Mojej mamie niesamowicie podobały się kwiaty na polu przy drodze, którą niemal codziennie jeździmy. Od kilku dni mówi, że musi kiedyś się zatrzymać i trochę sobie narwać. Widać, że zasiane celowo (pewnie przedplon), bo dzikie raczej rozlazłyby się na całą okolicę, a te rosną ładnie, równiutko w określonym obszarze. Do rzeczy.
Dzisiaj nastał ten dzień, głównym motorem był fakt, że obok pola stał już inny samochód, a kwiaty zbierała już inna kobieta - znajoma z widzenia. Zatrzymałyśmy się, mama wysiadła i ruszyła na podbój roślinek. Mijając kobietę rzuciła tak z głupia frant:
- O, dzień dobry, widzę, że pani też wpadła na ten pomysł, żeby nakraść ładnych kwiatków?
- Eee… Nie, to moje pole - padła odpowiedź.
Summa summarum zezwolenie na rwanie zostało udzielone - kwiatki w istocie jako przedplon, lada dzień mają być zaorane.
Posypią się hejty, wyzwiska i zapewne wiele przykrych słów, ale powiem wam swój sekret, reportaż p. Sekielskiego trochę mnie do tego skłonił.
Mam 26 lat i podniecają mnie dziewczynki w wieku 12/13/14 lat, najbardziej jarają mnie drobne blondynki w spódniczkach i balerinach, nie wiem dlaczego, lubię chyba ten ich niewinny wygląd i pewną "nieporadność", są po prostu urocze i słodkie. Nigdy bym nie skrzywdził żadnego dziecka, wstydzę się siebie i walczę sam ze sobą, ukrywając swoje "zboczenie", bo wiem jak bym skończył, gdyby się ludzie dowiedzieli. Uczęszczam do psychoterapeuty, który pomaga mi poradzić z samym sobą, dużo przepracowaliśmy razem, wiem mniej więcej kiedy i skąd się to u mnie wzięło (predyspozycje miałem od zawszę, już w wieku około 11 lat miałem swój pierwszy raz, a pociąg do dzieci pojawił się u mnie około 21/22 roku życia, wcześniej miałem około 14 dorosłych partnerek seksualnych, a od 23 pociągają mnie tylko dzieci).
Mimo że panuję nad sobą i nie chcę nikogo skrzywdzić, to na wszelki wypadek załatwił mi on leki, które zmniejszają moje libido oraz testosteron, przez co jestem prawie że impotentem. Co ciekawe, z dorosłymi kobietami o wyglądzie młodej dziewczynki też nie jestem już w stanie uprawiać seksu, po prostu nie daję rady (żeby nie było, zanim brałem leki też nie byłem w stanie). Od lat mam depresję, ciężko jest mi żyć wiedząc kim jestem, tnę się (psychoterapeuta o tym nie wie), myśli samobójcze i płakanie co wieczór to już norma, źle się czuję i ciągle myślę o tym, że kiedyś ktoś się dowie albo co gorsza kiedyś "pęknę" i coś zrobię niewinnej osobie dla własnej przyjemności.
Na co dzień jestem "normalny", chodzę do pracy, przebywam z sąsiadami i ich dziećmi, które przychodzą do mnie w odwiedziny, bo mnie lubią, bo "wujek" zawsze ma cukierki, ma fajne historie z czasów jak służył w wojsku i fajnie gra na gitarze, nawet moja siostra przyjeżdża do mnie ze swoją córką, która - o ironio - ma teraz 12 lat i uwielbia bawić się z wujkiem, siadać mu na kolana i się przytulać (nie namawiam jej do tego, nie dotykam tam gdzie nie powinienem i nie całuję, sama przychodzi i to robi, bo myśli, że jestem normalny i kochany, a mnie to kurwa przeraża, bo nie powiem dziecku ani siostrze dlaczego nie powinna tego robić), więc pomyślcie co czuję.
W skrócie: chce mi się rzygać jak patrzę w lustro i nie mam sposobu na wyjście z tego gówna.
Kupiliśmy z mężem dom z ogromną działką, po naprawdę okazyjnej cenie.
