#jAB5J
...poznałam rodzinę męża. U niego rodzice pracowali wprawdzie oboje, ale żadne z nich nie było fachowcem, jak mój ojciec, więc ich pensje w połączeniu dawały mniej więcej tyle samo, co zarobki mojego taty. Sytuacja niemal identyczna – tyle samo dzieci w podobnych latach, „zakładowe” mieszkanie, próba usamodzielnienia się i wyjścia „na swoje”. Różnice są jednak kolosalne. Teściowie zawsze mieli odłożone pieniądze. Niewiele, ale po trochę zbierali, odkładali, ile się tylko dało. Postawili swój dom – zajęło im to lata, bo brakowało funduszy, ale ostatecznie się udało. Teraz kiedy zbliża się czas emerytury, kontrast jest jeszcze wyraźniejszy – oni zadbani, spokojni o przyszłość, pogodnie nastawieni, z kolei moi rodzice nadal wiecznie od wypłaty do wypłaty, chociaż zarobki znacząco poszły w górę, a dzieci dawno zeszły z utrzymania. Kiedy mój mąż dostał „na usamodzielnienie się” od rodziców sporą ilość gotówki, którą odkładali dla niego przez lata, ja nadal po cichu dokładam rodzicom do rachunków z mojej pensji, kupuję rzeczy i sprzęty do domu, pożyczam na wieczne nieoddanie, kiedy potrzeba.
Szanuję i kocham moich rodziców, ale nie rozumiem, gdzie uciekły te wszystkie pieniądze, kiedy inni ludzie w praktycznie identycznej sytuacji wyszli na swoje. Żadne z nich nie ma ukrytego nałogu, nie wtopili z żadnym kredytem w obcej walucie, nie spłacali długów rodziny, ojciec nie ma na boku drugiej rodziny. Mimo to nie mają na starość żadnych oszczędności ani żadnego majątku, co cholernie mnie smuci. Nie wiem – może to niekonsekwencja w wydatkach? Może brak kontroli? Nie rozumiem tego.
Wiele osób po prostu nie potrafi zarządzać pieniędzmi. Widzę to po rozmowach z osobami z pracy, które zarabiają powyżej okolic średniej krajowej, bez chorób, bez dzieci, a i tak ciągle narzekają, że nie mają pieniędzy albo cieszą się, że wreszcie przyjdzie pensja, bo nic nie mają na koncie. I każdy może wydawać i kupować, co tylko mu się żywnie podoba. Ale moim zdaniem opowiadanie, jak to się mało zarabia, kłóci się z wyjściami co chwilę do restauracji, przynoszeniem zawsze gotowych drogich dań, ciągłym kupowaniem niepotrzebnych pierdół, paleniem itd.. Dla mnie na przykład podwyżka zmienia tyle, że więcej pieniędzy inwestuję lub odkładam, nie trzeba od razu na siłę podwyższać standardu życia albo więcej wydawać. Myślę, że w szkole powinno się uczyć planowania budżetu, więcej mówić o samodzielnym zabezpieczeniu emerytury, bo na nią nie mamy co liczyć.
Dla mnie opcje są 2: albo nie wiesz o jakimś problemie, który zżera im masę pieniędzy albo Twój ojciec mimo bycia fachowcem nie był tak dobrze zarabiający jak ci się wydaje. Gdyby źle zarządzali pieniędzmi to widziałabyś np. drogie perfumy, czy wyjścia do restauracji.
Niekoniecznie. Są ludzie, którzy po prostu nie potrafią zarządzać pieniędzmi, ale robią to tak umiejętnie, że nie widać. Nie muszą wydawać na drugie perfumy czy restauracje. To często kiepskiej jakości zakupy, np najtańsze buty dla dzieci - więc co chwilę trzeba kupować nowe. Wysokie rachunki za prąd czy wodę - bo brak umiejętności oszczędzania. Odsetki od pożyczki - bo zepsuła się pralka i trzeba było szybko kupić nową. To również zakupy okazjonalne - super garnki na raty - bo dostali budzik na spotkaniu sprzedażowym i czuli się zobowiązani kupić, a nie wiedzieli jak się z tego wplątać. Ludzie nie są racjonalni, a im mniej mają pieniędzy tym trudniej im być.