#bBWsX

Bawiłam się z moją córką domkiem dla lalek. Udawałyśmy, że to nasz dom. Zuzia urządziła swój pokój i umieściła w nim siebie i psa. Potem zabrała się za salon i posadziła w nim mnie przed telewizorem. Na koniec wzięła autko i wsadziła do niego „tatę” oraz dodatkową lalkę. Spytałam kto to, a córeczka odparła, że „przyjaciółka taty”. Po czym ułożyła dwie lalki na sobie na tylnym siedzeniu i ruszała ich głowami na kształt pocałunku.
Chyba w gorszy sposób nie mogłam się dowiedzieć. Czas pobawić się w laleczkę voodoo.

#kV5v4

Środek nocy. Powoli zasypiałam, kiedy nagle zauważyłam na ścianie pająka. Konkretnie kątnika. Byłam zmęczona i nie chciało mi się szukać słoika, więc postanowiłam go zostawić w spokoju, w końcu nikomu tam nie wadzi.

Mój kot był chyba innego zdania. Przebiegł po mnie i wskoczył za meble. Byłam zbyt zaspana, żeby od razu skojarzyć fakty, więc zajrzałam za łóżko, żeby sprawdzić co się stało. Zastałam kota zjadającego pająka. Cóż, zdarza się, ale to nie wszystko. Na ścianie kilka centymetrów od kota siedział drugi kątnik, prawie dwa razy większy od poprzedniego. Nie chciałam, żeby podzielił los poprzednika, więc szturchnęłam go, żeby się schował. Może i intencje miałam dobre, ale nie przewidziałam tego, że pobiegnie w drugą stronę, prosto na kota. Zostały z niego same nogi. Kot vs pająki - 2:0.

Przez całą tą sytuację było mi strasznie przykro, w końcu gdybym nie ruszała tego pająka to pewnie nic by mu się nie stało. Przez kolejną godzinę nie mogłam zasnąć przez wyrzuty sumienia. Chyba coś jest ze mną nie tak. :p

#XmfZg

Moich rodziców łączyła miłość, jaką rzadko można spotkać. Przez całe dzieciństwo miałam wrażenie, że wraz z dwójką młodszego rodzeństwa jesteśmy tylko dodatkiem do ich wspaniałego życia. Owszem, kochali nas, ale przede wszystkim kochali siebie, a mimo upływu lat ich miłość stawała się coraz większa i silniejsza. Na widok taty w mamy oczach zapalały się małe ogniki, a głos taty miękł i łagodniał, kiedy się do niej zwracał. Zawsze żyliśmy na dość dobrym poziomie; tata był żołnierzem - pilotem śmigłowca, mama lekarzem. Uczyli nas miłości do nauki i chęci nieustannego kształcenia się. Tata raz po raz wyjeżdżał na misję, bo jak mówił "prawdziwy żołnierz musi zaznać walki".

Któregoś dnia, pod koniec jednej z misji taty, zadzwonił telefon. Śmigłowiec taty został zastrzelony i nikt nie przeżył. Kiedy przypomnę sobie krzyk mamy i jej okropny płacz, to mimo upływu lat pęka mi serce. Mama zamknęła się w sypialni i nie wychodziła stamtąd przez prawie dwa dni, a kiedy wyszła, zupełnie nie przypominała siebie, była starsza o minimum dziesięć lat. Późniejszych dni, pogrzebu prawie nie pamiętam, jedynie to, że zajmowałam się moim rodzeństwem, a mama całe dnie spędzała w sypialni. Aż któregoś dnia coś się zmieniło. Mama znów zaczęła przygotowywać nam obiady, odrabiać z młodymi lekcję, wróciła do pracy.

Żyliśmy sobie tak we czwórkę, potem ja wyprowadziłam się na studia. Po dwóch latach mój młodszy brat, a z mamą została nasza siostra, która kończyła ostatnią klasę liceum. Wydawało się, że mama w końcu pogodziła się ze śmiercią taty, chociaż nadal przy jego wspomnieniu w jej oczach pojawiały się łzy. Po cichu mieliśmy nadzieję, że może kogoś sobie znajdzie, żeby nie spędzić starości w samotności, w końcu była bardzo atrakcyjna i mądra.

Przyjechaliśmy na zakończenie roku naszej siostry, potem w domu było małe przyjęcie. Mama wyglądała na taką dumną, ale i spokojną, uśmiechała się do siebie pod nosem, a jej oczy lekko błyszczały. Następnego dnia zabraliśmy z bratem siostrę na małą wycieczkę. Gdy wróciliśmy, mama leżała w sypialni przytulona do swetra taty z jego zdjęciem w ręce. I nie żyła od kilku godzin. Na stoliku znaleźliśmy list, w którym przeprasza nas za to, ale nie potrafi żyć bez taty.

