#x47gr

W liceum przez rok wychowania fizycznego uczył nas prawdziwy buc - nazwijmy go pan Łysolec.
Facet okropny pod względem podejścia do lekcji i oceniania - normalnie, kiedy ktoś się nie czuje na siłach wykonać jakiegoś ćwiczenia, czy to w zwykłej rozgrzewce, czy potem przy większych zadaniach, to ma pełne prawo po prostu nie wykonywać tego zadania. Mówię tu np. o ćwiczeniach mocno "rozciągających" okolice miednicy w czasie miesiączki u dziewczyn czy jakichś wyskokach przy nadwyrężeniu kostki. Tymczasem u pana Łysolca za odmowę wykonania absolutnie każdej pierdoły dostawało się jedynkę/brak pracy na lekcji/ minusa. Kabaret.
Pan Łysolec nie pozwalał również pod żadnym względem wyjść do ubikacji na lekcji. Bo przerwa od tego była, a teraz mamy siedzieć na lekcji i już (u nas była ta trudność, że na salę szłyśmy z klasy na drugim końcu szkoły, a kolejki do toalety były masakryczne i ewentualne ustanie w niej kończyło się 5-minutowym spóźnieniem na lekcję - również nieakceptowalnym, mimo solidnego wyjaśnienia).

Oprócz tego pan Łysolec miał tabelki oceniania wszelkich sprawdzianów prawdziwie z kosmosu, gdzie czas biegu na czwórkę był wyższy niż u drugiego nauczyciela na szóstkę.
Wielokrotne bunty, skargi, wyprawy rodziców do dyrekcji i samego Łysolca dały wielkie zero, więc jako klasa samych dziewczyn byłyśmy mocno zdruzgotane. Ale nie byłoby wyznania, gdyby coś nie zmieniło tej sytuacji.

Dwie godziny wf-u pod rząd, miałam okres. Oczywiście nie zdążyłam na przerwie do toalety, więc zaryzykowałam i od 20 minuty lekcji wręcz błagałam Łysolca o pozwolenie na wyjście do tej cholernej ubikacji. Po 3 odmowach powiedziałam mu wprost, że muszę zmienić podpaskę, inaczej zaraz będzie tu plama krwi.
A Łysolec spokojnie odparł, że to mój problem.
Owszem, mogłam wtedy mieć wywalone i wyjść mimo to, jednak wpadłam na pomysł, który okazał się przełomem.

Nie poszłam do toalety. Zaczęłam za to ćwiczyć intensywnej, wyginałam cały dół w najdziwniejsze pozy. Efekt był taki jak oczekiwałam - całe szare legginsy pokryły się plamą, na czym nie przystopowałam i ostatecznie czerwone ślady pokryły kawałek posadzki.
Łysolec jak zobaczył co się stało, baaardzo się zmieszał i łaskawie pozwolił mi wyjść do toalety oraz po jakąś ścierkę.

Niee, oczywiście na tym się nie skończyło! Dzięki temu tego samego dnia do szkoły wparowały wściekłe i obrzydzone mamy z moją na czele, robiąc największe piekło jakie mogły Łysolcowi i dyrekcji.

Po wszystkim nauczyciel finalnie został zmieniony (w szkole pozostał, ale słysząc wieści z innych klas, całkiem zmienił również podejście i stał się potulny jak baranek).

Owszem, mogłam użyć zwolnienia na Librusie, jednak zwyczajnie lubię ćwiczyć, czemu więc miałabym tego nie robić :)
pyzabezmiesa Odpowiedz

Odbiegając ciut od tematu, nie potrafię zrozumieć nagonki na to, że "od sikania jest przerwa". Jeszcze z podstawówki pamiętam, że gdy ktoś chciał wyjść do toalety na lekcji, w większości przypadków musiał przedstawić nauczycielowi lekarskie oświadczenie, że ma problemy z pęcherzem. Wiadomo, że zawsze się znajdzie cwaniaczek, który wycieczki do kibla będzie traktował jako wymówkę, ale ludzie, trochę wyrozumiałości. Sama nie mam problemów z pęcherzem, ale zwyczajnie często muszę go opróżniać - jedna herbata, trzy spacery do toalety w przeciągu najbliższych 30 minut. Ani to moja wina, ani niczyja. Uważam, że niepozwalanie dzieciakom w szkole na załatwianie spraw fizjologicznych w ciągu lekcji to ogromna głupota.

