#cJeNd

Jestem chłopakiem i uwielbiam kupować ubrania. Nie nabywam jednak masowo garniturów ani nie gonię za "chorą" modą. Natomiast sporą część pieniędzy, która zostaje mi po opłaceniu czesnego (studiuję zaocznie) i innych niezbędnych wydatków, przeznaczam na zakup odzieży technicznej i outdoorowej. Ogromną satysfakcję daje mi możliwość dobierania ubrania odpowiedniego do warunków pogodowych.

Odkąd sięgam pamięcią zawsze uwielbiałem przebywać aktywnie na świeżym powietrzu, a szczególną frajdę sprawiała mi walka z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. Nie zliczę, ile razy dostałem zjeby za bieganie w ulewnym deszczu i wracanie w przemoczonych butach. Potem przez wiele lat ograniczałem się jednak do wieczornych spacerów z kolegami. Jednakże kilka lat temu zacząłem tęsknić za tym wspaniałym uczuciem, które zawsze towarzyszyło mi podczas tych moich zmagań z Matką Naturą. Poczekałem na następną ulewę i ahoj przygodo, wyruszyłem na ok. 20 km spacer po polach. Skutki? Buty zabłocone i przemoknięte do tego stopnia, że nadawały się jedynie do wyrzucenia, spodnie przemoczone, ja cały zapocony, bo podróżowałem pod plastikowym płaszczem przeciwdeszczowym. Pomimo że byłem zadowolony z tego, że udało mi się wrócić do robienia tego, co sprawia mi radość, stwierdziłem, że warto by było się jednak na takie eskapady odpowiednio przygotować. I tak się zaczęło... :D

Obecnie posiadam wiele elementów odzieży technicznej i outdoorowej i kiedy wchodzę do garderoby by ubrać się na kolejny wypad na łono natury, czuję się jak Tony Stark z tej starej kreskówki, który przed każdą misją dobierał odpowiednią zbroję. Uwielbiam również te zakupione "zbroje" testować. Kiedy kupię jakieś ubranie, nie mogę się doczekać, by je założyć i sprawdzić, czy to co producenci obiecywali w opisie produktu ma przełożenie na rzeczywistość. Staram się przy tym, by test był jak najbardziej hardcorowy, oczywiście przy zachowaniu adekwatności do typu testowanego ubioru. Z radością oddaję się również pakowaniu się na wszelkie wyprawy, nawet te jednodniowe, to planowanie, przygotowywanie się na wszelkie możliwe warunki pogodowe i noclegowe, przy jednoczesnym pilnowaniu możliwie najniższej wagi plecaka... Ech, uwielbiam to :)


PS Jeżeli są tu osoby, które lubią aktywnie spędzać czas, dajcie znać, może wyskoczymy kiedyś razem na jakąś wyprawę ;-). Szczególnie zachęcam niewiasty, bo marzę, by móc dzielić się pasją z drugą połówką :-P.

NOBODY expects the Spanish dating offer.

#jAB5J

W moim rodzinnym domu nigdy się nie przelewało. Na rodzinę zarabiał tylko tata, mama zajmowała się dziećmi w domu. Tło wszystkich moich wspomnień z dzieciństwa to ciągłe liczenie pieniędzy i gryzienie się z każdym wydatkiem. Chociaż nie mieliśmy w domu żadnego alkoholika, nie byliśmy zadłużeni, nie wydawaliśmy pieniędzy na leczenie jakiegoś ciężko chorego członka rodziny, wiecznie brakowało kasy - a to trzeba było decydować, kto w tym miesiącu dostanie buty, bo na więcej niż jedną parę nie stać nas było, a to losowanie, kto dostanie nową kurtkę na zimę, o wyjeździe wakacyjnym, wycieczce szkolnej czy choćby wyjściu do kina można było tylko pomarzyć.

Nie zrozumcie mnie źle - rodzice niejednokrotnie sami rezygnowali ze swoich potrzeb, żeby starczyło nam, dzieciom. Mamę z dzieciństwa pamiętam jako tę wiecznie zaniedbaną, kiedy inne matki były umalowane i ładnie ubrane, ojca z kolei wiecznie nieobecnego, w pracy lub na "fuchach", żeby dorobić na boku, kilkanaście lat w tych samych ubraniach, które cerowała po nocach matka. Przyznaję, że ładowali pieniądze w naszą edukację, poświęcali się dla nas i kiedy tylko było ich stać, rozpieszczali. Doceniam to wszystko i jestem cholernie wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili, ale...
...poznałam rodzinę męża. U niego rodzice pracowali wprawdzie oboje, ale żadne z nich nie było fachowcem, jak mój ojciec, więc ich pensje w połączeniu dawały mniej więcej tyle samo, co zarobki mojego taty. Sytuacja niemal identyczna - tyle samo dzieci w podobnych latach, "zakładowe" mieszkanie, próba usamodzielnienia się i wyjścia "na swoje". Różnice są jednak kolosalne.

