Alergia czym jest każdy wie. Nikogo nie zdziwi uczulenie na orzeszki czy owoce morza. Zdarzają się jednak alergie bardziej problematyczne, w moim przypadku - na wieprzowinę. Co to oznacza?
1. Czytanie każdej (!) etykiety.
Alergia na wieprzowinę oznacza również reakcję na żelatynę wieprzową. Gdy problem rozwinął się u mnie (jakieś 3 lata temu), byłam w szoku, ile produktów zawiera ten składnik. Śmietany, jogurty, serki, ciastka, kremy. Oprócz tego dodatek jako aromatu do czipsów czy innych przekąsek (obecnie na szczęście coraz rzadszy). Wszelkie produkty "z mięsem" odpadają. Dodać do tego trzeba zmiany składów (regularnie sprawdzam, czy produkt, który kupuję, nagle nie rozszerzył listy składników - zdarza się wbrew pozorom dość często, czasem bez informacji na opakowaniu. A wieprzowina nie jest na liście "popularnych" antygenów, więc czasem znaleźć ją w składzie nie jest łatwo.
2. Restauracje - dyskryminacja "religijna".
Dla wielu osób pracujących w restauracji taka alergia nie istnieje - jestem albo kryptowegetarianką (jedzącą pozostałe mięsa...), albo muzułmanką. Niektórzy próbują nawet przemycić mięso "na próbę". Dopiero informacja, że jak skończę w szpitalu (reakcja jak na orzeszki w filmach), to tego tak nie zostawię, działa.
3. Ale w tym nie ma wieprzowiny!
Największa zmora, do tego często niezamierzona. Nie zliczę ile razy muszę zadawać pytania naokoło, żeby dowiedzieć się, że w czymś "bez wieprzowiny" jednak jest boczek (a to też wieprzowina?), słonina lub salami. We własnej rodzinie mam osoby, którym ciężko zrozumieć, że nie zjem kotleta drobiowego smażonego razem ze schabowym albo leżącym koło niego na talerzu (chodzi o sytuacje, kiedy kurczak pływa w soku ze schabowego), bo wyląduję w szpitalu. Tak samo nie zjem barszczu, w którym podgrzewane były uszka z mięsem. Co z tego, że sam barszcz jest bezmięsny, skoro zdarza się, że któreś uszko pęknie.
4. Przesadzasz!
Alergia jest ze mną od dość niedawna - nieco ponad 2 lata. Wcześniej wieprzowinę jadłam normalnie, choć na szczęście nie byłam aż tak wielkim miłośnikiem, więc tylko czasem zatęsknię. Z każdym kolejnym zetknięciem się z alergenem jest coraz mocniej - początkowo była to tylko duszność, ostatnia wpadka była już niebezpieczna dla życia. Mimo to nadal wiele osób jest przekonanych, że problem sobie wymyśliłam albo że mogę się "odczulić. Dziwnym trafem nikt, kto widział mnie po spożyciu, więcej tego tematu nie podniósł i pilnował razem ze mną, czy gdzieś się toto nie wkradło.
Alergii naprawdę się nie wybiera, a w przypadku ostrej reakcji może być to bardzo niebezpieczne. Proszę, nie wkurzajcie się na tych, co po kilka razy upewniają się, czy mogą coś bezpiecznie zjeść. Nie wynika to ze złych intencji, a z faktu, że kto się z tym nie zetknął często nie wie, jak ważne potrafią być szczegóły :(
Moja dziewczyna ma fetysz. Długo ją namawiałem, żeby mi o nim opowiedziała, ale ona wciąż się upierała, że to zbyt wstydliwe. Ja lubię różnego rodzaju udziwnienia, więc kurczę no, ja bardzo chętnie. W internecie widziałem już wszystko. W końcu dała się namówić i okazało się, że ma fetysz... bąków. Lubi prykać w trakcie...
Może słyszeliście, że po tym, jak wyszedł film Nemo, to dzieci na świecie masowo zaczęły spuszczać swoje rybki akwariowe w kiblach, żeby zwrócić im wolność? No to mój 5-latek ostatnio próbował w ten sposób uwolnić naszego kota.