Kończąc dygresję, piękne zagranie! :)

KryzysTworczy

Ooo, przyłączam się do Twojego głosu w dygresji.
W liceum miałam w klasie dziewczynę, która faktycznie miała jakiś problem z układem moczowym (nie znam szczegółów, ale nie było jej ponad tydzień bo miała jakąś operację) i chodziła do toalety praktycznie na każdej lekcji. Części nauczycieli to się nie podobało i nie chcieli jej wypuszczać albo komentowali to w jakiś nieprzychylny sposób. Aż szkoda mi było tej dziewczyny, bo musiała się czuć naprawdę upokorzona, jak nauczyciel na forum klasy śmieszkował sobie z jej chorego pęcherza/nerek/czegokolwiek...

BabciaLudmira

@KryzysTworczy ja chyba będąc w takiej klasie zaczęła bym tarzać się ze śmiechu w nienaturalny sposób, krzyczeć jak to żart się nauczycielowi udał i mówić, że to przecież takie śmieszne, że ona ma chory pęcherz, dawno takiego żartu nie słyszałam, no XD. Mam nadzieję, że podziałałoby.

jaszczurka1234

Nauczyciele nie chcą puszczać uczniów do łazienki w czasie lekcji, ponieważ są za uczniów odpowiedzialni. W przypadku kiedy osoba w tej toalecie by zasłabła i coś sobie zrobila to nauczyciel ponosi za to odpowiedzialność. Moja nauczycielka kiedyś opowiadała, że po jej uczennice w czasie lekcji przyszedł rodzic. Po wyjściu ze szkoły mieli wypadek samochodowy i pomimo, że uczennica była z rodzicem to tej nauczycielce groziła kara, bo dziewczyna była pod jej opieką (nie było pisemnego dowodu, że rodzić po nią przyszedł). Także ja rozumiem czemu nauczyciele tak robią, przykre to, ale strach przed odpowiedzialnością jest duży.

Serwatka31

Ja jeszcze zwróciłam uwagę, że podobne zachowanie dotyczy telefonów, gdzie już nie ma wymówki(/powodu) o odpowiedzialności.

Walkę z bawieniem się telefonem na lekcji rozumiem jaknajbardziej, ale mi chodzi o przypieprzanie się, gdy ktoś zapomni wyciszyć telefonu i zadzwoni na lekcji.
Potrafią wtedy zabierać telefony, generalnie reagować ostrzej niż gdy ktoś się naprawdę bawi zamiast słuchać, i to jest strasznie mocny przykład podejścia "Porządek musi być, a skoro jesteś dzieckiem to nie będę mieć ŻADNEJ wyrozumiałości".

LetItDie

@Serwatka31, w szkole mojego brata jest definitywny zakaz używania telefonów. Dzieciakom nie wolno ich wyciągnąć nawet na przerwie, jakkolwiek ich używać, bo od razu dyżurujący nauczyciel wyrasta im nad głową i opieprza od góry do dołu. Nawet jak smsują z kimś z rodziny np. o godzinie powrotu do domu. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że to gimnazjum to siedlisko patologii z kilku okolicznych wsi; uczniowie palą elektryki na lekcji, zwykłe papierosy w toaletach, a wszyscy przymykają na to oko i ten cały cyrk trwa w najlepsze.

jaszczurka1234

@Serwatka mi się wydaje że takie zabieranie telefonów ma na celu zniechęcenie innych uczniów do celowego dzwonienia do siebie nawzajem i przeszkadzania w lekcji. Oczywiście zabieranie powinno być poprzedzone słowna uwaga, ale jeśli to nie działa to co taki nauczyciel ma zrobić? Zresztą jeżeli nauczyciel zaraz po lekcji telefon oddaje to nie widzę w tym nic strasznego, w końcu i tak na lekcji nie wolno z telefonów korzystać. A jeżeli uczeń czeka na ważny telefon/SMS może podejsc do nauczyciela przed lekcja i mu o tym powiedzieć.

Kofuku

Co do telefonów - my nawet nie możemy ich mieć w szkole. Żeby móc nosić go ze sobą potrzebna jest uzasadniona, pisemna zgoda zaniesiona dyrektorowi osobiście przez rodzica, a nawet wtedy telefon ma być wyłączony (nie wystarczy wyciszyć) i wolno go włączyć dopiero poza terenem szkoły. Często nas straszą, że przeszukają nam szafki i plecaki żeby zobaczyć kto tego nie przestrzega. Najlepsze jest to, że przeszkadzają im telefony, jak znajdą u kogoś to zabierają i musi rodzic odbierać u dyrekcji, ale na chmurę dymu z męskiej łazienki na każdej przerwie reagują tylko "idźcie już stąd". I to nie jest patologia, moje gimnazjum od dobrych nastu lat, mimo że jest w niewielkiej wsi, to jedno z najlepszych w powiecie, a może i w województwie, najlepsze wyniki z egzaminu, nauczyciele niby tacy wykształceni, z podejściem do młodzieży...

