnych problemów na studiach. Ojciec mnie bardzo chwalił. Jednak jak chciałem rzucić studia i zająć się moją pasją (motoryzacją), to rodzice powiedzieli wprost - jak nie skończysz, to nie będziesz naszym dzieckiem i zerwiemy z Tobą kontakt. 

Po skończonych studiach i egzaminach dostałem pracę w szpitalu. Tak naprawdę nie wiedziałem, po kiego czorta była mi medycyna. Nie lubiłem tej pracy, miałem dość wiecznych pacjentów. Dokładnie po 1,5 roku odszedłem ze szpitala. Poszedłem do szkoły zawodowej, aby zrobić zawód: mechanik samochodowy.

Od tamtej pory minęło już ładnych parę lat. Nie żałuję swojej decyzji. Kocham swój zawód, kocham swoją pracę. A co z rodziną? Cóż ... ostatni raz widzieliśmy się 5 lat temu na pogrzebie mojej ciotki. Poszedłem do nich, przywitałem się. Ojciec nie podał mi nawet ręki, bo stwierdził, że śmierdzę jak mechanik i się za mnie wstydzi...

Apel do rodziców dzieciaków, którzy chcą, aby ich dzieci robiły to samo co oni w życiu - zastanówcie się dwa razy, czy wysyłanie dziecka na siłę na jakąś uczelnie, kursy czy innego rodzaju zajęcia dodatkowe to jest spełnienie ich marzeń.

A teraz idę spać. Jutro wymieniam sprzęgło w nieśmiertelnym 1.9 TDI :)

#BT6QG

Jak oduczyć własnego ojca znieczulicy?

Stłuczka na rowerze, przeleciałem przez kierownicę. Widziałem, że ręka mi puchnie, więc asekuracyjnie poprosiłem ojca, by zawiózł mnie następnego dnia do lekarza. Co usłyszałem: "Nic ci tam nie jest, ty do szkoły nie chcesz iść po prostu, leniu jeden, ostatnio słabe oceny miałeś z fizyki, a jutro masz, to pewnie nie chcesz iść na sprawdzian". Cóż, następnego dnia rano nie dałem rady ruszyć ręką, mimo to zostałem wysłany do szkoły. Nie poszedłem do niej, tylko do lekarza. Zdziwienie, że 16-latek bez rodzica, nie chcieli mnie przyjąć, ale pielęgniarka zobaczyła, że moja ręka wygląda jak siny balon. Połamane 4 kości śródręcza, gips na 1,5 miesiąca. Telefon do rodziców, żeby ktoś po mnie przyjechał. Rozmowa ojca z lekarzem trwała długo, oj długo. Co usłyszałem: "Na pewno usprawiedliwienia nie dostaniesz za wagary".

Pewnego dnia po śniadaniu poszedłem do WC i tak 8 razy. Moje życie zamieniło się w biegunkę. Rodzinna uparła się na zespół jelita drażliwego, rzuciła hasło, że jestem leniem i pewnie nie chcę chodzić do szkoły. Podłapał to ojciec i wersji się trzymał. Jednak do lekarzy chodziłem codziennie, nie mogłem nic zjeść, bo kończyło się to tak samo. Jedna lekarka w końcu się zlitowała, dała mi skierowanie do szpitala. W szpitalu wiadomo jak karmią, dwa dni totalnej głodówki, seria badań. Uparli się na diagnozę rodzinnych - problemy jelitowe. Badania nic nie wykazały, dostałem jeszcze ochrzan, że zajmuję miejsce w szpitalu naprawdę chorym dzieciom, bo pewnie nie chcę chodzić do szkoły. Wracam do domu, jem normalnie, znów jest to samo. Płacze i rozpacz nic nie pomagają - "już na pewno się na ten twój brzuch nie nabierzemy, w szpitalu żadne badanie nic nie wykazało". Myśli samobójcze miałem, nikt nie chciał mnie słuchać, a wszyscy dobijali, najbardziej ojciec. Uprosiłem w tajemnicy brata, by dał mi pieniądze na prywatnego gastrologa, by ze mną w ogóle poszedł. Prywatnie lekarz mnie zbadał, zrobił gastroskopię. Wyszło, że mam wrzody żołądka i dwunastnicy w stopniu mocno zaawansowanym. Z papierami od lekarza i toną leków kupionych przez brata wróciłem do domu. Co usłyszałem? "To teraz sam zarobisz i oddasz bratu za te swoje wymysły". Cóż, wtedy nastąpiło trochę poprawy, bo brat wstawił się za mną dość dosadnie, a ja po lekach wróciłem do pełnej sprawności.