Kredyt wzięliśmy na samo kupno, dom jest do kapitalnego remontu, dlatego wszystko robimy na bieżąco, co zapewne zaowocuje nieco późniejszą przeprowadzką. Tyle słowem wstępu.
Ostatnio teściowa zapowiedziała się u nas na obiedzie, bo chciała poważnie porozmawiać. Na rzeczony obiad miała także przybyć jej córka, a moja szwagierka.
Samotna madka, taka mama 24/h. Ukończyła WSRH, „zatrudniona” w Szlachta nie pracuje, bo ma 10-letniego gówniaka i nie ma jak podjąć pracy. Wiecie o co mi chodzi.
Na czym polegała ta poważna rozmowa?
Teściowa wymyśliła, że w ramach niespodzianki po skończonym remoncie zamieszka z nami! Prawda, że genialnie to wymyśliła?
Mało tego, ale co z siostrą mojego męża, skoro mieszka z matką?
Odpowiedź jest prosta: skoro mamy taką dużą działkę, to możemy jej po prostu dać kawałek na budowę.
Kolejne pytanie - nawet jeżeli zgodzilibyśmy się na ten kuriozalny pomysł, to jak na Boga jej córka miałaby się budować, skoro groszem nie śmierdzi, socjal pełną parą i jakieś marne alimenty? Odpowiedziała, że wiecie, jesteśmy rodziną i musimy sobie pomagać. Przecież mój mąż jest chrzestnym dzieciaka. Czytajcie - musimy sfinansować budowę.
Zapytałam, o czym chciała porozmawiać tak na poważnie, bo od przyjścia tylko żarty jej w głowie, po czym wyszłam.
Mąż bardzo grzecznie wytłumaczył jej, żeby puknęła się w głowie.
Zgadnijcie, kto został wydziedziczony...
Mam paniczny lęk przed ciemnością. Jest ze mną tak źle, że muszę spać przy zaświeconym świetle, a na dwór wieczorem wyjdę tylko z kimś. W podstawówce bałam się nawet spojrzeć przez okno w nocy. I to wyznanie dotyczy właśnie mojej nauki w szkole podstawowej, a dokładniej w szóstej klasie.
O tym, że miałam lęk przed ciemnością, wiedziało tylko kilka osób - dokładniej mama, babcia i dwoje moich najbliższych przyjaciół (nazwijmy ich X i V). Nie widziałam potrzeby, aby mówić o tym komuś jeszcze. Dlatego gdy pewnego dnia zostałam zaproszona na nocowanie do V, nie odmówiłam, czego do dziś żałuję.
Do V przyszło jeszcze kilka innych dziewczyn. Fajnie, im więcej osób, w tym więcej zabaw można zagrać. Bawiłyśmy się świetnie, do momentu gdy któraś z nich złapała mnie za nadgarstek i mocno ścisnęła. Do dziś pamiętam jej słowa: "Teraz czas na test odwagi!", po czym dziewczyny zatkały mi ręką usta i zaniosły do szopy, która była obok domu.
Przerażona krzyczałam i próbowałam się im wyrwać - bezskutecznie. Zostałam zamknięta w szopie, podczas nocy i zamknięta od zewnątrz. Zostawiły mnie tam do rana, dając tylko koc, abym nie zmarzła.
To co wtedy przeżyłam, przechodzi ludzkie pojęcie. Czułam, że brakuje mi powietrza, miałam ataki pani, moje gardło było zdarte od krzyków, a ręce zdarte od walenia w drzwi. Do tej pory zastanawiam się, dlaczego mnie nie wypuściły.
Nad rankiem otworzyły te przeklęte drzwi, podczas gdy ja trzęsłam się ze strachu. W przypływie stresu wywołanego sytuacją zniszczyłam całą szopę.
Przez tę historię straciłam przyjaciółkę i nabawiłam się traumy.
Poznałam kiedyś faceta za pomocą stosownego portalu internetowego. Gówniarą byłam, potencjalnie miał być to mój pierwszy związek w życiu, więc mój exp w sferze relacji damsko-męskich na tamten moment był praktycznie zerowy.
