#D60mL

Uwaga, niemiłe.

Będąc w ciąży wymiotowałam dalej niż widziałam przez jakieś 4 pierwsze miesiące, przez co ledwo stałam na nogach (nie życzę najgorszemu wrogowi).
Pewnego dnia wreszcie poczułam się lepiej i z tej ulgi zjadłam cały obiad naraz. Niestety szybko się przekonałam, że to nie jest jeszcze mój czas.
Akurat tego dnia mąż zabrał miski, bo coś robił na budowie, a ja uznałam, że toaleta przecież wystarczy.
Wymiotując zatkałam toaletę (mieszkamy w starym budownictwie i to się zdarza), następnie musiałam skorzystać z umywalki, którą też zatkałam, a na koniec dopadła mnie potrzeba i musiałam załatwić się do woreczka.
Po wszystkim padłam i nie mogłam się ruszyć, żeby to jakoś odetkać (chociaż próbowałam). Mąż po powrocie musiał odkręcać syfon, wszystko spuszczać i naprawdę zniósł to dzielnie. Nawet próbował żartować. Wtedy naprawdę zrozumiałam, co to znaczy miłość bezwarunkowa.
Na szczęście to był ostatni "epizod" (w tej ciąży).

#L7apY

Jestem wierzący i to jest kurwa najgorsza rzecz, jaka mi się w życiu przytrafiła.

W Boga wierzyłem odkąd pamiętam, już jako dzieciak miałem jakąś taką pewność, że On istnieje, pomimo, że pochodzę z ateistycznej rodziny. Przez całe życie usiłowałem przekonać samego siebie, że to bzdury, ale nieważne ilu logicznych argumentów się chwytałem, ta pewność, że jest jeszcze ktoś nad nami wciąż we mnie tkwi i ni cholery nie mogę się jej pozbyć. Dla większości znajomych to trochę zabawne, bo jestem gościem raczej racjonalnym i twardo stąpającym po ziemi i nie mam zielonego pojęcia, skąd mi się to wzięło. To nie jest tak, że kocham Boga, nawet Mu nie do końca ufam, po prostu mam to absolutne przekonanie o Jego istnieniu.

Co w tym takiego złego? Otóż jestem gejem. I wizja piekła mnie cholernie przeraża. Wiem, że pewnie większości osób to się wyda śmieszne, ale dla mnie to jest autentycznie najbardziej przerażająca myśl, jaką kiedykolwiek miałem, że kiedy umrę, to pójdę do piekła i jedynym, co mogę na to poradzić jest spędzenie życia w samotności. Co gorsza, ostatnio poznałem naprawdę świetnego chłopaka, świetnie nam się rozmawia i wiem, że on liczy na poważniejszy związek, a ja po prostu nie mogę się pozbyć pierdolonej wizji wiecznego potępienia. Znajomym się nie wygadam, bo powiedzą, że jestem pojebany (i w sumie będą mieli rację), rodzina tym bardziej, próbowałem kilku psychologów i zero efektów. Trochę mnie to podłamuje.

#PSlXf

Będzie o rodzicach.

Moje problemy w nauce pojawiły się już w przedszkolu. Byłam średnio kumata, pracowałam wolniej niż inne dzieci, ale popołudniami dziadek nadrabiał ze mną materiał. W podstawówce problem z matematyką był już bardzo duży. A nie miał mi kto pomóc. Ukochany dziadek już nie żył, a rodzice... tylko po mnie krzyczeli. Sami nie mogli mi z tym pomóc, więc zmuszali mnie do dodatkowych zajęć w szkole, które odbywały się na zasadzie - najlepsi z matematyki, którzy uczyli się do konkursów i ja. Byłam wyśmiewana, że nie rozumiem ułamków, przez cały rok matematyczka ani razu do mnie nie podeszła, nie wytłumaczyła niczego. Na koniec roku miałam 2 na mocnych szynach (w 5 klasie szkoły podstawowej!). W 6 klasie skąpi rodzice załatwili korepetytora - po pierwszych zajęciach człowiek uciekł. A ja zamknęłam się ze swoim problemem. Właściwie to przyjęłam strategię - "czego nie umiem, to dowyglądam".

