#VFiA6

Nigdy nie zapomnę tej imprezy. Poznałam na niej pewnego chłopaka, na którego początkowo kompletnie nie zwracałam uwagi. Aż do momentu, gdy zaczął się do mnie "rzucać" - dosłownie. Źle się zrozumieliśmy w trakcie rozmowy i wybuchła wielka awantura – właściwie z niczego. Dziś nawet nie pamiętam co było punktem zapalnym.

Oboje mieliśmy wypite, więc włączyły nam się agresory. Zaczęliśmy się wyzywać, oblaliśmy się nawzajem piwem, a ostatecznie doszło – uwaga – do bójki. Tak, pobiłam się z tym chłopakiem. Przyłożyłam mu z pięści w twarz i skończył z podbitym okiem, on za to odwdzięczył się ostrym przyłożeniem w bark, który bolał mnie przez kolejne dwa dni. Impreza skończyła się więc tragicznie, rozeszliśmy się do domów.

Nazajutrz wydzwaniał do mnie z przeprosinami – i tak przez kilka tygodni. Zdobył mój adres i przyszedł z bukietem kwiatów. Kilka miesięcy później zostaliśmy parą, a wczoraj mi się oświadczył.
Może i od miłości do nienawiści jeden krok, ale – jak widać – w drugą stronę to również działa!

#x3YDU

Wakacje spędziłam w psychiatryku, nie będę opisywała co się tam działo, bo jest rzecz, która przeraziła mnie o wiele bardziej.
Dwa tygodnie po moim przybyciu mury tego zacnego wariatkowa opuściła anorektyczka, która została utuczona do minimalnej akceptowalnej wagi. Utuczona, ponieważ jej nie wyleczyli i nigdy nie wyleczą.

Zdążyłam z nią parę razy porozmawiać. To był już któryś jej pobyt z kolei. Wydaje mi się, że choruje już bardzo długo, w tym roku poszła do liceum, jednak wciąż ma dziecięcą budowę działa, żadnych bioder czy biustu, głodzić się mogła zacząć już w podstawówce. Sama powiedziała mi, że jak wyjdzie, to znowu zacznie się odchudzać, bo jest gruba i nie podda się, dopóki nie będzie ładna. Skąd wie, że jest gruba? Koledzy ze szkoły mówią jej tak od 3 klasy podstawówki.

Sęk w tym, że w jej miejscu zamieszkania jest jeden zespół szkół, do którego uczęszcza jakieś 80% wszystkich dzieci i nastolatków, w mojej klasie jest dziewczyna stamtąd, więc wiem. Wspomniana wcześniej anorektyczka chodziła tam do podstawówki, do gimnazjum, a teraz idzie tam do liceum. Ani rodzice, ani nauczyciele, ani psychiatra, ani psycholog, ani ktokolwiek kto powinien jej pomóc, nie wpadł na to, że powinno się ją stamtąd zabrać.

Mówiła, że się z niej śmieją, że podbiegają do niej i łapią ją za tłuszcz, że jak raz nauczyciel zostawił ich samych w sali, wskaźnikiem pokazywali jej gdzie powinna schudnąć. Było tego o wiele więcej, a ona im wierzy. Nam za to nie uwierzyła, gdy mówiliśmy, że to wszystko nie jest w porządku. Ona nie chce chodzić do tej szkoły, ale rodzice nie pozwalają jej iść gdzie indziej, do tego zespołu szkół ma 10 minut spacerkiem, ich zdaniem gdziekolwiek indziej będzie za daleko.

Jak mówiłam, mam w klasie dziewczynę z tamtego miasta, do naszej szkoły dojeżdża jakieś 40 minut pociągiem, a potem jeszcze 10 minut tramwajem. Mam też dwie koleżanki, które ze szkoły do domu mają ponad półtorej godziny pociągiem, dlatego mieszkają w akademiku, a do domu jeżdżą tylko na weekend. To wcale nie jest odległość nie do pokonania.
Niestety zanim ta dziewczyna będzie mogła o sobie decydować, minie jeszcze trochę czasu, a nawet jeśli dotrwa, to nie sądzę, by mogła się postawić, już teraz była strasznie zniszczona. Nie jestem pewna nawet, czy dożyje osiemnastki, czy nie wykończy się wcześniej.

