Moja rodzina była dość toksyczna, wiele się przez nią wycierpiałam. Dodatkowo mój nos w wyniku choroby był zdeformowany, z tego powodu od zawsze byłam pośmiewiskiem, zarówno w szkole, jak i w domu. W podstawówce i gimnazjum miałam tylko jedną przyjaciółkę, która mnie wspierała, reszta wolała mnie wyzywać i symulować wymioty na mój widok. W technikum było już lepiej, ale wiadomo, takie rany na psychice nie goją się łatwo.
Od zawsze wiedziałam, że zrobię sobie operację plastyczną, kiedy tylko mogłam, zbierałam pieniądze, wszystko co zarobiłam albo dostałam lądowało w kopercie na dnie szafy.
Gdy skończyłam technikum, od razu poszłam do pracy i uwolniłam się od toksycznej rodziny, zaczęłam chodzić do psychologa i naprawiać moje życie. Byłam też zaniedbana, dlatego gdy już poczułam się lepiej, zaczęłam o siebie walczyć. Poszłam do dermatologa, by wyleczyć trądzik, poczytałam w internecie o pielęgnacji i o zdrowej diecie, zapisałam się na siłownię, dzięki czemu schudłam parę kilo i wyrzeźbiłam trochę sylwetkę, teraz mieszczę się w rozmiar S. W końcu mogłam być tym kim chciałam i wyglądać jak chciałam, zaczynałam się sobie podobać, ale moja jedyna koleżanka z dzieciństwa ciągle podcinała mi skrzydła, twierdziła, że zachowuję się jak pustak i powinnam po prostu zaakceptować siebie, zamiast się zaharowywać dla wyimaginowanego ideału.
W międzyczasie dozbierałam potrzebne mi pieniądze, w końcu mogłam zrobić wymarzoną operację, wiadomo, cudów nie ma, ale wygląd mojego nosa mieści się w normie. Gdy jeszcze chodziłam z opatrunkiem, moja przyjaciółka postanowiła się ode mnie odwrócić, bo nienawidzi pustaków, które walczą tylko o wygląd. No i przede wszystkim trzeba akceptować siebie, a nie podążać za ideałami.
Powiedziała to moja przyjaciółka, ta, która potrafi sama zjeść całą pizzę i całymi dniami grałaby w gry, a nosi rozmiar XS. Ta, która ma ładne, łagodne rysy twarzy i duże, zielone oczy. Ta, u której w życiu pryszcza nie widziałam. Ta, która po prostu wygrała najwyższą nagrodę na genetycznej ruletce.
Nie twierdzę, że ona nie ma żadnych kompleksów, ale osoba, która nie wkłada żadnego wysiłku w swój wygląd, a spokojnie mogłaby być modelką, mówiąca osobie o fizjonomii kartofla, że trzeba akceptować siebie, jest nie na miejscu. Dlaczego ona jest lepsza, bo urodę dostała od matki natury, a ja gorsza, bo zapracowałam na nią sama? Jak już zrobiłam wszystko co mogłam, to akceptuję siebie, wiem że sama nigdy nie będę miała figury modelki, bo budowa ciała nie na to nie pozwala, ale jest OK, czuję się dobrze ze swoim wyglądem.
A piszę to wyznanie, bo kilka dni temu zeszła mi już opuchlizna i siniaki po operacji, wychodząc z domu zauważyłam, że ludzie się już nie gapią na moją twarz (nie przesadzam, nawet pokazywanie mnie palcami nie było rzadkością). Mam wreszcie spokój.
Jestem inżynierem. Pracuję w poważnej i znanej firmie w branży mechanicznej. Skończyłam ciężkie studia, życiowo jestem zaradna, nawet bardzo. Dobrze zarabiam, potrafię utrzymać się na wysokim poziomie. Odnoszę sukcesy, wcześniej na uczelni, teraz w pracy. Wydawać by się mogło, że jest idealnie. Jest jeden duży problem, który cały czas mnie ogranicza i obniża moją samoocenę.
JESTEM TĘPA.
Rozmowa ze mną często wygląda tak, że bazuję tylko na wyuczonej wiedzy, którą wkułam. Jeśli temat jest problematyczny, to się motam. Często mam problemy z wysłowieniem się, jestem chaotyczna, niezrozumiała. Mam zawiechy. Ktoś coś mówi, ja rzucam jakieś pytanie bądź odpowiedź, która sugeruje, że nie zrozumiałam głównego tematu...