Jakoś udało mi się przebrnąć do końca edukacji. Nawet zdałam maturę z matematyki.
Jednak przez podejście rodziców mam duży problem. Jestem bardzo obowiązkowa. Na studiach przez 5 lat nie opuściłam ani jednych zajęć. Nieważne, czy byłam chora, czy cokolwiek innego. Na zajęciach musiałam być. "Pamiętaj, czego nie umiesz, to dowyglądasz" siedzi mi tak w głowie, że nie korzystam z urlopu w pracy. Jeżeli już muszę go wziąć, to siedzę w domu i od 8 do 16 pracuję normalnie. Czemu? Boję się, że coś pomylę lub zrobię źle. Moje poczucie strachu jest tak duże, że nabawiłam się wrzodów żołądka. Przed delegacjami nie śpię. Boję się, że ktoś odkryje mój problem i brak wiary w siebie. Pracuję na dość wysokim stanowisku, wszyscy podziwiają moja determinację i upór w dążeniu do celu. Ale nikt nie wie, że od dziecka byłam tresowana jak mały piesek przez rodziców.

#zSV56

Zaznaczę, że to wyznanie nie zawiera znienawidzonego morału, nie opowiada o depresji, traumatycznym dzieciństwie ani nie jest próbą atencjonowania się. Dodaję je, bo to, co mnie spotkało, może pomóc też komuś innemu.

Jestem kobietą, niedawno skończyłam 31 lat. Mogę śmiało powiedzieć, że lubię moje życie, siebie, ludzi dookoła i choć czasem trafiają się gorsze chwile, radzę sobie z nimi, a co najważniejsze - nie boję się już problemów, jakimi świat niespodziewanie może we mnie rzucić. Do niedawna byłam skończoną pierdołą życiową - niewiele umiałam, sprawy urzędowe mnie przytłaczały, grono znajomych drastycznie się kurczyło, z rodzicami praktycznie nie utrzymywałam kontaktu, nie miałam skończonych studiów, pożytecznych kursów, konkretnych kwalifikacji... No po prostu nic, co by wyrwało mnie z pracy przynoszącej średni dochód (kelnerka), znienawidzonej stancji i nadało życiu (a raczej egzystencji) jakiś sensowny kierunek. Istniałam z dnia na dzień, trwoniłam czas i żyłam przeszłością, mając mnóstwo planów i marzeń, a także zero energii na próbę ich zrealizowania. Byłam zwykłym leniem. Wiedziałam, że zmarnuję życie, jeśli dalej będzie to tak wyglądać, ale zwyczajnie nie miałam pomysłu jak się wyrwać z tego marazmu. Aż trzy lata temu poznałam N. Uprzedzam - to nie była miłość, nie jest nią teraz.

N. przyjechał do Polski z dość daleka, bo aż z Zelandii (Dania). Ja byłam w pracy, on wpadł do naszego lokalu jako klient. Rozmowa potoczyła się, oczywiście, po angielsku. Mam czasem prospołeczne zrywy, to i zagaiłam, skąd przyjechał - i się dowiedziałam. Był bardzo mile zaskoczony, kiedy dorzuciłam, że uczę się na własną rękę języków nordyckich; niedługo potem spytał mnie o coś w swoim rodzimym duńskim, ja jakoś wydusiłam z siebie odpowiedź. Był naprawdę sympatycznym człowiekiem i kiedy jakiś czas później udało nam się stopniowo zakumplować, byłam naprawdę szczęśliwa. N. to niesamowicie pozytywna osoba, pełna zainteresowań, radości życia, wie jak zmotywować do działania. Dzięki rozmowom z nim stopniowo udawało mi się zmierzyć z własnymi demonami, podjąć studia, na poważnie rozpocząć parę kursów językowych i kwalifikacyjnych. Motywował mnie, gdy większość we mnie nie wierzyła, zmuszał mnie, bym ja sama uwierzyła w siebie. Był moim aniołem stróżem, można powiedzieć. Im dłużej się znaliśmy, tym większego rozpędu nabierało moje życie. Z grubej, leniwej dziewczyny zaczęłam zmieniać się w ambitną, zadowoloną z życia kobietę. Dzięki N. stałam się tym, kim jestem teraz. Ale co w tym anonimowego?