Teściowie zawsze mieli odłożone pieniądze. Niewiele, ale po trochę zbierali, odkładali, ile się tylko dało. Postawili swój dom - zajęło im to lata, bo brakowało funduszy, ale ostatecznie się udało. Teraz, kiedy zbliżają się do emerytury, kontrast jest jeszcze wyraźniejszy - oni zadbani, spokojni o przyszłość, pogodnie nastawieni, z kolei moi rodzice nadal wiecznie od wypłaty do wypłaty, chociaż zarobki znacząco poszły w górę, a dzieci dawno zeszły z utrzymania. Kiedy mój mąż dostał "na usamodzielnienie się" od rodziców sporą ilość gotówki, którą odkładali dla niego przez lata, ja nadal po cichu dokładam rodzicom do rachunków z mojej pensji, kupuję rzeczy i sprzęty do domu, pożyczam na wieczne nieoddanie, kiedy potrzeba. Szanuję i kocham moich rodziców, ale nie rozumiem, gdzie uciekły te wszystkie pieniądze, kiedy inni ludzie w praktycznie identycznej sytuacji wyszli na swoje. Żadne z nich nie ma ukrytego nałogu, nie wtopili z żadnym kredytem w obcej walucie, nie spłacali długów rodziny, ojciec nie ma na boku drugiej rodziny. Mimo to nie mają na starość żadnych oszczędności ani żadnego majątku, co cholernie mnie smuci. Nie wiem - może to niekonsekwencja w wydatkach? Może brak kontroli? Nie rozumiem tego.

#kGcjt

Mam 21 lat. Rok temu poddałam się aborcji. Nie jestem mocno wierząca. Mimo to nie ma dnia, żebym nie cierpiała z jej powodu.

Od dziecka czułam coś na kształt instynktu macierzyńskiego. Uwielbiałam bawić małe dzieci. Zawsze wyobrażałam sobie, jakie to uczucie nosić w sobie rozwijającego się małego człowieka. Do młodszej o dziesięć raz siostry od początku żywiłam bardzo ciepłe uczucia i do dziś mamy świetny kontakt. Jednym z moich większych pragnień płynących z głębi serca było macierzyństwo.

Bardzo kochałam swojego chłopca. Byliśmy z tego samego rocznika. Znaliśmy się niewiele ponad rok, ale mieszkaliśmy razem (oboje studiowaliśmy i nadal studiujemy w tym samym mieście). Ja nie mogę przyjmować tabletek antykoncepcyjnych z powodów zdrowotnych, on zawsze używał prezerwatyw, za które płaciliśmy wspólnie. To był jedyny raz, kiedy zrobiliśmy to bez zabezpieczenia. Wróciliśmy z imprezy z okazji urodzin naszej wspólnej koleżanki. Byliśmy pijani i - co tu dużo mówić - narwani. Nie będę zdradzać szczegółów tamtej nocy, ale dobrze wiecie, jak to się skończyło.

W pierwszej chwili po tym, jak zobaczyłam dwie kreski, kompletnie to do mnie nie dotarło. Nie poczułam nic. Zupełnie, jakbym śniła albo doświadczała jakiejś narkotycznej wizji - czułam się, jakby coś mi się przywidziało. Potem, gdy stopniowo zaczęło do mnie docierać, co się właściwie dzieje, zadzwoniłam do swojego chłopca, który był akurat poza miastem. Reakcja K na wiadomość o ciąży była spokojna. Sprawiał wrażenie opanowanego, podczas gdy ja zdążyłam na dobre się rozhisteryzować. Powiedział, że pojedziemy do Czech.
Dwa dni później dosłownie obudziłam się z myślą „Nie chcę tego zrobić”. Przez dwie noce śniło mi się dziecko. To były jedne z tych „żywych”, wyraźnych snów. Takich, po których człowiek budzi się i nie może uwierzyć, że to nie była rzeczywistość. Wiedziałam, że rodzice mi zawsze pomogą. Wyobrażałam sobie maleńkie, śliczne dziecko podobne do mojego ukochanego. Cały czas myślałam o tym, jaki to cud, że moje geny i geny mojego chłopca zmieszały się i miał powstać z tego nowy człowiek. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam, jak mój K płacze. Wręcz zanosi się płaczem. „Nie możesz mi tego zrobić”, mówił. Płakał, że zostanie przekreślony przez rodzinę. Że będzie musiał rzucić studia i pójść do pracy. Że nie jest gotowy na bycie ojcem. Wreszcie - że się powiesi. Powiesi się, jeśli mu to zrobię.
Bardzo go kochałam i nie chciałam, żeby umarł. Był już po jednej próbie samobójczej (miewał epizody depresyjne) i obawiałam się, że nie rzuca słów na wiatr.
I pojechaliśmy do Czech.