KochamGenetyke

Ja jestem z tych co do toalety muszą chodzić pilnie na każdej przerwie(chyba przez stres). Z kolei w gimnazjum tak strasznie wstydziłam się przejść przez ten korytarz do łazienki że wychodziłam tylko na lekcjach

Indor

Tu przytoczę słowa jednej z moich prowadzących zajęcia na studia "bardzo nie lubię gdy ktoś się pyta o to czy może iść do toalety. Jesteście przecież dorośli i jeśli musicie tam iść to po prostu idźcie, bo pytanie kogoś o to czy można wyjść do toalety jest przynajmniej uwłaczające"

izka8520

@Indor dokładnie tego uczą na pedagogice. Jak można decydować o czynnościach fizjologicznych dziecka, to jest dla niego upokorzenie

Zobacz więcej odpowiedzi (2)
Luna2 Odpowiedz

Szanuję za taki sposób. Czasami na takich to trzeba kreatywnie :)

Niob Odpowiedz

Te wyniki z tabelki mnie rozwaliły jak o nich usłyszałem pierwszy raz. Całą podstawówkę i gimnazjum była narracja "Liczą się chęci. Nie każdy może być mistrzem we wszystkim. Mniej niż 4 żaden z was nie dostanie. No chyba, że będzie celowo unikał ćwiczeń."
Idę sobie do szkoły średniej, a tam koleś wyciąga jakieś tabelki, swoje obliczenia i twierdzi, że musisz w tym wieku przebiec taki dystans w określonym czasie, skoczyć w dal ileś metrów, piłką żonglować jakoś tak, a na siłowni podnieść ileś kilogramów. Pod koniec pierwszej klasy ochota na wychowanie fizycznie przeszła mi całkowicie.

AmziToIzma

Ja tak miałam w każdej szkole... Na początku gdadka o chęci ćwiczeń, a ostatecznie sprawdziany polegały na tym, w jakim czasie trzeba brzebiec jakiś systans, by dostać "odpowiednią" ocenę, ile razy rzeba trafić do kosza, aby dostać "odpowiednią" ocenę itd... W takim wypadku osoby, które nie były zbyt wysportowane/rozciągnięte, ale ćwiczyły regularnie i dawały z siebie wszystko, na koniec semestru kończyły z trójką lub naciąganą czwórką, a osoby, które olewały wf i nie ćwiczyły prawie wcale, na koniec mifaly 5/6, bo po prostu były szybsze lub poszczęściło im się w trafieniu do kosza... Potem było zdziwienie, że co najmniej połowa klasy nie chciała już ćwiczyć.
Do tego przez większość czasu siatkówka lub koszykówka. Nauczyciel rzucił piłkę i "grajcie".

zxzxzx

Miałam ten problem w liceum. Niby kryteria oceniania ładnie mówiły o zaangażowaniu, o postępach czynionych przez ucznia, co uwzględnia indywidualne możliwości, a w praktyce była tabelka. I choćbym się zesrała z wysiłku nie byłam w stanie znaleźć się w tej tabelce w zakresie dwói. Wuefista był "łaskawy" i mi to 2 wstawiał. W końcu się wkurzyłam i pobiegłam truchcikiem sprawdzian na 100 m. Jak dobiegłam, zapytałam po co mam się starać, skoro nieważne co robię i tak dostaję dwa. Tym razem dostałam 1. Uznał, że wszystko jest w porządku, że ja wypluwając płuca dostaję 2, a kto inny nawet się nie spoci i dostaje 5. Nie dostałam też żadnych porad jak poprawić kondycję. Na zebraniu rodzice dostali informację, że odmówiłam wzięcia udziału w sprawdzianie.

