#HFxzR

Wczoraj miałem imieniny i dostałem z tej okazji prezent od koleżanki z pracy. Byłem zdziwiony, że w ogóle pamiętała – sam nie obchodzę imienin. Jednak to kobieta o dobre 30 lat starsza, a wiem, że wśród starszego pokolenia imieniny nadal się obchodzi. Podziękowałem wiec grzecznie za upominek. Gdy go potem rozpakowałem, trochę się zdziwiłem.

Wręczyła mi kubek z napisem: „Na górze róże, na dole fiołki, my się bzykamy jak dwie biedronki”. W środku była karteczka z adresem zamieszkania.

Boję się jutro iść do pracy.

#ct9x3

Obwiniałam mojego męża za to, że przez niego nasz związek jest kiepski. Po jakimś czasie siedzieliśmy na terapii małżeńskiej i spisywaliśmy rzeczy, które w nasz związek wnosimy ja i mój mąż. Wybieraliśmy je razem i z pomocą terapeuty. Skończyło się na tym, że obok mojego męża było z 30 pozycji, a obok mnie było tylko to, że umiem zrobić spaghetti.
Wystarczyła jedna wizyta, żebym zrozumiała, że tak naprawdę ja tu jestem problemem i po prostu zachowuję się jak sucz w stosunku do kogoś, kto oddaje mi całe swoje życie.

#sXO13

Gdy byłam mała, bardzo chciałam być księdzem. Jako brzdąc za wiele nie rozumiałam z tego, co się dzieje w poszczególnych momentach mszy, chociaż ogólny zamysł znałam. Jednak nie nudziłam się nigdy, bo z niecierpliwością czekałam na najlepsze moim ówczesnym zdaniem momenty: okadzanie (nadal uwielbiam ten zapach), czytanie Ewangelii, śpiewanie "Święty, święty" i Podniesienie. W domu próbowałam to odtwarzać, jednak z braku wielu rzeczy musiałam improwizować. I tak kadzielnicą został mój miś, który miał przyczepioną do szyi długą wstążkę (Juju, przepraszam!), ewangeliarzem został zeszłoroczny kalendarz książkowy z bordową okładką, hostią odpowiednio ogryziona kromka chleba, winem/krwią - Tymbark wiśniowy.

Byłam niesamowicie smutna, gdy dowiedziałam się, że nawet ministrantem nie zostanę, bo owszem, dziewczyny mogą być, ale tylko wtedy, gdy nie ma chętnych chłopaków. Rozważałam założenie "prawdziwego Kościoła", ale wiedziałam, że nie będę miała na to pieniędzy - sam ornat by kosztował chyba karton cukierków (teraz wiem, że te porządne, nie z plastiku, znacznie więcej...). O protestantach wówczas prawie nie słyszałam. Żeby nie było niedopowiedzeń, to katoliczką jestem dalej, miłość do Boga mi nie minęła i nadal chętnie chodzę na msze.

#I4SZs

W moim monotonnym 16-letnim życiu spotkała mnie finalnie jakaś rozrywka. No, że w postaci choroby nowotworowej, to inna bajka.
Nie będę się tu rozpisywać jak biednie i ciężko i w ogóle do dupy jest bycie chorą, ale zahaczę o temat ściśle powiązany - leczenie hormonalne.
No, na razie to niby znowu jestem zdrowa, ale przez 2 piękne lata muszę, powtarzam MUSZĘ brać lek hormonalny. Lek ten ma jasno określone skutki uboczne, które mnie nie ominęły - wymuszony zespół Cushinga (bycie okropnie grubym w szyi, na twarzy, ramionach, rejonie obok obojczyków, dużo szybsze męczenie się, ogólne osłabienie zdolności fizycznych, huśtawki nastrojów), oprócz tego zespołu dochodzi również przybieranie na wadze tak po prostu (teoretycznie w połowie przez sam lek, a w połowie przez nadmierny apetyt, który ten lek powoduje).

I tak w trakcie jak na razie 10 miesięcy przyjmowania lekarstwa przytyłam sobie 20 kg, większość poszła w twarz, więc zamiast głowy mam piłkę, oprócz tego cała jestem w ciemnoczerwonych rozstępach (uda, łydki, brzuch, piersi...).
Ale dobra, te skutki uboczne były napisane na ulotce, chcąc nie chcąc wiedziałam, że tak będzie i już. Dam radę z tym żyć (zawsze lepiej niż w ogóle nie żyć bez tego).
Wiecie co jest w tym wszystkim najbardziej wnerwiające?
Wszyscy dookoła.

Za każdym razem, kiedy zdarzy mi się już poruszyć temat tych hormonów, może chwilę ponarzekać na następne 2 dodatkowe kilo - we wszystkich budzi się uśpiony dotąd lekarz.
I zaczyna się wspaniała zabawa w leczenie mnie.