Drugie bądź trzecie spotkanie, rozmowa przestała się kleić, toteż postanowiłam zadać pytanie z rodzaju tych, które wymagają dłuższej odpowiedzi i można trochę pociągnąć za język. Niestety ciężko mi było wymyślić coś ambitnego, a mój wybranek nie palił się przerwać ciszę, więc stwierdziłam, że nie będę się wysilać i poleciał totalny banał:
- A o czym marzysz? Tak najbardziej?
Tu nastąpiła chwila ciszy, potem na jego twarz wpełzł rumieniec i... usłyszałam coś, co do dzisiaj wprawia mnie we wprost obezwładniającą konfuzję:
- Chciałbym zamoczyć.
Wiem, że nie lubicie niedokończonych wyznań, więc cóż rzec, marzenie się spełniło; zmarnowałam z tym typem dwa (obfitujące w takie sytuacje) lata życia. I błagam, nie pytajcie, dlaczego natychmiast nie uciekłam, bo naprawdę, ale to naprawdę nie mam bladego pojęcia. :P
Mamy z mężem grypę jelitową, więc leżymy w domu chorzy, a dzieci u dziadków, żeby się nie zaraziły.
Mój kochany zaproponował seks... pod prysznicem. Tak na wszelki wypadek.
Wracałam z mamą z wakacji z Karpacza autokarem. W tamtym okresie były ulewy, rzeki wylały z koryt, a w kierunku Wrocławia utworzył się korek, że na piechtę byłoby szybciej.
W wieczór przed wyjazdem inteligentna ja najadłam się cytrusów. Konsekwencji niestety nie przewidziałam.
Już kilka minut po ruszeniu w drogę zachciało mi się sikać. Najbliższy przystanek miał być na dworcu we Wrocławiu, więc stwierdziłam, że wytrzymam. Jednak przez korki nie dałabym rady. Szybka decyzja - poprosiłam kierowcę, czy mogę na chwilę wysiąść, iść siku w krzaki i wrócić - i tak tempo jazdy było żółwie, więc bez obawy bym zdążyła.
Kierowca się zgodził. Ja szczęśliwa biegnę w stronę krzaczorów, żeby to mojego gołego tyłka nikt z drogi nie widział. Po drodze wywinęłam orła, jednak się nie poddałam. Sikam za krzakiem, a co moja mama wtedy zrobiła?
Wyszła za mną z autokaru, stanęła na środku drogi i krzyczy:
"Szybciej sikaj, bo odjeżdżamy".
Wtedy to już wszyscy patrzyli na mój powrót za krzaka do autokaru. Takiego wstydu jak rodzina, to nie zrobi ci nikt inny.
Pod koniec podstawówki nasza klasa miała przygotować występ patriotyczny. Wychowawczyni poprosiła naszą panią od muzyki o poćwiczenie z nami pieśni i wierszy. Pani N. wybrała "Rotę" i kazała nam podchodzić w parach lub trójkach i śpiewać wybrane przez nią zwrotki, by wyłowić najlepsze osoby do reprezentowania klasy. Kiedy ja i moje dwie koleżanki skończyłyśmy śpiewać, pani N. przez chwilę nic nie mówiła, potem spojrzała na mnie i z uśmiechem stwierdziła, że "chyba już wie, jak brzmi przestraszony prosiak w rzeźni".
Nie, nie byłam w reprezentacji, a po tym wydarzeniu nigdy więcej niczego nie zaśpiewałam, nawet dla siebie pod prysznicem.
Jakiś czas temu pisałem tu swoje wyznanie. Lekarz-mechanik. Niedawno przypadkiem dowiedziałem się, zmarła moja babcia. Pojechałem na pogrzeb ze swoją rodziną. Na miejscu spotkałem się z rodzicami, siostrą z mężem i dziećmi, bratem z żoną i dzieciakami. Podszedłem ze swoją, żeby się przywitać. Rodzina jak gdyby nigdy nic. Przywitali się, porozmawialiśmy. Po ceremonii pogrzebowej była stypa. Wszystko OK. Po stypie moi rodzice zaproponowali, że mamy kawał drogi, że może zostaniemy na noc. W sumie OK.