dylanula

Rozumiem frustrację „na system”, ale czemu wkurza Cię to, że osoba, która „nawet się nie spociła” dostała 5? To znaczy, że ma dobrą kondycję i prawdopodobnie gdzieś trenuje. To zasługuje jak najbardziej na lepszą ocenę, dlaczego niby nie? Ocenianie na wfie jest bardzo niesprawiedliwe i chyba nigdy takie nie będzie. Bo z jednej strony predyspozycje, chęci itp. (co rozumiem), a z drugiej strony - dlaczego oceny ucznia słabo sprawnego fizycznie i wybijającego się mają być takie same? Mnie np. wuefistka chciała obniżyć ocenę z wfu, ponieważ kilka razy nie było mnie na zajęciach (byłam wtedy na zawodach, nawiasem mówiąc) i raz zgłosiłam np, zapomniałam stroju, zdarza się - co z tego, że mam wszystko pozaliczane na piątki i szóstki.

zxzxzx

Dlatego, że w krtyeriach oceniania kluczowe było zaangażowanie. Poza tym lekcje wfu jeśli mają oceniać stopień wytrenowanoa powinny uczyć trenowania. Nie miałam przez 18 lat edukacji z tego przedmiotu (wliczając i przedszkole i studia) ani jednej lekcji o tym jak ma wyglądać trening, co to jest plan treningowy i jak go układać, co to jest i po co jest dziennik treningowy, jak się odżywiać, ile pić, jak unikać kontuzji, a jak się zdarzą - jak wracać do formy. No po prostu było to bieganie w kółko albo bieganie za piłką i co jakiś czas sprawdzian i oczekiwania wyników. Jakby na matematyce grać w brydża przez miesiąc, a potem zrobić sprawdzian z rachunku prawdopodobieństwa, to by było oburzenie, ale jak się to samo robi na wfie, to wszystko gra. Jak oczekują efektów, to niech uczą.

ciasteczkowaa12

Mnie to doprowadza do szału. U nas już od podstawówki na sprawdzenie trzeba było pasować do normy żeby dostać dobrą ocenę. Zupełnie nie jest brany pod uwagę fakt że każdy ma inną sprawność fizyczną i ta norma o niczym nie świadczy. Mieliśmy w klasie bardzo niziutką dziewczynę, która nie radziła sobie na sprawdzianach z siatkówki przez swój wzrost, ale co z tego, skoro według normy powinna umieć zrobić zagrywkę z takiej odległości jak wszyscy :')

Lelcia

Ja na przykład na wf w podstawówce pisałam sprawdziany z wymiarów boisk. Nie wiem po kiego czorta nam to było, no ale nauczycielka wymagała...

PinkiPig Odpowiedz

Jeszcze sam powinien to ścierać.

167cmUroku Odpowiedz

Tylko legginsów szkoda na takiego chama.
Co do sikania to u mnie dopiero w liceum nikt nie robił problemów z robieniem tego na lekcji. W podstawówce wiele razy miałam problem czy biec i zesikać się z bólu (bieganie z bardzo pełnym pęcherzem boli) czy iść wolno ryzykując, że nie nie zdążę

pozbawiony Odpowiedz

"gdzie czas biegu na czwórkę był wyższy niż u drugiego nauczyciela na szóstkę."

a to nie o to chodzi, by czas był NIŻSZY?

Serwatka31

Faktycznie.
Czas powinien być NIŻSZY,
To oznacza WYŻSZE wymagania.
Pewnie stąd wynikał błąd.

charade

Czas powinien być krótszy, nie żaden niższy...

DarkSusan

Chyba że chodzi o zaliczenie czasowe typu 5 min biegu 3 10 min 4 itd

julkaxd

@charade ale to akurat błąd autorki

charade

Ale jak już się kogoś poprawia to nie tylko do połowy

Ambra Odpowiedz

Mnie osobiście z racji płci problemy tego typu nie dotyczą :) ale nie wyobrażam sobie żeby np w sytuacji analogicznej, (ostre zawirowania w żołądku) czekać aż jakiś gość / babka mi pozwoli wyjść. Są jakieś granice między szacunkiem do nauczyciela a tym do siebie. Niby liceum, a podejście jak w podstawówce gdzie to pani nakrzyczy i świat się zawali.
U mnie w technikum, jaka ktoś miał potrzebę to wychodził, podobnie jak teraz na studiach, gidze to prowadzący zwracają się do nas per pan per pani i dziwią się gdy ktoś pyta czy może wyjść.

mortycja Odpowiedz

Brzmi dziwnie znajomo... Łysy, niski, uczył równoległą klasę samych dziewczyn i nagle przestał. Czyżby "czerwony ogólniak"?

hellno Odpowiedz

Przeczuwałam takie zakończenie, well done!

Cma Odpowiedz

O jak szanuję

Zobacz więcej komentarzy (7)
Dodaj anonimowe wyznanie