N. nie istnieje. Nie mogąc znieść tego, kim jestem, wymyśliłam go, w wyobraźni odgrywałam nasze rozmowy, spotkania. Wszystko po to, by mnie to zmusiło do zmiany życia na lepsze. I pomogło. Oczywiście nikomu nie powiem, że z marazmu wyrwał mnie wymyślony przyjaciel.

#xdkvV

Jak zostałam "wielką Niemką, co wyżej sra niż dupę ma".

Prawie 10 lat temu wyjechaliśmy, z wtedy chłopakiem, do Niemiec. Najzwyczajniej w świecie za pieniędzmi. Ułożyło nam się dobrze, nie będę się rozpisywać czym się zajmujemy, bo nie w tym rzecz.
Było nas stać posłać pieniądze rodzicom, zrobić prezenty. Zawsze jak jechaliśmy do Polski, przywoziliśmy słodycze, proszki i płyny do prania itd. Wiadomo, że tego typu rzeczy zawsze w Niemczech były lepsze. Mąż swoim siostrzeńcom robił drogie i duże prezenty. Troszkę mnie to denerwowało, bo nie tylko na urodziny czy święta, ale również bez okazji.

Lata mijały i jak moja mama powiedziała, że mam się za każdym razem z tymi prezentami nie wozić, bo nie o to chodzi, tak rodzina męża troszkę inaczej do tej sprawy podchodziła. Jak przyjeżdżaliśmy, to pierwsze co było zaglądanie przez teściową i szwagierķę do toreb co przywieźliśmy. Komentarze, że tamten płyn był lepszy, a dlaczego taki zwykły, a nie droższy. Rozmawiałam z mężem dużo razy o tym, że to trochę przesada i im chodzi tylko o rzeczy, nie o nas, ale zawsze słyszałam, że przesadzam. Na nas nic nigdy nie czekało, ani dobre polskie jedzenie, ani zakupy, które moglibyśmy zabrać.

Miarka się przebrała gdy zaszłam w ciążę. Zbliżało się Boże Narodzenie, ale niestety przez komplikacje nie mogłam jechać do Polski. Zadzwoniliśmy poinformować teściową, że nas nie będzie przez zagrożoną ciążę, zapytała oburzona, czy chociaż dzieciakom prezenty wyślemy, oni już mogą obejść się bez. Zapytałam, czy moje dziecko również dostanie paczkę, gdy się urodzi. Zapowietrzyła się i rzuciła, że to my mieszkamy za granicą, więc jakie prezenty, my jesteśmy od robienia prezentów.
To sprawiło, że wybuchłam. Wygarnęłam jej wszystko - że jesteśmy dla nich bankomatem, liczy się tylko to, żeby nas wycyckać. Nie odzywamy się do dzisiaj, naszego dziecka nawet nikt nie chciał zobaczyć. Żałuję, że tyle czasu na to pozwalałam.

#xR0RH

Mam do mojej dalszej rodziny pewien, może nie żal, co niesmak.
A to dlatego, że wiem o tym, że rozsiewali ohydne plotki, że byłam molestowana przez tatę jako mała dziewczynka.

Mój tata nigdy nie zrobił mi żadnej krzywdy, szczególnie takiej. Ale rodzina miała jakiś skrzywiony obraz normalności w rodzinie od strony mamy, skoro jedyny kontakt ojców ze swoimi dziećmi był podczas katowania ich.
Dlatego, normalny (przynajmniej moim zdaniem) kontakt ojca z córki traktowali jako coś nie w porządku. To, że tata spędzał ze mną czas i brał mnie na wycieczki uważali za coś nie w porządku.
Jako dziecko dosyć długo nie potrafiłam sama zasypiać, więc do koło piątego roku zawsze ktoś musiał być ze mną, póki nie zasnęłam. Raz była to mama, raz tata, bo nigdy nie migał się od rodzicielskich obowiązków. To było dla wszystkich najgorsze. No bo musi być coś mocno nie tak, skoro ojciec, powtarzam ojciec, kładzie się do łóżka ze swoją córką!