Minęło kilka miesięcy od jej i uświadomiłam sobie, że mama tak naprawdę umarła ponad osiem lat temu, w dniu w którym dowiedzieliśmy się, że nasz tata nie żyje. Nie potrafię jej mieć tego za złe, bo wiem, że kochała nas na tyle, żeby nas wychować i pomóc nam rozpocząć własne życie, ale jej miłość do taty przewyższała wszystko inne i to dlatego tamtego dnia była tak spokojna i szczęśliwa, że w końcu, po tylu latach męki będzie mogła być z nim razem.

#7P8oA

Złoty łańcuszek z wisiorkiem w kształcie serca. Właśnie taki sobie kupiłem i noszę. Mimo że jest typowo kobiecy, ale mnie to nie obchodzi.

To było ponad 30 lat temu. Byłem malutki, ledwo 4-letni. Leżałem u mamy na kolanach, ona czytała mi bajkę, głaskała mnie po głowie, a ja zasypiając, bawiłem się jej serduszkowym wisiorkiem. Zawsze tak robiłem, uwielbiałem te chwile przed spaniem. To był ostatni raz, jak ją widziałem. Wyszła do pracy na nocną zmianę i już nie wróciła. Zaginęła, do pracy nie dotarła. Tata szukał jej długie lata. Ja też szukałem. Pamiętam, jak rysowałem jej portrety i przyklejałem do drzew.

Często chodzę na jej grób, tylko jej tam nie ma. To tylko symbol. Tak bardzo bym chciał się czegoś dowiedzieć. Nie wierzę w to, że żyje. Ale chciałbym wiedzieć, czy nie cierpiała. Po nocach czasem śnią mi się najgorsze scenariusze.

Ostatnio przez przypadek zobaczyłem w lombardzie taki sam łańcuszek z wisiorkiem, jaki miała mama. Pewnie to nie ten sam, ale dzięki temu, że go mam, czuję, że ona jest blisko mnie, że znów mam 4 lata i bezpiecznie leżę i słucham, jak swoim ciepłym głosem opowiada mi bajkę.

#j9L0p

Gdy byłem mały, pewnego razu, gdy się kąpałem, wymyśliłem "płaszczkę". Polegała na tym, że rozciągałem swoją mosznę tak, że była prawie płaska i miała całkiem dużą powierzchnię jak na tamten wiek. Od razu skojarzyło mi się to z tym czymś co pływa w wodzie. Pokazałem to nawet rodzicom, byli pod wrażeniem.

Do dziś, gdy widzę płaszczkę lub słyszę "płaszczka" mam niesmak. Co gorsze, ojciec to pamięta i nie raz przypominał mi to, np. gdy byliśmy w zoo.

#UN1bP

Przeczytałem tu wyznanie żony (jakiejś żony, nie mojej) o tym, że jej mąż wraz z brat i kolegami poszli na kawalerskie do klubu go-go. Wyznanie to dźgnęło w mnie w mózg i przypomniałem sobie moją przygodę z klubem go-go i wieczorem kawalerskim.

Kumpel się żenił, więc w ramach kawalerskiego łaziliśmy całą paczką od pubu do pubu, aż w pewnym momencie ktoś zaproponował, żebyśmy wpadli na chwilę do klubu go-go. Protestów nie było, więc “ahoj przygodo” - wyruszyliśmy w drogę. W trakcie spacerku kolega Rafcio głosem totalnego znawcy i mentora á la stary chiński mistrz Kung Fu z klasztoru ShaoLin zaczął nam udzielać dobrych porad, jak należy się zachowywać w takim klubie in a co uważać.

„Musicie być ostrożni z tymi dziewczynami – one przyjdą do was, dosiądą się, zaczną opowiadać jakieś ckliwe historie o tym, że są biedne, zbierają na studia, pomagają rodzinie, i takie tam. Będą kłamały w żywe oczy, a wszystko po to, żeby was zmiękczyć, żebyście je zabrali na prywatny taniec i dali im kasę. Poza tym, uważajcie też z drinkami, bo są cholernie drogie i wydacie na nie całą miesięczną wypłatę jak nie będziecie się pilnować”.
Lekko zdziwieni, skąd u Rafcia takie mądrości życiowe, bo nie podejrzewaliśmy go o uczęszczanie do takich przybytków, ale jak wiadomo – cicha woda...

