Z pewnością cześć z was ma problem z załatwianiem się poza domem.
U mnie jest wręcz odwrotnie, w domu dostaję jakiegoś dziwnego zatwardzenia i choćby nie wiadomo jak mi się chciało, po prostu nie wycisnę z siebie kreta, natomiast zaraz po przekroczeniu progu miejsca, w którym pracuję, lecę do toalety i potrafię zrobić tam kupę nawet 4 razy dziennie.
Z pewnością w domu moja ubikacja jest o wiele czystsza i przyjemniejsza, mieszkam sama, więc też nie muszę się martwić tym, że ktoś mi wejdzie do toalety, usłyszy „plum” czy poczuje nieprzyjemny zapach. Z załatwianiem się w innych miejscach, jak centrum handlowe czy domy znajomych, też nie mam problemu, po prostu nie umiem się wysrać we własnym mieszkaniu.
Podeszła do mnie wczoraj sąsiadka, którą znam z widzenia, ale nigdy z nią nie rozmawiałam. Przytuliła mnie i ze łzami w oczach powiedziała: „dziękuję Pani z całego serca”. Nie miałam pojęcia o co chodzi, zdębiałam.
Okazało się, że od miesiąca straszy mną dziecko. Powiedziała swojej córce, że jeśli będzie niegrzeczna i nie pójdzie ładnie spać, to przyjdę zdenerwowana na skargę, a „jak sąsiadka z czerwonymi włosami się denerwuje to robią się jej też czerwone oczy”.
Od tamtej pory jej dziecko co wieczór grzecznie zasypia.
Boję się siebie.
Już od małego miałam zapędy sadystyczne. Bicie i gryzienie rówieśników, znęcanie się nad kotem i uciekanie spod niezbyt czujnego oka rodziców, którzy wychodzili z założenia "dać się dziecku wyszaleć". Najwcześniejszym moim wspomnieniem jest to jak w wieku 4-5 lat wraz ze starszymi kolegami kijami rozszarpaliśmy mysz. Do dzisiaj pamiętam widok jej małych wnętrzności leżących tuż obok ciałka.
Do mniej więcej 10-11 roku życia było już w miarę okej, nie licząc paru incydentów, gdy to puściły mi nerwy. Niestety, nagła zmiana szkoły wszystko to zniszczyła. Byłam klasowym pośmiewiskiem, a że w przeciwieństwie do innych ofiar cicha nie byłam, czasami potrafiło się to skończyć satysfakcjonującą dla nich bijatyką. Cegiełki dokładało do tego uwielbienie do mojego starszego brata oraz on sam swoimi tekstami typu "Ty jesteś jednak upośledzona i głupia". Niby nic, ale gdy przez trzy lata miesza się ciebie z gównem i w szkole, i w domu, twój mózg przestaje poprawnie reagować. Dodajmy do tego rozwód rodziców, brak zainteresowania co się u ciebie dzieje z obu stron, wredna macocha i mamy całe trzy lata.
W pewnym momencie zaczęłam reagować agresją. Ściany, drzwi, pluszaki, a czasami i ludzie obrywali, kiedy tylko coś mnie wyprowadziło z równowagi. Siebie skrzywdziłam tylko raz, nie czując żadnej ulgi. Tylko srogi ból, którego nie chciałam. Natomiast chciałam go u innych. Chciałam im pokazać dlaczego nie warto kogoś niszczyć. Myśli wokół jednej wielkiej rzezi ciągnęły się za mną miesiącami i ciągną do dzisiaj. Ile to razy stałam nad śpiącym bratem z poduszką, ile to razy wyciągałam nóż z szuflady, spoglądając na macochę odwróconą do mnie tyłem, ile to razy obmyślałam lat od kogo zacząć, by nie mieli wystarczająco dużo czasu na wezwanie policji. A to wszystko w umyśle trzynastolatki, do cholery!
Za każdym razem jednak coś mi mówiło "stop", a ja z przerażeniem odkrywałam co chciałam zrobić. Czasami nie dawałam jednak rady się powstrzymać. Rzucałam się na ofiarę, delikatnie ją przyduszając, by szybko ktoś inny mnie odciągnął. A może nie? Nie jestem niczego pewna, nie wiem co było snem, co było prawdą, mam wrażenie że wszystko, ABSOLUTNIE WSZYSTKO się ze sobą miesza, śmiejąc mi się przy tym prosto w twarz.
Mam chwilowo 16 lat i się boję. Boję się, że kogoś skrzywdzę, że będę tego żałować, że nie wytrzymam. Nikt nie chce tego wysłuchać, a jak już to robi to mówi "nie rób sobie żartów".
Ja chcę po prostu normalnie żyć.
W wieku sześciu lat, zainspirowana kreskówkami, stanęłam na grabie. W bajkach wyglądało to fajnie...
Mój nos nie wyglądał fajnie.
Złożyłam życzenia urodzinowe na fejsie... nieżyjącej koleżance.