Uwierzcie mi, od tamtej pory wszystkie moje dolegliwości ojciec traktuje poważnie. Podwyższony cukier, lekka kontuzja i już mi szuka specjalistów. Bo ja kropla w kroplę on - cukrzyca, nadciśnienie, stawy.

Teraz jest to trochę nadgorliwość, szczególnie że mam już 25 lat, a nie 16-17 jak w czasie, gdy spotkały mnie te problemy. Ale lepiej mieć nadgorliwego rodzica, niż obojętnego. Mam niestety porównanie zbudowane na własnych przeżyciach. Szkoda, że musiałem okupić troskę wieloma nieprzyjemnościami.

#HsBe4

Dawno dawno temu, gdy miałem jeszcze z 6-7 lat, a w darmowej telewizji leciało Naruto i Yu-Gi-Oh, miałem swoją 5-osobową grupkę przyjaciół, z którymi spędzałem całe dnie. Byłem ja, była moja o rok młodsza kuzynka Jagoda, był jej rok młodszy brat Konstanty oraz moi sąsiedzi bracia bliźniacy Kamil i Piotrek. Jak już wspomniałem, w TV leciało Naruto, które było dla nas nad bajką. Zawsze oglądaliśmy razem odcinek, a potem wychodziliśmy na dwór cały dzień bawić się i odgrywać to co akurat działo się fabularnie.

Kamil i Piotrek jako bliźniacy zawsze byli Narutem. Jeden z nich prawdziwym, a drugi klonem. Zmieniali się codziennie, żeby nie było żadnych kłótni. Moja kuzynka jako jedyna dziewczyna w naszej ekipie oczywiście była Sakurą. Jej brat w zależności od dnia był prawie zawsze kimś innym. Raz był Orochimaru i dostawał od nas oklep, ale finalnie dawaliśmy mu wygrać, żeby następnego dnia znów się zgodził być naszym antagonistą. Raz był Kakashim i wydawał nam polecenia, trenował nas i chodził z nami na misje. Jeszcze innym razem był Hokage i zlecał nam zadania. Raz nawet był Akamaru i cały dzień latał za nami na czworaka i szczekał. Ja oczywiście jako główny pomysłodawca fabuły naszych zabaw przyjmowałem zaszczytną rolę Sasuke.

Pewnego wakacyjnego dnia, gdy jak zwykle bawiliśmy się w Naruto, podszedł do nas Krzysiek. Krzysiek nie był z naszego miasta. Przyjechał tu tylko na wakacje do dziadków, ale też uwielbiał Naruto i chciał się z nami bawić - i tu pojawił się problem, bo tak jak i ja Krzysiek chciał być Sasuke. Nie mogłem dopuścić do tej zniewagi, a jako że Krzysiek był rok młodszy i raczej chuderlawy, zaproponowałem pojedynek. Oczywiście całość była odpowiednio osadzona fabularnie. Podczas polowania na Orochimaru rozdzieliliśmy się i po ponownym spotkaniu okazało się, że nasz wróg przemienił się w Sasuke. Żeby odkryć który z nas jest prawdziwy, mieliśmy stoczyć pojedynek. Rozeszliśmy się do domów żeby się przygotować i o umówionej godzinie mieliśmy się stawić za garażami, by odbyć naszą walkę.

Tuż przed wyjściem z domu podebrałem ojcu zapałki, żeby móc wykonać specjalną technikę klanu Uchiha. Niestety nie wiedziałem wtedy, że Krzysiek przygotował coś specjalnego. Stanęliśmy naprzeciwko siebie z żądzą mordu w oczach, a mój młodszy kuzyn wydał nam rozkaz rozpoczęcia walki. Pewny siebie już sięgałem po zapałki, żeby użyć fireballa, gdy spostrzegłem co przygotował dla mnie Krzysiek. Skurczybyk biegł na mnie z paralizatorem krzycząc "CHIDORI". Później już nie pamiętam co się stało, ale Krzysiek wygrał, a ja jako przegrany do końca wakacji musiałem być Orochimaru. NAJGORSZE WAKACJE EVER!
Krzysiek, jeśli to czytasz to wiedz, że dalej cie nienawidzę!