#vEfPP

Słyszeliście o tym nowym banknocie o nominale 500 zł? Jestem jednym z niewielu jego posiadaczy. Jestem też straszliwym bałaganiarzem i często zdarza mi się chować moje skarby w miejscu, z których na pewno nie zginą. Problem w tym, że za każdym razem zapominam, co to za miejsce i potem całymi dniami przewracam chatę do góry nogami… Identycznie było z moim banknotem. Problem zaginięcia kasy tak bardzo mnie niepokoił, że zamiast uczyć się do egzaminu ustnego z ekonomii, po raz dwudziesty piąty przeczesywałem szafę w przedpokoju.
Spasowałem, będąc już przekonanym, że mój cenny banknocik zaginął na zawsze i znajdę go kiedyś, gdy już nie będzie on miał żadnej wartości…

Do egzaminu nie przygotowałem się zbyt dobrze i liczyłem na to, że akurat trafią mi się jakieś w miarę łatwe pytania. Nic z tego – poległem sromotnie. Wykładowca to surowy kawał sukinkota, który nie zna litości. „Nie zaliczył pan. Indeks proszę!” - usłyszałem. Spuściwszy nos w kwintę podałem mu studencki kajecik.
- Fiu, fiu, fiuuuu… - rzekł egzaminator wyciągnąwszy z środka mój banknot. Mi tymczasem odebrało mowę. Profesor chwilę sobie znalezisko pooglądał, spojrzał na nie pod światło, aby sprawdzić, czy na pieniądzu widnieje znak wodny, a następnie wepchnął moją pięćsetkę do swojej kieszeni i… zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć i wytłumaczyć się, wpisał mi zaliczenie.

Z jednej strony cieszę się, że „zaliczyłem” przedmiot, z drugiej czuję się niczym ostatni „ch#jek”, który przekupił wykładowcę, z trzeciej jestem wściekły, że straciłem mój zaginiony banknocik!

#cGAxh

Mój chłopak jest zazdrośnikiem - często słyszę od niego, że widział „jak ktoś na mnie patrzy”, albo że „kolega ze mną flirtował”. Uważam, że zdecydowanie przesadza, ale schlebia mi fakt, że jestem w jego oczach atrakcyjna i mu zależy.

Ostatnio zaczął mnie bardzo rozpieszczać: przywozi pizzę na obiad, wkłada mi batoniki do torebki, gdy wychodzę do pracy, wieczorem zawsze jestem zaopatrzona w chipsy i colę do serialu.
Zapytałam go wczoraj, jaki jest powód tych przyjemności. Odpowiedział:
„Jak będziesz gruba, to w końcu przestaną cię podrywać”.

#0fzr2

Moja siostra ma dwie córeczki, jedna ma 4 lata, druga 2. Siostra nie pracuje, jej mąż pracuje za granicą i zjeżdża co 4 tygodnie.

Od zawsze moja siostra to był typ imprezowiczki. Nigdy nie stroniła od alkoholu. Na imprezach rodzinnych potrafiła wypić kilka drinków i zapić piwem, mając pod opieką swoje córki. Wtedy ja zajmowałam się małymi, tłumacząc sobie, że siostra wiedziała, że ja niepijąca przypilnuję jej dzieci, więc mogła sobie pozwolić.

Dwa miesiące temu wpadłam do niej na gościnę i wyczułam zapach wódki. Porozmawiałam z nią, powiedziała, że była jej koleżanka, że wypiły po jednym drinki. OK.

