#cHG6T

Mój chłopak ostatnio się popisał. Wstał w zeszłą sobotę wcześniej i udał się do kuchni, by przygotować mi „śniadanie do łóżka”. Po chwili usłyszałam jak woła: „Kochanie, czy masz ochotę na jajka na twardo?”. Szybko odkrzyknęłam mu, że tak, nie chciałam grymasić, podczas gdy mój luby raz na rok zebrał się do przygotowania posiłku.
Minutę później stanął przede mną zupełnie nago, i z bananem na twarzy życzył mi „smacznego”.

Nie, prawdziwego śniadania nie dostałam, musiałam nasycić się tym błyskotliwym dowcipem.

#Mnqtg

Miałem przyjaciółkę.
Kobieta cudowna. Młoda, ambitna, towarzyska i kochali ją wszyscy. Ja również - na swój własny, przyjacielski sposób, choć z czasem mi się wydaje, że tak zwyczajnie byłem w niej zakochany.

Aneta pomagała wszystkim, nieważne czy był to bezdomny na ulicy (nigdy nie odmawiała jedzenia czy innej pomocy), biedne pieski czy wspieranie zbiórek charytatywnych. Pomagała babciom na ulicy, pracowała z osobami niepełnosprawnymi (bardziej hobbystycznie i w ramach wolontariatu, bo pracę na pełen etat miała w innej branży), miała piękny głos, więc zdarzało jej się organizować niewielkie, prywatne koncerty dla dzieci z Domów Dziecka.

Kochała zwierzęta, ludzi i kochała życie. Zawsze pełna energii i radosna, nigdy nie narzekała. Jej życie nie zaczęło się łatwo, bo pochodziła z rozbitej i nie do końca "normalnej" rodziny (lekka patologia), ale dawała radę, brnąc przez życie z uśmiechem.
Wszędzie było jej pełno, przyjaciół zdobywała w każdym miejscu, które odwiedzała, a my sami poznaliśmy się w zwykłej kolejce do spożywczaka.
Anioł-kobieta, której nikt nigdy nie widział przygnębionej.
Uśmiechała się nawet na własnym pogrzebie.

Aneta odeszła dokładnie dwa lata temu, w piękny, marcowy poranek. Przez wiele lat zmagała się z ciężką depresją, o której zupełnie nikt nie miał pojęcia. Zawsze uśmiechnięta, kochająca życie i wspominająca, że nie rozumie samobójców.
Odebrała sobie życie, zażywając lekki i popijając je alkoholem. Cicho, bez znaku, w swojej wynajmowanej kawalerce, coby nie sprawiać nikomu kłopotu.

Nie ma wielkiego morału. Chciałbym napisać, żebyście uważali, ponieważ nawet najbardziej niesamowite i optymistyczne osoby mogą skrywać w sobie nieograniczony smutek, ale to byłoby zbyt banalne.
Mam nadzieję, że teraz już nie cierpi.

#z9DjR

Miałam dobrą koleżankę, bardzo wierzącą. Bóg zawsze był u niej na pierwszym miejscu, regularnie chodziła do kościoła na wszystkie nabożeństwa, modliła się codziennie w domu. Co by się działo w jej życiu, moim czy kogokolwiek innego - to była zasługa Boga. Bóg tak chciał, Bóg tak zaplanował. Nawet jeśli komuś działa się krzywda, to jej zdaniem Bóg w ten sposób wystawiał na próbę. W każdej rozmowie potrafiła nawiązać do Boga, czasem tego Boga wciskała w tematy, które go w ogóle nie dotyczyły, próbowała wmówić innym jego istnienie, namawiać na nawrócenie się itp. Wierzyła we wszystko, co mówił ksiądz.

Kiedy powiedziałam jej, że lubię Harry'ego Pottera, zaczęła krzyczeć, że to dzieło szatana, pełne czarnej magii, że te książki mają na celu odciągnięcie od Boga, bo ksiądz tak powiedział, czytanie go to grzech. Kiedy usłyszała, jak znajome czytają dla beki horoskopy, zasłoniła sobie uszy i wykrzykiwała, że horoskopy to grzech, ksiądz zabronił, to czarna magia i że "nie będziesz miał bogów cudzych przede mną".

Często wciskała mi siłą swoją wiarę, udostępniała religijne posty na portalach społecznościowych. Innym też usiłowała wmówić swoje poglądy. Nieraz mówiła takie głupoty usłyszane od księdza, że nawet nie będę ich tu przytaczać, dostawała szału, kiedy nawinął się w gronie znajomych "zakazany temat", dawała mnóstwo pieniędzy na tacę.