Jak byliśmy u rodziców, ok. 19 na kolację przyjechała cała rodzinka. Wtedy dopiero się zaczęło... Wszyscy (łącznie ze szwagrem i szwagierką) zaczęli mi robić wyrzuty, że nie interesowałem się babcią, że to, tamto, siamto, że babcię odwiedzałem kilka razy w roku (nieważne, że mieszkam 400 km dalej). Ogólnie pretensje, awantura na maksa.
O co poszło? Poszło o to, że babcia w swojej ostatniej woli zostawiła mi w spadku mieszkanie i całe jego wyposażenie. Babcia lubiła modne meble itd., więc wymiana wszystkiego co roku to była normalna sprawa. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że babcia zostawiła mi mieszkanie i byłem naprawdę zdziwiony, bo dlaczego akurat mi. Moi rodzice zaczęli mówić mi, że zhańbiłem całą rodzinę grzebiąc w samochodach, że to zawód tylko dla idiotów, którzy chleją, ćpają i wyklinają (podczas kłótni k*rwa leciało co 2-3 słowa), brat z hasłami, że on z żoną chcieli wynająć to mieszkanie, bo przyda im się każdy grosz, bo "tak im ciężko" (a ma dom piętrowy i dwa nowe samochody), siostra w płacz, bo ona tyle się babcią zajmowała, a ta jędza (jej słowa) nie zostawiła jej nawet telewizora. Moja kobieta na mnie patrzyła i nic się nie odzywała.
Na szczęście nie wypiłem ani grama alkoholu, po kolacji po prostu wstałem i powiedziałem grzecznie, że nie będę się im z niczego tłumaczył, że to wola babci, mieszkanie biorę i jak chcą, to niech mi sprawę w sądzie robią o podważenie testamentu. Usłyszałem od ojca i matki, że mam wypier***ać i nigdy więcej się nie pokazywać, moja siostra zaczęła płakać, jak ona babcię kochała (szkoda, że pomagała babci, bo babcia zawsze dawała jej hajs) i jak jej babci brakuje. Mąż siostry wyskoczył do mnie z łapami i chciał się ze mną bić, bo do jakiego stanu doprowadziłem jego żonę. Mój brat powiedział mi, że mam zakaz kontaktu z nim, że nie chce mnie znać, że jaki to jestem najgorszy na świecie.
Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy. Przepraszałem moją ukochaną za to, co widziała. Teraz, po kilku dniach, jak emocje opadły, dostałem list od brata z hasłem, że cała rodzina wyrzeka się mnie, że nie chcą mnie znać. Że zrobią wszystko, żeby odzyskać ich własność (mieszkanie po babci) i mają nadzieję, że spotka mnie kara za to, co zrobiłem tej rodzinie... A co zrobiłem? Przestałem być lekarzem, zostałem mechanikiem samochodowym i dostałem mieszkanie po babci. Aha...
Powiem wam co zrobiłam kilka lat temu, jak miałam 15 lat. Buntowniczy okres nastolatki, czas EMO i ja, która za wszelką cenę chciałam mieć super glany, czarne włosy i dużo czarnych kredek do oczu.
Mój straszy o 8 lat brat miał pieniądze, bo pracował, i chciałam, żeby pożyczył mi 100 zł na zakupy, ale nie dał mi nic. Ja w złości zadzwoniłam na policję i powiedziałam (trzymając chusteczkę przy ustach), że wiem kto napadł na osiedlowy sklep (kilka nocy wcześniej ktoś włamał się tam i ukradł pieniądze, alkohol, fajki i aparat fotograficzny właściciela). Oczywiście wymyśliłam to, nie przemyślałam w ogóle jakie mogą być tego konsekwencje, ale bardzo chciałam, żeby mój brat dostał nauczkę (?).
Jakie było moje zdziwienie, gdy przyjechała policja i mój brat się przyznał i oddał to wszystko, co ukradł razem z kolegą. Była rozprawa w sądzie, musieli zapłacić za szkody, dostali wyrok, a nalepka złodziei ciągnie się za nimi do dziś.
Do dziś nikt nie wie, kto zadzwonił wtedy na policję, a mi przeszedł bunt.
Może dzięki mnie mój brat nie wpadł w większe kłopoty, bo od tamtej pory nic nie ukradł i udziela się jako wolontariusz w schronisku dla zwierząt. :)
Dodaj anonimowe wyznanie