Około dwóch tygodni temu znów wpadłam, bo akurat przechodziłam, drzwi otworzyła mi starsza pociecha, mówiąc, że mamusia źle się czuje i śpi. Faktycznie spała, pijana, ledwo kontaktowała. Wkurzyłam się, zabrałam siostrzenice do siebie. Następnego dnia poważnie pogadałam z siostrą. Obiecała, że to tylko jeden wybryk, bo wpadli znajomi i "tak wyszło".

Wczoraj odwiedziłam ją, bo wiedziałam, że dzień wcześniej miała domówkę. Znów powtórzyła się sytuacja, siostra spała pijana, dzieci bawiły się same w salonie.
Jestem złą siostrą i zadzwoniłam na policje, zgłosiłam co zastałam. Teraz siostra będzie miała kontrole i sporo problemów. Dzieci odwiozłam do dziadków.

Najzabawniejsze jest to, że to JA jestem tą złą. Jeszcze wczoraj dzwonił do mnie szwagier robiąc awanturę, że niszczę ich rodzinę, bo sama nie mam dzieci i im zazdroszczę.
Rodzice nie chcą ze mną rozmawiać, bo na własną siostrę policję wezwałam, a przecież dzieciom się nic nie stało!

Cóż, ja uważam, że postąpiłam słusznie. Nigdy bym sobie nie wybaczyła, jakbym zlekceważyła tę sytuację i dzieciom coś by się stało, bo moja siostra wolała pić zamiast zająć się dziećmi. Albo chociaż załatwić im opiekę.

#liDvp

Opiszę, dlaczego nie mam ani odrobiny współczucia i zrozumienia dla ludzi, którzy pod wpływem alkoholu narobili sobie kłopotów.
Przez takich ludzi straciłem dwie bliskie osoby.

Mój brat zawsze pił z umiarem, tak nas wychowano. Pewnego dnia wybrał się na grilla do znajomych, była tam też dziewczyna, która wpadła mu w oko. Następnego dnia mieli wybrać się do kina. Niestety, pozostali znajomi nie żałowali sobie picia. Jeden z nich wpadł na "zabawny" pomysł, żeby z zaskoczenia wepchnąć mojego brata do strumienia płynącego przez działkę. Zrobił to i poszedł dalej się bawić. Paweł uderzył głową o kamień, stracił przytomność. Dopiero kiedy jego koleżanka wróciła z łazienki, zobaczyła co się stało i wezwała pogotowie. Rozrywkowy kolega dostał śmieszny wyrok w zawiasach. Bo przecież młody, popili sobie, nie myśleli co robią. Mój brat jest rośliną. Leży, ślini się, załatwia w pampersy, nie wie co się dzieje. Ale przecież to była tylko dobra zabawa...

Przyjaciel, którego znałem od piaskownicy. Był na imprezie. Jedna wypita panienka się do niego kleiła, w końcu zaproponowała, żeby gdzieś pojechali i "bzykali się do rana". Słyszało to dużo osób. Niestety Michał dał się namówić. Rano panienka stwierdziła, że na trzeźwo by nic jej takiego do głowy nie przyszło, nigdy by tak nie zrobiła, więc to był gwałt. Poskarżyła się mamusi, pojechały na policję, w dodatku trafiły na policjantkę feministkę. Kolegę oskarżono. Ludzie od razu go skazali, bo przecież wykorzystał biedną, nieświadomą dziewczynę.
Nie wytrzymał presji, powiesił się. Kiedy miesiąc wcześniej jechałem do pracy w Niemczech, żegnałem wesołego, szczęśliwego chłopaka. Michał był jedynakiem, jego ojciec zmarł, kiedy byliśmy w podstawówce. Jego mama do dziś leczy się psychiatrycznie, wyprowadziła się do siostry, bo "wychowała zboczeńca i gwałciciela" . Panienka nie poniosła żadnych konsekwencji, mnóstwo ludzi jej współczuło i głaskało po główce.

