Cześć drodzy Anonimowi 😄 Wiem, że bardzo Was irytuje gdy ktoś się tutaj żali lub szuka rad, jednak czytając tą stronę długi okres czasu, mam nadzieję że to wyznanie zostanie chociaż dodane. Mam problem, z którym nie potrafię się zmierzyć, ponieważ próbowałam już na wiele sposobów...
Zmagam się z chorobą, która nosi nazwę pochwica. Jest to dolegliwość, która uniemożliwia stosunek seksualny, a wszelkie próby kończą się ogromnym bólem. Odwiedziłam już wielu lekarzy, którzy mówili aby próbować używać żeli znieczulających, jednak to naprawdę nic nie dawało. Rok temu poddałam się również chirurgicznemu usunięciu błony dziewiczej, ponieważ było podejrzenie, że jest ona zbyt gruba i uniemożliwia normalny seks. Niestety gdy doszłam do siebie po zabiegu i próbowaliśmy po raz kolejny, znowu przyszedł ogromny ból...
Przeczytałam już wszystkie wątki związane z tym tematem, jednak problem ten jest rzadkim zjawiskiem i nie pojawia się nic nowego... Stąd moje pytanie do Pań, czy któraś z Was miała tę chorobę? Czy udało się i w jaki sposób ją wyleczyć? Seksuolog też niestety nic nie zdziałał, a kontaktowałam się z najlepszym w tej dziedzinie doktorem S. z Warszawy...
Powoli tracę nadzieję... Razem z partnerem walczymy od blisko 3 lat, chcemy mieć rodzinę, dzieci i cieszyć się seksem, który nie ukrywajmy, jest bardzo ważnym elementem w związku. Jednak póki co, nie jest to możliwe. Każdy człowiek może czerpać z tego przyjemność, a ja nie mogę tego doświadczyć, boję się że nigdy nie będzie mi dane tego zasmakować... Bardzo proszę o jakieś wskazówki, rady lub opinie Pań, którym udało się to pokonać. Ta strona jest moją ostatnią deską ratunku, ponieważ próbowałam kontaktować się z kobietami wyleczonymi, jednak wątki te były poruszane tak dawno, że żadna nie odpisała... Z góry bardzo dziękuję.
To była końcówka lat 90. Większość czasu spędzałam razem z moją 10 lat starszą sąsiadką Agą (która opiekowała się mną, kiedy rodzice i babcia pracowali, a ja traktowałam ją jak starszą siostrę). Często chodziłyśmy nad rzekę, nad wodę, poszwendać się po naszej wsi (naprawdę głębokiej prowincji), a Aga też często zabierała mnie na spotkania ze swoimi znajomymi do różnych miejsc, do których rodzice w życiu nie pozwolili by mi pójść. Inne czasy, inne postrzeganie rzeczywistości (za nic nie chciałabym dorastać dzisiaj).
Pewnego upalnego lata, Aga zabrała mnie nad wodę parę kilometrów od naszej wsi. Ja pluskałam się przy brzegu, a moja "siostra" smażyła się na kocu. W pewnym momencie, nawet nie wiem kiedy, z krzaków (trzeba było się przez nie przedrzeć, żeby dojść do wody) wyskoczył jakiś stary, obleśny grubas i zaczął dobierać się do Agi. Ona zaczęła krzyczeć, kazała mi uciekać. Musiałam przepłynąć zalew na przełaj, miałam szczęście, że bardzo dobrze pływam. Adze udało się wyswobodzić z łap zboczeńca i popłynęła za mną. Tamten na szczęście dał sobie spokój. Zmęczone i przerażone dopłynęłyśmy na drugi brzeg. Aga poprosiła mnie, żebym nie mówiła nic rodzicom, bo bała się, że nie pozwolą jej już spotykać się ze mną. Prawda jest taka, że to ona była po stokroć razy bardziej przerażona ode mnie, ale ja też się bałam, że rodzice zabronią mi w ogóle wychodzić z domu.
Minęło 20 lat i dalej nikt oprócz nas nie wie i się nie dowie. To była, jest i będzie nasza tajemnica.