#a8Fhq

Kojarzycie ten typ ludzi, którzy sprawiają wrażenie oderwanych od rzeczywistości?
No to właśnie u mnie w biurze się taki trafił.

Jakiś czas temu manager zapowiedział nam, że do zespołu trafi nowy programista, człowiek co najmniej specyficzny. Ostrzeżenie przyjęliśmy, 2 tygodnie poczekaliśmy i cyk - musimy go wdrożyć. Nowy kolega od początku został wyrazistym członkiem zespołu, gdyż jako jedyny na spotkania oprócz notesu przynosi... ścierkę.
Ujebaną szarą ścierkę, wyglądającą jak stara koszulka, która przeżyła czyszczenie sracza w taborze PKP wracającym właśnie z festiwalu darmowego burrito. Po kij mu ona, zapytacie?
Ano nasz jegomość ustawicznie, bez względu na to, czy jest na spotkaniu czy przy biurku, pucuje sobie tą ścierką czoło, kark i całą facjatę, nie zważając na jej coraz to ciemniejsze umaszczenie. Dzisiaj poszedł o krok dalej, wykorzystując nawilżenie tej bomby biologicznej... jako środek do czyszczenia matryc. Tak, jebany wpierw się nią wytarł, następnie wyczyścił nią laptopa i zostawił ją jakby nigdy nic na biurku.

Poza nieodłączną towarzyszką wilgotnych chwil kolega cechuje się również ciekawą mieszanką cech charakteru - w jednej minucie wysyła Wam na komunikatorze firmowym linki do filmów na YT o zaawansowanej matmie, by godzinę później po rozlaniu kawy na schodach pytać kolegę obok, czy wytrzeć. Pierwszy raz spotkałem się z programistą, który mówi o matematyce dyskretnej, a nie potrafi dodać zmiennej do PATH mimo posiadania dostępu do Google.

I to wszystko udało mu się odjebać w ciągu 8h w biurze, żeby była jasność

#RlPtw

Jak wiecie, zaczął się rok szkolny (chodzę do "prestiżowej" szkoły z wysokim poziomem, większość to dzieci prawników lekarzy itp., a moi rodzice to prości przedsiębiorcy). No a co za tym idzie - pierwsze wywiadówki. Akurat złożyło się tak, że zebranie u mnie i u mojej siostry wypadło w ten sam dzień. No więc rodzice stwierdzili, że tata pójdzie do mojej szkoły, a mama do siostry. Mój tatuś pierwszy raz poszedł na wywiadówkę.

Gdy wrócił (ja akurat byłam w pokoju), przyszedł do mnie. Usiadł na kanapie i zapytał "coś ty najlepszego zrobiła?". Ja na niego patrzę i nie wiem o co chodzi, przecież nic nie przeskrobałam! Kontynuował "Nie mogłaś iść do jakiejś gorszej szkoły? Przecież ci rodzice to debile są! Nie chcą wycieczek, bo dzieci się uczyć muszą! Musiałem to zrobić... Powiedziałem wszystkim, co o nich myślę: BANDA DEBILI. I wyszedłem. Mam nadzieję, że nie wiedzą, że jestem twoim tatą. Nie dziękuj, córciu...".

No więc ten... Nie dzięki, tato.

#y1QDP

Od bardzo dawna walczę z fobią społeczną. Przez to nie skończyłam studiów, mimo posiadanej wiedzy - egzaminy pisemne zaliczałam na 4-5, ale na większość ustnych nie byłam w stanie nawet dotrzeć. Przez nią od dawna nie mogłam znaleźć pracy - ciężko iść na rozmowę kwalifikacyjną, jak konieczność zapytania ekspedientki o dostępność konkretnego produktu wywołuje atak paniki.

Mojemu mężczyźnie w końcu udało się zaciągnąć mnie do terapeuty. Pomagało, mogłam spędzić godzinę, dwie ze znajomymi i nie odchorować. Pytanie w piekarni, czy będą moje ulubione bułki, stało się normą. Naprawdę było ze mną lepiej. Niestety w pewnym momencie pogorszyła nam się sytuacja materialna i musiałam natychmiast pójść do pracy.