Miałam kiedyś przyjaciela. Był dla mnie jak brat. Człowiek do rany przyłóż. Zawsze kiedy go potrzebowałam mogłam na niego liczyć i vice versa. Również zawsze moi wtedy aktualni chłopacy byli o niego zazdrośni, ale nigdy nie mieli nic do gadania. To był mój brat, nie zrezygnowałabym z tej przyjaźni nigdy. Nawet jeśli miałoby to oznaczać rozstanie. To była moja bratnia dusza.
Taki stan trwał ponad 10 lat. On przez ten okres raczej nie miał żadnej dziewczyny, były randki, spotkania itp., ale nigdy nic poważniejszego. Do czasu aż pojawiła się Ona. Ucieleśnienie zazdrości w jednej osobie. Z dnia na dzień dostałam informację, że Ona nie życzy sobie, żeby on dalej kontynuował ze mną znajomość. Skończyły się rozmowy, SMS-y... wszystko. Zostałam zablokowana na fejsie. Na początku próbowałam walczyć, ale jaką byłabym siostrą, gdybym nie dała za wygraną? Ja straciłam cząstkę siebie, ale przynajmniej on jest szczęśliwy z osobą, którą naprawdę kocha.
Chociaż minęły już 2 lata, dalej nie mogę się z tym pogodzić. Szczerze wpisał się w moje życie jako starszy braciszek, w pewien sposób nawet ważniejszy niż ten rodzony. Nie gadajcie nic o friendzonie - ta relacja była inna. Nie wiem dlaczego Ona od początku tak mnie znienawidziła. Przecież cieszyłam się z ich szczęścia, sama będąc mega zakochana. Cieszyłam się, że w końcu znalazł swoją miłość. Kibicowałam im. Teraz jednak nawet nie mogę mu wysłać SMS-a z życzeniami z okazji świąt, bo zaraz otrzymuję odpowiedź, że mam im nie zatruwać życia + epitety (oczywiście Ona odpisuje zamiast niego - widzę to po sposobie pisania).
Czy kiedyś o nim zapomnę? Wątpię. Brata nigdy nie wymażę z pamięci. Cały czas mam nadzieję, że się kiedyś odezwie do mnie. Nie gniewam się na niego. Jest mi po prostu bardzo smutno.
Zastanawiam się, czy on jeszcze czasem o mnie pomyśli. Czy ma ochotę odezwać się, napisać, że żyje, że jest OK. Czy całkiem zapomniał o osobie, którą kiedyś nazywał siostrą...
Wracałam ostatnio ze sklepu, który mam pod blokiem. W ręce trzymałam dużą reklamówkę wypełnioną zakupionym jedzeniem. Na ławce siedział starszy pan. Szczerze mówiąc, nawet nie zauważyłam go. Dopiero jak się odezwał to na niego spojrzałam. Trzymał dwie kule przy sobie i jakąś siatkę (nie mam pojęcia z czym). Wyglądał dosyć biednie ale nie wyczułam od niego alkoholu.
-Dzień dobry proszę pani. Mógłbym prosić o jedną bułkę?
Byłam w szoku, że używał tak ładnych słów. Bez słowa wyjęłam siatkę z bułkami i podałam mu. Bułki były złączone po 2.
- Pan weźmie obie. Na zdrowie. - W końcu wydusiłam z siebie.
- Dziękuję pani bardzo. Dzięki pani w końcu zjem kolację.
Popłakałam się. Przy nim. Te słowa zmiażdżyły moje serce. Chyba nigdy w życiu nie byłam tak smutna jak po tym co powiedział. Podałam mu jeszcze pastę jajeczną, bo pierwsza wpadła mi w rękę. Uśmiechnęłam się i poszłam. Cały czas płakałam. Było to kilka dni temu i do teraz nie mogę się po tym pozbierać.
Ostatnio widziałam 2 dziewczyny za blokiem.