Tyjesz? Zacznij ćwiczyć i dieta. Ale jak to, już ćwiczysz? Serio McDonalda nie jesz? No to zbilansuj dietę, pewnie nie jesz regularnie, a tylko się głodzisz.
Jak to prawidłowo wszystko? No dobra, to przez te twoje hormony. To idź do swojego lekarza i powiedz, żeby ci zmienił (dosłowne przytoczenie słów pewnej osoby).
Jak to nie da się zmienić? Tyle leków teraz jest, na pewno jest zamiennik. Nie ma na 100%? To niech zmieni dawkowanie, co za problem. Ale i tak pewnie za mało się ruszasz po prostu. Przecież nie można tyć prowadząc zdrowy tryb życia.

To są praktycznie standardowe teksty, które słyszę zawsze. Naprawdę nie chwalę się swoim choróbskiem, po prostu czasami jakoś naturalnie się w rozmowie zahaczy o ten temat. I nikt nigdy nie może mi powiedzieć "no serio ciężko masz, ale spoko, jesteś silna, dasz radę!", tylko musi zamienić się w prywatnego medycznego konsultanta i podważać wszystko co robię i co robi mój lekarz prowadzący.

To powoli doprowadza mnie do szału. Czasami można by było nie mówić nic zamiast niepotrzebnie udawać eksperta. Już nie mówiąc o tym, że mi też po tym jest przykro, bo te osoby ewidentnie uważają mnie po takich rozmowach za kogoś, kto tłumaczy swoje kilogramy i brak kondycji chorobą, a tak naprawdę to nie ruszy dupy z kanapy, a smak czegoś innego niż cola czuł ostatnio w szpitalu.

#DaycN

Gimnazjum, rok 2006, fora internetowe. Moja przyjaciółka ostro udzielała się na jednym z nich. Opowiadała nam o ludziach, z którymi pisała, byli bardzo zżyci! W naszej klasie nie była zbyt lubiana, na forum wręcz przeciwnie.

Kiedyś z nudów znalazłam tę stronkę i ich "klan". Byłam zszokowana. Moja przyjaciółka żyła tam moim życiem. Opisywała sytuacje, anegdoty, żarty, które opowiadałam jej codziennie. Teraz trochę mnie to bawi, wtedy byłam zmieszana i chyba przestraszona. Nigdy jej o tym nie powiedziałam, nie mam traumy. Dalej się przyjaźnimy.

#9s4PL

Po ciężkim dniu chciałem wziąć długi, gorący prysznic. Stoję sobie pod strumieniem wody, w obłokach pary, relaks, całe napięcie odpływa. W tym całym zrelaksowaniu chciałem puścić gaza... i źle wyczułem co się we mnie czai. Wyleciał ze mnie wodospad brązowej masy. Wisienka na torcie - ze wszystkich dni w roku, to akurat tego dnia odpływ prysznica postanowił się zapchać.

Zanim wyszedłem z szoku, stałem w brązie po kostki. Gdy dotarło do mnie co się właśnie stało, przez długą chwilę tylko śmiałem się maniakalnie, jak psychol z horroru, na zmianę z krzykiem.

Ogarnięcie przyszło po około dwóch minutach. Może to była jakaś awaria umysłu.

#Qyvzg

Koleżanka z pracy ma fantastyczną sylwetkę i świetną cerę. U mnie szwankuje jedno i drugie, więc spytałam się, czy stosuje jakieś sekretne kosmetyki albo ma jakąś specjalną dietę. Odpowiedziała, że kluczem do obu jest zwykła, zdrowa dieta.
- Wystarczy, że wyeliminujesz biały chleb, tłuste potrawy, śmieciowe żarcie, a będziesz jeść więcej warzyw i owoców, ja na przykład jestem wegetarianką. Ale koniecznie odstaw fast food, słodycze, słone przekąski i papierosy.
- I oczywiście alkohol? - zapytałam, uznając, że zapomniała o tym punkcie.
Spojrzała na mnie dziwnie.
- Kochana, jakbym ja jeszcze odstawiła alkohol, to już bym sobie strzeliła w łeb.

#ZDZhX

Mam tragiczną pamięć do twarzy. Nie raz i nie dwa miałem sytuację typu widzę kogoś na mieście, on mówi do mnie cześć, a ja nie wiem kto to jest. Jedna sytuacja jednak przebiła dosłownie wszystko.

Idę alejką w galerii i widzę gościa, który na mnie patrzy. Myślę, kojarzę gościa! Pracował w firmie, gdzie miałem praktyki! No to podchodzę do (T)ypa, dialog wygląda tak:

J: Siemano!
T: Siemano, co tam? Dawno się nie widzieliśmy!
J: No już skończyłem szkołę, studiuję teraz. A co u ciebie, dalej w tym serwisie pracujesz?
T: Yyyyy, jaki serwis? X?
J: Nie, Y. A ty nie Z?
T: Nie... Sorry, pomyliłem cię z kimś.
J: Ja ciebie też...

Obaj wybuchnęliśmy śmiechem, zbiliśmy sobie piątkę i się rozeszliśmy :)
Dodaj anonimowe wyznanie