Dawno temu miałam żółwia. Chodziłam wtedy do podstawówki, ale rodzice zadbali, żebym umiała się nim zająć, posprzątać akwarium, wymieniać wodę, odpowiednio karmić i tak dalej.
Pewnego dnia moja matka kazała nie kupować mu już suszonych robaków, bo daje mu mięso, gdy szykuje obiad. W końcu powiedziała, że ona będzie mu sprzątać. Mój żółw był cudowny i cieszyłam się, że go polubiła.
A pewnego dnia pudło, w które włożyła jego akwarium, bo "jej śmierdziało", zniknęło.
Matka powiedziała, że żółw zdechł, że musiał być chory.
Lata później mówiła swojej siostrze, jak mój żółw był nudny i śmierdział, więc wykręciła mnie z opieki nad nim i przestała go karmić. Zdechł z głodu. Nie miałam pojęcia. Gdy weszłam do pokoju i wytknęłam, że go zabiła, powiedziała że to tylko durne zwierzę i nic takiego się nie stało, a on i tak "tylko śmierdział".
Nie powiedziałam rodzeństwu, co się naprawdę stało z żółwiem, ale na nią nie umiem patrzeć tak samo. Mogliśmy go przecież komuś oddać...
Dwa lata temu mój mąż zmienił pracę. Ze swoim nowym szefem bardzo dobrze od początku się dogadywał, po roku zrobił go swoją prawą ręka. Razem ze swoją żoną zapraszali nas do siebie na obiad, my ich do nas. Zaprzyjaźniliśmy się, mimo że są dużo starsi od nas, moglibyśmy być ich dziećmi.
Pojechaliśmy na jeden weekend wspólnie, na tym wyjeździe szef męża zaproponował nam seks w czwórkę. Byliśmy trochę podpici, zgodziliśmy się. Od tamtego czasu się spotykamy, raz u nich, raz u nas, jeździmy też na weekendy, wszystko oni sponsorują, nie chcą od nas ani grosza.
Co jest w tym najgorsze... Ci ludzie chcą naszym życiem kierować, podejmują za nas decyzje, nie mamy już żadnych znajomych, z rodziną też znikomy kontakt. Wszystkim się interesują, wszystko muszą wiedzieć. Ustalają za nas kiedy będziemy starać się o kredyt na dom, a kiedy o dziecko, na razie według nich mamy czas i przede wszystkim musimy teraz skupić się na pracy, a za dwa lata zaczniemy budować dom, a później będzie czas na dzieci. Mąż na moje urodziny wykupił nam weekend w spa, jacy byli obrażeni że nic im o tym nie powiedział, oni by nas wzięli w lepsze miejsce i pojechalibyśmy wszyscy w czwórkę.
To jest chory układ z którego nie potrafimy wyjść! Mój mąż kiedy chciał się zwolnić z firmy, to szef mu zagroził, że ma takie wpływy iż nigdzie nie znajdzie pracy. Dał mu tydzień wolnego, kazał mu odpocząć, bo stwierdził że to z powodu stresu w pracy.
Wyjechałem z moją narzeczoną na wieś, do domu wypoczynkowego jej rodziców. Dom był cały z drewna i strasznie stary, każdy krok w nim postawiony wywoływał dziwaczne dźwięki. Przyznam, że trochę bałem się tam spać, do tego stopnia, że zostawiłem na noc zapaloną lampkę
W nocy obudził mnie krzyk. Myślałem, że zejdę tam na zawał, kiedy zobaczyłem moją dziewczynę skaczącą i piszczącą ze strachu. Była cała czerwona i spanikowana, „O Boże, tam, w kuchni, on jest w kuchni!” – darła się wniebogłosy. Poszedłem do kuchni z pogrzebaczem do kominka w dłoni, gotowy odbyć walkę życia.
Chodziło o pająka w zlewie.
Nie czytajcie, jeśli jecie.
Poszłam do kibelka na dwójkę. Siedzę na tronie przewijając Facebooka i robię co trzeba na pełnym autopilocie - bezmózgie scrollowanie internetu i robienie kupy nie wymagają pełnego zaangażowania od mózgu.