Pracę dostałam. Najlepszą jaką mogłabym mieć bez wykształcenia - w handlu, ale nie na kasie. Wszyscy się cieszą, że nareszcie jestem "normalna". Mąż często powtarza, że jest dumny, że tak dobrze sobie radzę. Nikt nie wie, że nie jestem w stanie wyjść z domu bez kieliszka wódki. Nie potrafię też bez niego usnąć. Nie umiem się przyznać po tym, jak bardzo mnie chwalą. Tylko nie sądzę, żebym była w stanie długo tak pociągnąć.

#uZSqr

Przed chwilą przeczytałam wyznanie gościa, któremu śniło się, że uprawiał seks ze swoim przyjacielem.

To jeszcze nic...


Mi się śniło, że współżyłam z moją babcią, która miała przyczepione do swojego krocza wielkie, czarne dildo.
Ciężko mi było po tym śnie tak o sobie pójść do niej i wypić herbatkę.

#LNU2s

Byłam u mojego kolegi na wsi, gdzie prowadzi on wioskę agroturystyczną, której atrakcją są m.in. lamy oraz możliwość nauki jazdy na koniu. Mnie bardziej od lam interesowały właśnie konne przejażdżki, ale że pastwisko lam oddzielone jest od wybiegu dla koni jedynie „elektrycznym pastuchem”, to mogłam sobie też popodziwiać także i te piękne stworzenia.

Po dwóch godzinach jazdy, kiedy usiłowałam zejść z wierzchowca, noga mi się jakoś tak dziwnie wykrzywiła i runęłam twarzą prosto w błoto. Wstając wymacałam nogę konia, a drugą chwyciłam się ogrodzenia. Jak już wspomniałam, był to tzw. „elektryczny pastuch”, czyli siatka pod niewielkim, acz odczuwalnym napięciem. Prąd trzasnął mnie, a że trzymałam rękę na końskiej dupie, to także i on został porażony. Zwierzak wystraszył się, wierzgnął kopytem i trafił mnie prosto w w usmarowaną błotem twarz.

Jutro mam wizytę u dentystki. Będzie mi wstawiała obie wybite, górne jedynki...

#9GL4l

Właśnie zakończyła się moja rozprawa rozwodowa, więc stwierdziłam, że to dobry moment na podzielenie się ze światem historią mojego ślubu.
No więc ślub się odbył, potem wiadomo, wesele. Moja świadkowa od tygodni chwaliła się, że specjalnie na tę okazję robi składankę zdjęć moich i narzeczonego. Składanka została wyświetlona na sali na wielkim ekranie, leciały ochy i achy, wszyscy zachwyceni...

W tym miejscu muszę na chwilę zboczyć z tematu, aby przedstawić wam moją kuzynkę. Jest ode mnie trochę młodsza, wtedy zaczynała studia. Nigdy za nią nie przepadałam, ale traktowałam ją neutralnie. Mieszka w tym samym mieście, więc często wpadała do mojej mamy, a swojej ulubionej cioci, ewentualnie spotkać się z moją młodszą siostrą. Dodatkowo nasze rodziny często zapraszały się na wspólne obiady. Oczywistym jest, że kuzynka została zaproszona, w końcu najbliższa rodzina.

...No więc pokaz się skończył, świadkowa odeszła od laptopa, a kilkanaście minut później na ekranie pojawiły się zdjęcia mojego już męża i wspomnianej wcześniej kuzynki. Wiadomo jakie zdjęcia... Wszystko było widać, później nawet wskoczył filmik z ich wspólnego bzykanka. Goście siedzieli i się gapili, bo nikt nie wiedział jak zareagować, a kuzynka spokojnie odeszła od laptopa i zaczęła swoją przemowę. Okazało się, że przez kilka miesięcy mieli romans, a mój "ukochany" zerwał z nią na miesiąc przed naszym ślubem. Poprzysięgła mu zemstę, postanowiła go upokorzyć, a za idealną okazje uznała nasze wesele, na którym była ponad setka gości. W tym wszystkim nie pomyślała, że upokorzyła przede wszystkim mnie i że jednak wolałabym się dowiedzieć o tej zdradzie przed ślubem, o ile mniej problemów bym wtedy miała...
A najlepsze jest to, że kuzynka na rozprawie zeznawać nie chciała, bo moje problemy jej nie dotyczą.

Plusem jest to, że od tamtej pory nie ma wstępu do mojego domu rodzinnego i nie muszę oglądać jej fałszywej gęby. Minusem, że wujostwo ograniczyło z nami kontakt, bo nie mają pojęcia jak się zachować.
Dodaj anonimowe wyznanie