Dlatego ani trochę nie żałuję ludzi, którzy płaczą, bo po alkoholu wpadli w kłopoty. Myślcie sobie co chcecie, ale dla mnie picie nigdy nie będzie usprawiedliwieniem głupoty i braku wyobraźni.

#BHiyd

Chyba nie byłem zbyt bystrym dzieckiem...

Pewnego dnia, gdy miałem pięć, może sześć lat, zostałem zabrany na wycieczkę do lasu przez mojego wujka. I to nie byle jaką wycieczkę! Był namiot, rozgwieżdżone nocne niebo nad nami i odgłosy przyrody. Było to dla mnie wielkie przeżycie. Wujek nauczył mnie jak rozpalić ognisko i mogłem sam usmażyć na nim pyszną kiełbaskę, która smakowała jak największy rarytas. Bajka!

Gdy wróciłem do domu, opowiadałem rozemocjonowany wszystkim o mojej wspaniałej przygodzie. Koniecznie chciałem pokazać tacie jak zrobić ognisko i usmażyć dla mamy pyszną kiełbaskę. Rodzice słuchali moich opowieści, ale na wyprawę do lasu nie byli chętni. Dzieci w przedszkolu też nie podzielały mojego entuzjazmu - bo robaki, bo zimno, a kiełbaskę można zrobić na patelni, bla, bla...

Postanowiłem więc podzielić się swoją radością z moimi świnkami morskimi. Miałem dwie samiczki w dużym, szklanym akwarium.

Tak. Postanowiłem zrobić dla nich ognisko.

Nazbierałem małych patyków i rozpaliłem im w akwarium miniognisko. Oczywiście nie przewidziałem, że trociny oraz sianko, którym wyłożone było podłoże, szybko zajmą się ogniem.

Nie wiem co było głośniejsze - piski przerażonych zwierząt czy moje krzyki. Na szczęście mama zdążyła na czas wyciągnąć przerażone zwierzęta zanim spłonęły żywcem przez przenikliwą bystrość mojego umysłu.

#qSWf7

Dorywczo jestem dostawcą pizzy.
Wieczór. Kolejna dostawa. Pusta droga, a na niej potrącony pies. Zatrzymałem się, z nadzieją, że jeszcze będzie żył, że obrażenia nie będą poważne, że zawiozę go do weterynarza, że zwierzak przeżyje.
Wysiadłem z samochodu, podbiegłem. Żył.
Wziąłem go na ręce, zapakowałem do samochodu, znalazłem adres do najbliższej kliniki weterynaryjnej i popędziłem w jej kierunku.
Jego apatyczne skomlenia i pokora, z jaką leżał i czekał, rozkleiły mnie do tego stopnia, że zapomniałem, że przecież jestem w pracy.

"Zdecydowanie bezdomny. Uratuję mu życie i przygarnę. Tak będzie. Szczęśliwe zakończenia istnieją".

Nie istnieją. Finał jest taki, że do kliniki wprawdzie dojechałem, ale psiak już ledwo dyszał, a niecałą godzinę później zmarł na rękach weterynarza.
Z pracy zniknąłem na jakieś dwie godziny. Pewnie mnie jutro zwolnią.

Warto?
Warto.

#dbjfi

Historia dziadka.

Było to z pięćdziesiąt lat tamu, byliśmy młodzi i mieliśmy głupie pomysły.
Z okna zauważyliśmy faceta, który codziennie o tej samej godzinie chodził i kopał różne rzeczy które były na chodniku, czy to były papierki, czy kamyki. Obserwowaliśmy go przez parę dni. Pewnego dnia na chodniku położyliśmy pudełko po butach i czekamy na faceta. Idzie, podchodzi, kopie. Następnego dnia włożyliśmy pustak do tego pudełka. Akurat tego dnia wziął rozpęd by kopnąć, złapał się za nogę i chyba złamał palec.

Już nigdy więcej niczego nie kopał.
Dodaj anonimowe wyznanie