Wstydzę się często odezwać na forum, żeby nie walnąć znowu gafy. Pracownicy cenią mnie za zaangażowanie i rzetelną pracę, ale wiem, że mają ze mnie bekę i komentują moje wpadki. Czasami mam wrażenie, że mój mózg działa jak przez mgłę. Mam obsesję na tym punkcie. Codziennie biczuję się w myślach za każdą wpadkę. Robię dużo testów na inteligencję, żeby się sprawdzić.
Skomentujcie, co o tym myślicie.
Postanowiłam opisać jeden z zabawniejszych aspektów mojego życia. Moja mama jest pielęgniarką, a ja posiadam kilka chorób, przez które muszę co jakiś czas robić badania, między innymi badać krew. Zamiast jeździć po laboratoriach, mama pobiera mi krew w domu i po drodze do pracy podrzuca ją w odpowiednie miejsce. Sprawa wygląda tak, że budzi mnie o 6 rano, pobiera krew i wychodzi do pracy. Po tylu latach mam na to na tyle wyrąbane, że po prostu przekręcam się na bok, udostępniam jej rękę i śpię dalej, a mama robi co trzeba. Czasem nawet nie pamiętam, że tą krew mi pobrała.
PS. Koleżanki dziwią się, że z takim podejściem po świecie nie chodzą jeszcze moje klony.
Cześć, macie może taka jedną rzecz, ma której widok, zapach bądź nawet na samą myśl robi Wam się niedobrze?
Ja mam tak z pomidorem. Automatycznie bierze mnie na wymioty.
Zawsze, ale to zawsze każdy dziwi się dlaczego nie chcę jeść pomidora. Jeśli nie chcę zrobić przykrości osobie, która przygotowała potrawę, po prostu wygrzebuje jego kawałki. Nieważne jak bardzo jest to ohydne i nie na miejscu - po prostu nie tknę pomidora i koniec.
Przyczyną jest trauma z dzieciństwa. Pamiętam, że byłam w 4 klasie podstawówki, tego dnia bardzo źle się czułam i miałam biegunkę. Mama podała mi jakiś środek do picia, aby ją zatrzymać. Nie wiem czy właśnie ten środek był przyczyną, czy po prostu skórki pomidora mi gdzieś utkwiły... ale... cały czas widzę te rzygi na szkolnej ławce i czerwone kawałki po zjedzonym na śniadanie pomidorze - tak jakby ta sytuacja miała miejsce wczoraj.
Dość długo byłam singielką. Oglądałam wtedy gejowskie porno. Cholernie mnie to kręciło. Zwykłe porno nigdy mnie jakoś specjalnie nie interesowało.
Teraz mam partnera. Dobrze nam się układa. Problem w tym, że kiedy się kochamy, to mogę "dojść" tylko wtedy, kiedy myślę o dwóch zabawiających się ze sobą facetach.
Szlag... chyba przedawkowałam to porno.
Odkąd pamiętam cierpię na dotkliwe bóle w czasie miesiączki. Niestety leki typu No-spa czy inne podobne nie pomagają na dłużej niż 15-20 minut. Odwiedziłam co najmniej 5 ginekologów, którzy nie potrafili mi pomóc, a tabletki antykoncepcyjne są niewskazane przy mojej chorobie.
Dwa lata temu będąc w liceum przeczytałam, że orgazmy działają rozkurczowo, więc przeszłam do wypróbowania nowego "leku". O dziwo bóle stały się akceptowalne, a nawet seks podobał mi się bardziej.
Niestety w międzyczasie rozpadł się mój związek, a obecny partner uważa seks podczas miesiączki za obrzydliwy i przez tydzień nawet mnie nie dotknie. Oprócz tego jego zdaniem oglądanie filmów porno to zdrada.
Chociaż nie jestem z tego dumna, ukrywam się przed moim chłopakiem gdy robię sobie dobrze, żeby móc normalnie funkcjonować.
Dziś chciałam napisać, z czym w pracy spotyka się moja mama, bo tylko położna zna skalę tych problemów. Madek właściwie nie da się dopatrzeć, zwłaszcza że tuż po porodzie dużo kobiet madkuje, trzeba zacisnąć zęby i zrozumieć, a położne przyzwyczajone. Chcę opisać coś innego.