Miały na oko jakieś 15 lat. Zatrzymałam się pod blokiem, bo wydawało mi się że telefon mi dzwoni (torbę mam jak czarną dziurę więc trochę to zajęło). Słyszałam ich rozmowę. Jedna miała iPhone'a. Chciały go rozwalić żeby od rodziców dostać nowszy model. Ich rozmowa mnie rozwaliła. Zastanawiały się czy go wrzucić do Wisły czy utopić w kiblu czy rozwalić o ziemię itd.
Nie rozumiem dzisiejszych dzieci. Ja sama mam trochę słaby telefon, a nie narzekam.
Moja córka ma 5 lat. Strasznie prosiła mnie ostatnio, bym poszła z nią do McDonalda. Wiem, że fast food to najgorsze zło, dlatego unikałam podawania dziecku takiego jedzenia – Zosia jeszcze nigdy nie była w tej restauracji. Zosia chodzi jednak do przedszkola, a wiadomo, że rówieśnicy mają ogromny wpływ na dziecko. Nasłuchała się od kolegów o Happy Mealu i zabawkach, dlatego strasznie chciała tego spróbować. Poszłam z nią więc do tego nieszczęsnego McDonalda.
Gdy byłam na miejscu, spotkała mnie komiczna sytuacja. Jakaś przypadkowa – najwidoczniej niezrównoważona - starsza pani zatrzymała się specjalnie przy naszym stoliku, aby nawrzeszczeć na mnie na środku centrum handlowego. Darła się: „Jak możesz tak truć swoje dziecko, ty leniwa babo! Ugotuj coś córce, a nie karmisz ją tym syfem i chemią! Co za matki w tych czasach, szkoda tych dzieci!”. Nie odpowiedziałam, bo uznałam, że nie ma to żadnego sensu. Zosia po wyjściu z tej restauracji stwierdziła, że „wcale nie było takie super” i niezwykle cieszę się, że nie będę musiała tam wracać.
Piszę to tylko w jednym celu, by podkreślić jak bardzo prawdziwe jest powiedzenie „pozory mylą”. Trzymajmy nosy w swoich sprawach, kochani, a będzie nam wszystkim przyjemniej się żyło.
Mam pralkę ładowaną od góry. Często chodzę nago po domu. Jeśli to w tym miejscu nie jest jeszcze jasne, to powiem wprost: wczoraj przytrzasnąłem sobie sami wiecie co, zamykając pralkę.
Jak byłem mały, razem z kumplem bawiliśmy się w tortury. Na szczęście nie lała się krew, ale i tak było ciekawie.
Dość często zostawaliśmy sami w domu (nasi rodzice mieli do nas zaufanie, bo byliśmy uznawani za grzecznych chłopców). Pewnego razu oglądaliśmy telewizję, w której leciał program o metodach tortur. Byliśmy nim zafascynowani do tego stopnia, że postanowiliśmy spróbować. I tak za każdym następnym razem, gdy byliśmy sami, dom zamieniał się w salę tortur.
Wyglądało to tak, że najpierw ustalaliśmy kto jest ofiarą, a kto oprawcą.
Ofiara rozbierała się (do naga!), a oprawca zakładał czarną czapkę (wiecie, taki niby kaptur kata). Ofiara była wiązana na różne sposoby i torturowana przez oprawcę. Tortury to były głównie łaskotki, ale występowało też bicie, przypalanie stóp (na szczęście świeczką na baterie), a nawet robale (najczęściej dżdżownice) kładzione w różnych punktach ciała. Było też zakrywanie oczu i kneblowanie ust torturowanego. Kumpel raz się nawet zesikał, jak go łaskotałem (potem on w ramach zemsty łaskotał mnie dłużej niż było ustalone, wtedy sam się o mało nie zsikałem :D). Nie pamiętam dokładnie jak długo trwały nasze praktyki, ale po jakimś czasie nam się (na szczęście) znudziły.
Oto moje anonimowe, bo nikomu o tym nie powiem ;)
P.S. Dla ciekawskich: Tak, kumpel pamięta. I tak, byliśmy normalni.
Gdy idę po swojego syna do żłobka z pustą spacerówką, mam wrażenie, że ludzie patrzą na mnie jak na człowieka z zaburzeniami psychicznymi.
Dodaj anonimowe wyznanie