Pewnego dnia to ją Bóg wystawił na próbę, na szczęście wszystko skończyło się dobrze, ale moja koleżanka po tym stwierdziła, że Boga nie ma, bo gdyby był, to by jej nie skrzywdził. Zaczęła udostępniać pseudo-ateistyczne hasła, obrażać nie tylko Boga, ale i wszystkich księży. Złodzieje, pedofile, zboczeńcy. Pod zwykłymi postami informacyjnymi typu spotted wypisywała komentarze "spalić kościół!", jawnie obrażała wiarę i wierzących, zaczęła stosować hejt w stronę innych, szczególnie wierzących, nazywając ich debilami, robiła z siebie pośmiewisko.

Próbowałam z nią rozmawiać, wytłumaczyć, że może nie wierzyć, ale niech nie obraża tych, którzy wierzą oraz ich wiary. Naskoczyła na mnie, po czym znów zaczęła wypisywać wszędzie gdzie się da, że Boga nie ma, wierzący to idioci, wdawała się w kłótnie, w których sama wychodziła na idiotkę, bo mimo tylu lat wierzenia, w ogóle nie znała tej wiary. Reagowała agresją w stosunku do każdego, kto zwrócił jej uwagę, że źle się zachowuje. Ludzie pomału zaczęli się od niej odsuwać, ja po pewnym czasie też, bo nic do niej nie docierało.

Najgorsze jest to, że jest matką dwóch synów, którym najpierw wciskała Boga, a teraz od niego odsuwa. Jest pełna absurdalnej nienawiści, którą wypluwa na ludzi i obraża się, kiedy ktoś odpłaci jej tym samym, robiąc z siebie hipokrytkę. Czekam, aż ktoś wyciągnie surowe konsekwencje z tej jawnej mowy nienawiści, bo mnie nie słucha.

#bIwcJ

Jest coś, czego bardzo się wstydzę, ale nie potrafię nad tym zapanować.
Otóż zawsze kiedy odpalam strony informacyjne liczę na to, że pojawi się nagłówek o śmierci jakiejś znanej osoby. Lubię czytać takie historie i komentarze pod artykułami, gdzie ludzie oceniają jaką osobą była dana osoba.
Nie powiedziałam o tym nikomu, bo boję się, że zostanę uznana za psycholkę.

#BZMNt

Miałam psa. Oddałam go w dobre ręce i już nie żałuję tej decyzji.

Pies był u nas przez 3 lata. Chciałam, żeby moje dziecko wychowywało się z psem, tak jak ja. Miałam psa odkąd się urodziłam, odszedł od nas jak miałam 19 lat.
Pies, którego wzięliśmy z ogłoszenia był szczeniakiem najsłabszym i najmniejszym z miotu. Właściciele nie wiedzieli co z nim robić, był coraz starszy i nikt go nie chciał. Chciałam zrobić dobry uczynek, ale to co później pies zaczął wyrabiać przeszło moje wyobrażenia.

Załatwiał się w domu (tylko w naszym lub dziecka łóżku). O ile szczeniakowi nie ma się co dziwić, to 40-kilowe 3-letnie bydlę załatwiające się w domu OD RAZU po powrocie z 2-godzinnego spaceru to przesada, powinien to zrobić na zewnątrz.
Ucieczki tego psa były szeroko rozpisywane na lokalnych grupach na Fb. Zawsze znalazł sposób, żeby uciec. Wymiana płotu na ogrodzie i dodatkowy zamek w drzwiach nie pomogły.
Przestałam z nim wychodzić na spacery, bo się bałam, że go nie utrzymam. Wychodził mój mąż i brat.
Uciekł i pogryzł mojego sąsiada. Raz rzucił się na kobietę z dzieckiem na rękach. Nie rozumiał żadnych komend. Był duży i "groźnej" rasy.
Miałam dużego psa 19 lat, więc nie rozumiałam w czym jest problem. Znajomi nas przestali odwiedzać, bo pies nie panował nad sobą. Każdy dzień kończył się kłótnią o zniszczone rzeczy i sprzątaniem.
Po czasie okazało się, że ludzie, od których wzięliśmy psa skrzyżowali psy z jednego miotu.

Kiedyś wrócił do domu, miał rany od przebijania się kolejny raz przez plot. Zrobił kupę w kuchni, zwymiotował. I to był jego ostatni dzień u nas w domu. Oddalam go na wieś do obcych ludzi.

Nie panowałam nad swoim psem, mam wyrzuty sumienia, że nie potrafiłam go ułożyć. Wiem, że już nigdy nie będę miała psa. Tęsknię, ale wiem, że nie było innego wyjścia.

Czekam na lincz. Kto nie doświadczył, ten nie zrozumie.

#HbNmP

Jestem „wysoko postawioną” osobą. Wiecie, zarząd dużej firmy, świetne auto, niezła chata...

Nikt nie wie o moim wstydliwym sposobie na rozładowanie napięcia. Kiedy odczuwam stres, dłubię w nosie, a później długo, aż do wytworzenia kuleczki, obracam „wykopalisko” w palcach.

Dbam chociaż o to, by nie wylądowało przyklejone do jakichś ważnych dokumentów...
Dodaj anonimowe wyznanie