Kiedy skończyłam walić klocka, wciąż jechałam na auto. Wzięłam papier, podtarłam dupsko i zauważyłam, że ubrudziłam sobie rękę. Popatrzyłam na nią tępo i bez zastanowienia zlizałam z niej kupę.
Uświadomiłam sobie, co zrobiłam jakieś dwie sekundy później, kiedy zrozumiałam, skąd ten posmak w ustach.
Dawno nie szorowałam tak języka i zębów.
+ bonus, jak smakuje kupa - no powiem wam, że gównianie. Nie polecam.
Kiedy byłam dzieckiem nie przelewało nam się. Ojciec nadużywał alkoholu, matka paliła jak lokomotywa i robiła awantury o wszystko.
Po jednej takiej awanturze ojciec wyszedł z domu i nie wrócił. Powiesił się. Znaleźli go nazajutrz.
W domu było strasznie. Wszyscy powtarzali, że teraz została nam tylko matka (mam dwoje starszego rodzeństwa). I co z tego? Ona w ogóle nie potrafiła odnaleźć się w nowej sytuacji. Ja miałam 12 lat, nikt z nami porządnie nie porozmawiał. Kiedy dowiedzieliśmy się co się stało z ojcem i co działo się przez całe małżeństwo z moją matką (próbował popełniać samobójstwo już wielokrotnie, zawsze go odratowali) zapytałam się, że skoro o tym wszystkim wiedziała, to dlaczego mu nie pomogła? Przecież można pójść do psychologa, psychiatry, ostatecznie zamknąć w ośrodku. Wydarła się na mnie, że ja przecież też mogłam mu pomóc (ale jak? ja nawet nie wiedziałam o jego problemach, byłam dzieckiem).
Kochałam ojca. Pił, ale nigdy nas nie uderzył, nie krzyczał na nas, jego jedynym przekleństwem było "cholera". Za to matka co drugie słowo to wulgaryzm. Nas wyzywała od najgorszych, a mnie upatrzyła sobie na ofiarę - biła. Za wszystko. Za wolno uczę się wiersza do szkoły, boję się połknąć lekarstwo, zsikałam się na mieście mimo usilnych próśb byśmy wróciły już do domu...
Zawsze biła tak, żeby ojca nie było w domu. Kiedy już był zawsze mnie za siebie chował. Nawet śmiał się, że ja płaczę, a to przecież on obrywa pasem (matka w dzikim szale próbowała mnie dosięgnąć).
Najgorsze było jednak to, kiedy biła, a ja krzyczałam wniebogłosy, żeby ktoś mi pomógł. Nikt nigdy nie pomógł. Ani rodzeństwo (brat był najstarszy, 8 lat starszy ode mnie). Nie winię ich za to, też byli zastraszeni psychicznie, siedzieli w drugim pokoju, a ja krzyczałam. Żaden sąsiad nigdy nie zadzwonił na policję. Cały blok udawał, że nic nie słyszy. Po takich akcjach zostawałam w domu, bo zwykle się rozchorowywałam - wysoka gorączka ze stresu, albo siniaki, które mógł ktoś zauważyć w szkole.
Zdarzały się też sytuacje, kiedy matka po zbiciu mnie, nagle brała mnie na kolana i przepraszała. Kołysała jak maleńkie dziecko i obiecała, że już nigdy mnie nie zbije. Niestety nie dotrzymała słowa.
Lata mijały. Kolejne rocznice śmierci ojca. Poważne myśli samobójcze. Udało mi się po maturze wyrwać z domu. Od tamtego czasu nie utrzymuję kontaktu z matką, a rodzeństwo trzyma jej stronę i odcięło się ode mnie.
Powiedzcie mi drodzy Anonimowi, czy to, że została mi już tylko matka ma jakieś znaczenie? Ludzie mówią, że to przez nią mój ojciec się zabił. Ja im wierzę.
I taka mała-wielka prośba do Was: nie pozwólcie krzywdzić dzieci, reagujcie na każdą przemoc, a szczególnie tą stosowaną wobec dziecka. Ono jest bezbronne, małe, przestraszone. Nie czekajcie, aż ktoś za Was zadzwoni na policję.