Dotarliśmy do klubu, weszliśmy, zrobiliśmy zrzutę na prywatne tańce dla przyszłego pana młodego, a sami zostaliśmy na głównej sali. Panny przychodziły, przymilały się, ale generalnie w chwili, gdy się orientowały, że my tylko w charakterze osób towarzyszących panu młodemu generalnie nie jesteśmy zbytnio zainteresowani tym co miały do zaoferowania (a niektóre miały bardzo “dużo” do zaoferowania), dawały nam spokój i szukały bardziej dochodowych klientów. Kolega “przyszły małżonek” wyszedł w końcu z VIP Room i zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. I nagle nas oświeciło. Gdzie jest Rafcio? Rozglądamy się – Rafcia nie ma. Może do kibla poszedł? Sprawdziliśmy - nie ma. No trudno, wychodzimy – może wyszedł wcześniej i czeka na dole. I w tym momencie Rafcio wychodzi z VIP Room z jakąś lancpudrą pod rękę. Jeszcze chwilkę z nią coś tam podagał, podszedł do baru, kupił jej drinka i idzie do nas z bananem na paszczy.

Wyszliśmy przed klub i pytamy Rafcia “Gdzieś ty polazł?” A co Rafcio na to? “No wiecie, usiadła koło mnie ta dziewczyna. Bardzo miła. Opowiedziała mi, że przyjechała z Bułgarii, że jej rodzina jest biedna, że zarobione tu pieniądze wysyła mamie i siostrze w Bułgarii, a resztę odkłada na studia. No kurczę, taka miła dziewczyna, a ma taką trudną sytuację... Więc zabrałem ją na prywatny taniec i dałem jej nawet trochę więcej kasy, żeby mogła mamie wysłać”.

Naszego synchronicznego facepalma było słychać chyba w całym mieście.
Jak mówią Eskimosi: You should practice what you preach...

#cJeNd

Jestem chłopakiem i uwielbiam kupować ubrania. Nie nabywam jednak masowo garniturów ani nie gonię za "chorą" modą. Natomiast sporą część pieniędzy, która zostaje mi po opłaceniu czesnego (studiuję zaocznie) i innych niezbędnych wydatków, przeznaczam na zakup odzieży technicznej i outdoorowej. Ogromną satysfakcję daje mi możliwość dobierania ubrania odpowiedniego do warunków pogodowych.

Odkąd sięgam pamięcią zawsze uwielbiałem przebywać aktywnie na świeżym powietrzu, a szczególną frajdę sprawiała mi walka z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. Nie zliczę, ile razy dostałem zjeby za bieganie w ulewnym deszczu i wracanie w przemoczonych butach. Potem przez wiele lat ograniczałem się jednak do wieczornych spacerów z kolegami. Jednakże kilka lat temu zacząłem tęsknić za tym wspaniałym uczuciem, które zawsze towarzyszyło mi podczas tych moich zmagań z Matką Naturą. Poczekałem na następną ulewę i ahoj przygodo, wyruszyłem na ok. 20 km spacer po polach. Skutki? Buty zabłocone i przemoknięte do tego stopnia, że nadawały się jedynie do wyrzucenia, spodnie przemoczone, ja cały zapocony, bo podróżowałem pod plastikowym płaszczem przeciwdeszczowym. Pomimo że byłem zadowolony z tego, że udało mi się wrócić do robienia tego, co sprawia mi radość, stwierdziłem, że warto by było się jednak na takie eskapady odpowiednio przygotować. I tak się zaczęło... :D

Obecnie posiadam wiele elementów odzieży technicznej i outdoorowej i kiedy wchodzę do garderoby by ubrać się na kolejny wypad na łono natury, czuję się jak Tony Stark z tej starej kreskówki, który przed każdą misją dobierał odpowiednią zbroję. Uwielbiam również te zakupione "zbroje" testować. Kiedy kupię jakieś ubranie, nie mogę się doczekać, by je założyć i sprawdzić, czy to co producenci obiecywali w opisie produktu ma przełożenie na rzeczywistość. Staram się przy tym, by test był jak najbardziej hardcorowy, oczywiście przy zachowaniu adekwatności do typu testowanego ubioru. Z radością oddaję się również pakowaniu się na wszelkie wyprawy, nawet te jednodniowe, to planowanie, przygotowywanie się na wszelkie możliwe warunki pogodowe i noclegowe, przy jednoczesnym pilnowaniu możliwie najniższej wagi plecaka... Ech, uwielbiam to :)


PS Jeżeli są tu osoby, które lubią aktywnie spędzać czas, dajcie znać, może wyskoczymy kiedyś razem na jakąś wyprawę ;-). Szczególnie zachęcam niewiasty, bo marzę, by móc dzielić się pasją z drugą połówką :-P.

NOBODY expects the Spanish dating offer.
Dodaj anonimowe wyznanie