Dziś już nie jesteśmy razem. To wszystko oddaliło nas od siebie. Bardzo żałuję tych dwunastu tygodni ciąży „na darmo”. Codziennie zastanawiam się, jakiej płci byłoby nasze dziecko.

#uu300

Na samym początku powiem wam, że owszem, mam mamę. Ale nie mieszka ze mną i się nie przejmuje moim życiem.

W moim liceum wybiera się rozszerzenia od 2 klasy, czyli po czasie, w którym pozna się metody nauczania większości nauczycieli i będzie się zdecydowanym na wybór fakultetów. Od zawsze lubiłam matematykę, ale lubić a potrafić to dwie różne rzeczy.
Prosto mówiąc, miałam zawsze tróję.

I wtedy pojawiła się ona, babka z matmy. Jest to kobieta tak miła i wyrozumiała jak człowiek, a nie nauczyciel. Tylko że tylko dla mnie i mojej koleżanki. Dla innych jest wredna i nie daje im wysokich ocen. Spędzam z nią czas na przerwie, na lekcjach sobie żartujemy. Jak klasa chce przełożyć kartkówkę, idzie do mnie, jak chce mieć prosty sprawdzian, idzie do mnie. Przy czym nikt nie mówi o tym, że jestem faworyzowana. I tak właśnie zapisałam się na rozszerzenie z matmy, a żeby zaimponować pani profesor, uczę się trzy razy bardziej i dostaję same dobre oceny.

Mam wrażenie, że dostałam jakiegoś syndromu opuszczonego dziecka. "Zakochałam" się w nauczycielce, będąc 100% hetero. Tylko że ta "miłość" wygląda jak relacja matki i córki. Zbieram na jej temat jak najwięcej informacji. Wiem, że jej mąż pracuje za granicą, że ma troje dzieci. Doszło nawet do tego, że gdy widzę jak śmieje się do innego ucznia, robię się zazdrosna.

#uqbY6

Moja dziewczyna uprzedziła mnie SMS-em, że ma dla mnie wielką nowinę. Wróciłem z pracy do domu i zastałem ją całą w skowronkach. Siedziała z uśmiechem od ucha do ucha i głaskała się powoli po brzuchu.
- Zauważyłeś, że ostatnio przytyłam? – spytała, i choć wiedziałem, że to może być podchwytliwe pytanie, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tak.
- Jak myślisz, jaki jest powód tego, że mam taką piękną piłeczkę? – zadała kolejne pytanie i już wiedziałem, że coś się święci. Macała się po tym brzuchu, a ja wyobrażałem sobie opakowanie jej tabletek antykoncepcyjnych. Przed oczami pojawiła się najgorsza wizja – odstawiła i nic mi nie powiedziała.
Już byłem gotowy zaakceptować fakt, że jest w ciąży, kiedy wrzasnęła:
- Człowieku! Po drugiej stronie ulicy otworzyli w zeszłym tygodniu McDonald’s, obudź się! Idziemy żreć!!

Jak to dobrze, że na razie muszę akceptować tylko jej nadwagę.

#TLeHN

Na początku lata, za rogiem sklepu mojego stryjka, zaczęła handlować drobiazgiem z działki pewna starowinka. Stryjek to najprawdziwszy Janusz. Piwny bęben, wąs jak u Stalina i dumne nazywanie się "prezesem", mimo iż jest on właścicielem jedynie małego spożywczaka połączonego z warzywniakiem i kwiaciarenką ciotki. Jego teksty i zachowania czasami mnie przerażają.