Słyszałam te plotki już wtedy, jako pięcioletnie dziecko, i niestety dużo z nich rozumiałam. Moja mama oczywiście wszystkiemu zaprzeczała, a te bzdury nie wyniosły się poza wąski krąg rodziny. Na szczęście, nie chciałabym, aby ktoś miał jakieś skrzywione zdanie o moim tacie. Od którego nie zaznałam nigdy krzywdy ani jako małe dziecko, ani dorastająca nastolatka, ani teraz jako już młoda kobieta. I nadal potrafię położyć się obok niego aby obejrzeć film. I wciąż nie widzę w tym nic złego.
Smutne, bo uważam, że to właśnie relacje rodziców i dzieci w reszcie rodziny były patologiczne, a nie moje z rodzicami.
Jakoś nie potrafię o tym zapomnieć, i żal mi bardzo mojego taty. Wyobrażam sobie, jakie to musiało być dla niego przykre.

#KesSX

Byłam wczoraj na spacerze. Podszedł do mnie mężczyzna i zapytał o drogę do najbliższego sklepu. No to ja mu tłumaczę co i jak, po czym się mnie zapytał:
- A gdzie znajdę drogę do twojego serca?
- Wydaje mi się, że jestem dla pana ciutkę za młoda, ile ma pan lat?
- 21, a ty?
- 15.
- No to seks możesz uprawiać.

Co prawda nie umówiłam się z nim, ale zostawiłam po sobie pamiątkę - odbitą dłoń na jego policzku :)

#24I1a

Od kilku lat pomagam ofiarom (zwłaszcza gwałtu), jak tylko mogę. Wiele z tych osób uważa mnie za swojego bohatera, wzór do naśladowania i często przynoszą mi najróżniejsze prezenty itd. Żadna z tych osób jednak nie wie, że kiedyś miałem siostrę.

Naszych rodziców często nie było w domu, więc jeździliśmy do wujka, który dla mnie był bardzo miły - tu ciastem poczęstował, tam zabawkę dał, tu porozmawiać chciał itd. Jednocześnie przy każdej wizycie, gdy ja już spałem, wykorzystywał moją siostrę. Pewnego dnia, bojąc się reakcji rodziców, ale chcąc się komuś wygadać, powiedziała mi o tym.
Nie, nie sprawiło to, że zacząłem źle patrzeć na wujka, sam powiedziałem komuś dorosłemu czy pocieszyłem siostrę. Zamiast tego zacząłem wykorzystywać jej strach przeciwko niej - zmuszałem ją do oddawania mi kieszonkowego, groziłem wujkiem, namawiałem ciągle rodziców do wizyt u niego, a to wszystko usprawiedliwiałem zemstą za zaniedbywanie mnie przez rodziców (choć z perspektywy czasu widzę, że wcale mnie nie zaniedbywali). Czasami zakradłem się pod pokój wujka i wsłuchiwałem w krzyki siostry i świetnie bawiłem, a po wszystkim wyzywałem ją od szmat, puszczalskich dziwek itd.
Dopiero jej samobójstwo i jego następstwa (tzn. wujek, który nagle zaczął się mną interesować) mnie otrząsnęły.

#Ywcx3

Po kilku dniach spędzonych w szpitalu dostałam wypis, jakieś zalecenia oraz receptę, aby kontynuować przyjmowanie paru leków. W drodze do domu postanowiłam wstąpić do apteki, aby zrealizować receptę. Pani magister miała problem, aby znaleźć jeden medykament. To szpera po szufladach, to sprawdza w magazynie, wpisuje nazwę preparatu w komputer i nic. W końcu pomaga jej koleżanka i się pyta: ta luteina to pod język, tak? Nie, nie - odpowiada obsługująca mnie pani. - Dopochwowa.

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że przez dwa dni w szpitalu połykałam tabletki, które powinnam zaaplikować w całkiem inne miejsce :D

#B6WRq

Zrobiłam sobie wolne od macierzyństwa i poszłam na zakupy. Zostawiłam męża z dziećmi na dwie godziny.

Gdy wróciłam, dzieci były ogolone na ŁYSO. „Wyszedłem siku, a oni w tym czasie zaczęli się bawić moją golarką, którą zostawiłem do ładowania w pokoju. Wojtuś zgolił sobie grzywkę, a Zosia tył głowy, więc już dokończyłem, by wyglądali normalnie” – tłumaczył mąż.

Nigdy więcej.
Dodaj anonimowe wyznanie