To, że ktoś położy kartkę z wielkim "NIE SZCZEPIĆ" zdarza się minimum raz w tygodniu, specjalne ubranka z tym komunikatem też są popularne. Takich matek jest jednak o wiele więcej, wystarczy, że podczas rozmowy z lekarzem nie wyrazi zgody na szczepienia, położne się tym nie zajmują, więc nie wiedzą, ile mają dzieci antyszczepionkowców. A te kartki i ubranka są zupełnie niepotrzebne, służą jedynie manifestacji swoich poglądów.
O wiele gorsze są jednak eko-wege-wariatki, nie jest ich tak sporo jak antyszczepionkowców, ale wciąż dużo. Niby da się być weganką i zaspokajać wszystkie potrzeby organizmu, ale one o tym nie wiedzą. Wszystkie są wychudzone i nawet ciężko krew pobrać. Jak im się chce znosić ekologiczne pieluchy i myć dziecku pupcie przegotowaną wodą, bo chusteczki to sama chemia, ich sprawa, problem jest gdzie indziej. Takie niedożywione matki prawie nie mają pokarmu. Dziecko ryczy, bo jest głodne, a one nie zgadzają się na podanie mu czegokolwiek, bo naturalne dla niemowlaka jest tylko picie mleka matki. Takie dzieci ciężej przechodzą żółtaczkę, ale żadnych leków też podać nie można, bo nienaturalne. Na badania też się często nie zgadzają i dzieci opuszczają szpital bez badania słuchu czy nawet badań na fenyloketonurię, która niewykryta odpowiednio wcześnie na pewno uszkodzi mózg. To badanie jest naprawdę podstawą.
Te matki często są obrażone, że rodzą w szpitalu, że zła woda, że sama chemia, że szpitale są nienaturalne, że kobiety tyle lat rodziły bez szpitali i było dobrze.
Tylko jakoś umknęły im statystyki, które mówią, że w tych cudownych, naturalnych czasach śmiertelność okołoporodowa wynosiła około 50%.
Chyba nie rozumiem ludzi.
Całe życie byłam gruba. Nie przez chorobę czy leki, ale przez błędy żywieniowe moich rodziców, a później przez brak prawidłowych nawyków w moim dorosłym życiu. Kilka miesięcy temu podjęłam kolejną próbę by przesłać być pulpetem czy świnią, jak to często w wieku nastoletnim byłam nazywana. Prób miałam wiele i zazwyczaj nic z nich nie wychodziło, bo jak schudłam trochę, to zaraz odpuszczałam sobie. Jednak tym razem postanowiłam zrobić to z głową i wsparciem - poszłam do dietetyka. I tak oto zaczęłam zdrowo chudnąć.
Reakcje ludzi z mojego otoczenia były pozytywne. Wszyscy zachwalali, że świetny pomysł, że lepiej zaczynam wyglądać i och i ach. Aż do teraz.
Jestem w połowie drogi do idealnej wagi, schudłam 10 kg i się zaczęło.
- Kiedy masz zamiar przestać chudnąć?!
- Przesadzasz z tym odchudzaniem!
- Po co płacisz dietetykowi? Przecież znasz zasady odżywiania. Możesz sama sobie dietę z neta ściągnąć. A pieniądze w coś innego zainwestować.
- W anoreksję się wpędzisz!
- Wyglądasz jak szkielet! (80 kg szkielet. Najlepszy komentarz :D)
Nie potrafię tego pojąć. Najpierw ludziom nie pasowało, bo byłam gruba. Teraz nie pasuje, bo przestaje być gruba. Chyba ludziom się nie dogodzi.
A ja nie zamierzam przestawiać dążyć do celu. Swoje komentarze i złote myśli niech sobie w buty schowają!
Dzisiaj zrozumiałam, dlaczego sporo osób mówi, że równa ze mnie babka. Krawcowa mnie zmierzyła i okazało się, że moje wymiary to 120 x 120 x120.
W ostatni weekend pierwszy raz w życiu poczułam się jak prawdziwa księżniczka z bajki. Poszłam w takie tango, że do domu wróciłam bez buta.
Dodaj anonimowe wyznanie