Gdzieś w lipcu stryjek poszedł do starowinki i zagadał. Byłam pewna, że przegoni kobiecinę. Ale on kupił od niej trochę warzyw, kwiatki dla ciotki. Po kilku dniach poprosił mnie o pomoc w wypromowaniu się "na Internetach", bo on ma inicjatywę. Umówił się z babcią, że będzie kupował od niej cały towar i sprzedawał go u siebie po tej samej cenie co ona, żeby zarabiała, a nie musiała na starość pół dnia siedzieć pod sklepem w upale. Pani była znana na osiedlu, ludzie kupowali u niej 3/4 tego co miała. Wujek każdego klienta osobiście namawiał, by kupić coś z działeczki pani Jadwigi, towar pierwsza klasa, i opowiadał, jak się z nią umówił. Ludzie brali wszystko, a pani Jadwiga, jak się okazało, mając więcej czasu, zaczęła dziergać szydełkiem jakieś drobiazgi, klecić ozdóbki i to też trafiło do asortymentu. Ja pomogłam nagłośnić akcję.

Wilk był syty i pani Jadwiga cała :) Stryjkowi znacząco wzrosły obroty dzięki reklamie, a pani Jadwiga ma oficjalnie podpisaną umowę na to co produkuje i jej sytuacja finansowa z fatalnej poprawiła się na całkiem dobrą. Stryjek na rodzinnym obiedzie wyznał ostatnio, że zamówił u niej pieczenie ciast na okres świąteczny i wielkanocny, a produkty załatwi jej po swojej zniżce hurtowej i pomoże zarejestrować działalność, jeśli jej obroty przekroczą próg ustawowy.

Nie każdy Janusz jest tak chytry, jak go malują.

#JuqwV

Mój ojciec jest lekarzem, ostatnio miał pewną pacjentkę. Nie napiszę szczegółów, bo po pierwsze to anonimowe, a po drugie nie jestem lekarzem i nawet nie potrafiłam tych szczegółów zapamiętać.

Pacjentka była w ciąży, ale poważny problem stanowiły jej macica i łożysko (przerost i zrośnięcia). Jeśli kobieta z taką przypadłością jest pod stałą obserwacją, to nie ma dla niej szczególnego zagrożenia życia, jedynie komplikacje przy operacji mogą być groźne. Postępowanie wygląda tak, że kobieta nosi w sobie dziecko dopóki może, w odpowiednim momencie wykonuje się cesarskie cięcie, a zaraz po wyjęciu dziecka przeprowadza się operację, która ma na celu naprawienie wyrządzonych w organizmie szkód. Szkody są na tyle poważne, że podczas operacji niezbędna jest krew, inaczej kobieta się wykrwawi.

Jak już się pewnie część z was domyśliła, pacjentka taty była świadkiem Jehowy. Cały personel tłumaczył, że bez krwi na pewno umrze, nawet ją błagali, by jeszcze raz wszystko przemyślała, zwłaszcza że miała już dwójkę dzieci, a trzecie właśnie w drodze. Wiecie co odpowiedziała? "Mam rodzinę, oni się dziećmi zajmą".

Cesarskie cięcie, a potem operację wykonano w 7. miesiącu ciąży. Dziecko ma się dobrze, jak na wcześniaka, pacjentka oczywiście zmarła. Mój ojciec, z racji wybranej specjalizacji, rzadko traci pacjentki. Poronienia i martwe noworodki też są straszne, ale nie aż tak.

A mnie zastanawiają dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce ratuje się samobójców wbrew ich woli, eutanazja jest nielegalna, a odmowy pacjenta co do reanimacji się nie respektuje. Dlaczego więc można odmówić przyjmowania krwi nie tylko dla siebie, ale i dla swoich dzieci? Po drugie, ja naprawdę jestem tolerancyjna i nic nie mam do ludzi odmiennego wyznania, ale jak można wierzyć, że bóg, który wymaga od ciebie poświęcenia zdrowia i życia dla takiej błahostki, jest właściwym bogiem? Tu nie ma mowy, jak w przypadku terrorystów czy katolików, o złej interpretacji. Świadkowie Jehowy mają przecież tylko jedną interpretację. Nie rozumiem tego.

#5dF6s

Mam za sobą dwuletni związek z Seulczykiem, a od jakiegoś czau jest on na odległość. Wszystko było w porządku aż do momentu, kiedy nagle przestał czytać wiadomości, a nasze plany stanęły pod znakiem zapytania.
Po dwóch miesiącach w końcu dostałam znak życia.
Na jego tablicy opublikowane nowe zdjęcie z ukochaną osobą.

Nawet nie wiecie jakim poczułam się przegrywem, że facet po związku ze mną postanowił zostać gejem.
Dodaj anonimowe wyznanie