Zawsze fantazjowałam o śmierci. Było w niej dla mnie coś pociągającego. Uwielbiałam pisać o niej wiersze, myśleć, wyobrażać sobie jak to będzie... Często wydawało mi się że jestem śmiertelnie chora, doszukiwałam się tej choroby w sobie. W pewnym stopniu ma na to wpływ depresja. Podnosiła mnie na duchu myśl, że cokolwiek złego by się nie działo, to przecież mogę w każdej chwili umrzeć.
Jestem młodą osoba, ale miałam ciężkie dzieciństwo i nigdy nie było mi lekko. Musiałam ciężko walczyć o wszystko... o swoje szczęście również.
Dziś będąc dwudziestokilkuletnią kobieta dowiedziałam się że mam raka. I naprawdę się boję... możecie pomyśleć, że sama tego chciałam. Ja po prostu pragnęłam zainteresowania mną, troski, poczucia że komuś na mnie zależy. A teraz? Boję się śmierci. Boję się tego co mnie czeka. Boję się że "wyprosiłam" sobie tą chorobę latami obsesyjnego myślenia o niej, przeglądania internetu i doszukiwania się objawów śmiertelnych chorób. Nie chcę umierać. Musiałam się po prostu wygadać...
Mieszkając z rodzicami w bloku mieliśmy dziwnego sąsiada. Facet po czterdziestce, mieszkał sam. A dlaczego był dziwny? Potrafił siedzieć na parapecie z nogami na zewnątrz na drugim piętrze, a w dodatku jego wygląd sprawiał, że wszystkie dzieciaki się go bały.
Końcówka wakacji, ja 13-14 lat. Wyszłam z psem i spotkałam go pod blokiem. Wracał do domu rowerem. Kiedy mnie zobaczył zszedł z niego i podszedł do mnie. Zaczął do mnie mówić w jakimś dziwnym języku. Nie byłam głupią nastolatką, nie był to żaden znany mi język, nawet ze słyszenia. Kiedy powiedziałam, że niestety nie rozumiem, co do mnie mówi on zapytał po polsku "nie rozumiesz?" i zaczął podchodzić bliżej.
Stwierdziłam, że dla mnie to już za dużo i zwiałam z psem do domu. Tak strasznie mi się ręce trzęsły, że nie mogłam otworzyć kluczem drzwi do bloku i do mieszkania. Pies mi w tym nie pomagał, bo kiedy go szarpałam, żeby biegł ze mną do domu to on się zapierał i szczekał. Koleś cały czas za nami szedł.
Kiedy wleciałam do mieszkania i zamknęłam je na wszystkie spusty, nie mogłam się uspokoić. Akurat nikogo nie było w domu. Po powrocie rodziny powiedziałam im o wszystkim. Wyśmiali mnie, że niby jego się boję?
Niedługo później, zimą, ten sam koleś zaczepił pod blokiem naszego niewidomego sąsiada. Zaczął się do niego dowalać. Na dole był też inny sąsiad, który próbował go odciągnąć, ale tamten jak w jakimś amoku zaczął bić niewidomego. Sąsiad zadzwonił po karetkę i policję i obezwładnił w końcu agresora. Cały czas trzymał go przygniecionego do ziemi. W międzyczasie z bloku wyszli gapie, ktoś skoczył do apteki po folię ochronną, żeby agresor nie zmarzł do przyjazdu służb.
Ogólnie dobrze się stało, że to wszystko widziała z okna moja mama i wtedy już nie śmiała się ze mnie, że głupia uciekałam przed tym człowiekiem. Powiedziała, że dobrze zrobiłam.
Ostatecznie dowiedzieliśmy się później, że ten typ jest chory psychicznie i odbija mu jak nie bierze leków.
Od dłuższego czasu jestem w związku ze swoim kuzynem. Wie o tym kilkoro naszych bliskich znajomych. Moje rodzeństwo chyba też się domyśla, ale oficjalnie nie powiedzieliśmy nic rodzinie. I na razie nie zamierzamy, bo moi rodzice pewnie by zawału dostali.
No, a tak w ogóle to jestem facetem, więc pewnie dla nich to będzie podwójny szok. Ale przynajmniej obciążonych genetycznie dzieci z tego nie będzie!
Dodaj anonimowe wyznanie