Czy tylko ja mam wrażenie, że moi rodzice kompletnie przestali myśleć, od kiedy w domu są komputery/smartfony? (wiemy dobrze, że jest to na porządku dziennym od kilku dobrych lat)
Dostaję przez to białej gorączki. Moi rodzice potrafią poświęcać na to cały dzień. Oglądają seriale, grają w jakieś gierki na Facebooku, czytają (mama nawet przegląda pudelka, o zgrozo)... Jednak kiedy przychodzi moment, że trzeba coś na komputerze zrobić/wyłączyć albo po prostu przeczytać komunikat, to zachowują się tak, jakby pierwszy raz w życiu mieli styczność z technologią. Łapią się na każde fejkowe ''reklamy'' typu: ''GRATULACJE, WYGRAŁEŚ 1837193 ZŁ ORAZ TELEFON'' oraz wlatują z buta do mojego pokoju, kiedy baza wirusów nie została zaktualizowana, bo przecież ''CHODŹ, CHODŹ, TAM SIĘ WSZYSTKO NA CZERWONO ŚWIECI''. Hitem ostatnio była moja mama, która przyszła do mnie z telefonem i zrobiła awanturę, bo ''Lampka z telefonu świeci się już kilka dni, co ty mi za szmelc kazałaś kupić!''. Oczywiście chodziło o latarkę. Cała operacja wyłączania trwała 5 sekund i skończyło się na ''JA NA PEWNO TEGO NIE ZROBIŁAM'' + oczywiście foch z przytupem.
Ręce mi opadają. Jak można poświęcać temu tyle godzin dziennie przez iks lat i niczego się nie nauczyć? Byle jakie ''prośby'' (a raczej rozkazy) kończą się od dłuższego czasu awanturami. Nie mogę znieść tego, że nawet czytanie ze zrozumieniem totalnie u nich nie funkcjonuje. Mam ogromną ochotę otworzyć okno i patrzeć, jak sprzęt szybuje z czwartego piętra.
Chciałam zabić własnego ojca.
Nie miałam przyjemnego dzieciństwa. Odkąd pamiętam kłótnie, rzucanie przedmiotami, wyzwiska i okropny smród alkoholu, był częścią mojego "domu".
Miałam ojca alkoholika, który znęcał się nade mną, moją mama i siostrą. Krzyczał na nas za każdą bzdurę, rzucał w nas pustymi butelkami lub po prostu bił.
Gdy byłam mała uważałam, że tatuś kocha mnie na swój sposób. Myślałam, że każdy rodzic okazuje miłość w ten sam sposób jak mój. Oczywiście, później przekonałam się jaką miałam patologie w domu. Sąsiedzi nigdy nigdzie nie zadzwonili - tylko czasami pozwalali mi u siebie przenocować, gdy znów ojciec wyrzucił mnie z domu.
Wchodząc w wiek nastoletni stałam się strasznie opryskliwa, wredna i złośliwa. Wszystko mnie denerwowało, w szczególności rodzice. Na mamę byłam wiecznie obrażona za to, że nie chciała rozwieść się z tym potworem, a na ojca, że w ogóle żył. Wtedy właśnie w mojej głowie pojawił się pomysł - jeśli go zabiję, będzie się nam lepiej żyło. Dlatego rozpoczęłam przygotowania do tego chorego pomysłu.
Pożyczyłam od kolegi ostry scyzoryk i zaczekałam na moment gdy matka pójdzie do pracy, siostra gdzieś wyjdzie, a ojciec będzie spał pijany na kanapie. Podeszłam do niego, przyłożyłam zamknięty scyzoryk do szyi i kiedy miałam już go otworzyć, rozpłakałam się. Nie potrafiłam kogoś tak bardzo skrzywdzić - nawet jego. Nie potrafiłam pozbyć się kogoś, kto zniszczył mi życie. Po prostu nie mogłam.
Scyzoryk oddałam, a o tym zdarzeniu wiecie tylko wy i ja. Teraz, pomimo terapii, nie potrafię rozmawiać z innymi i otworzyć się przed kimś. Matka rozwiodła się z nim w późniejszym czasie, a potem słuch o nim zaginął.
Czasami tylko zastanawiam się, co by było, gdybym rzeczywiście go zadźgała...
Jakiś czas temu wracałem z zagranicy do Polski na urlop. Złożyło się tak, że jechałem z Polakami pracującymi w Szwajcarii, a sam pracuję w Niemczech. Fajne chłopaki, szybko, miło i wygodnie się jechało, ale jest jedno ale. Jeden z nich zapytał się mnie, ile kosztują "panienki" w Niemczech, no i coś mnie tknęło, ale nic się nie odzywałem. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że nie wiem. Więc kolo zaczął mi tłumaczyć, ile to kosztuje w Szwajcarii (jakby mnie to interesowało), ale nie to jest najgorsze. Gość miał czelność przyznać się, że ma żonę i małe dziecko w Polsce, a do tego budowę domu. To wszystko wyszło na jaw tylko przez przypadek i gościu siedząc obok mnie nie miał żadnych wyrzutów sumienia, ba, on się cieszył.
Nie jestem człowiekiem łatwowiernym, więc gdy kolo wysiadł koło swojego domu, zacząłem rozmawiać z jego kolegą, który pracuje razem z nim i on to wszystko tylko potwierdził. Jako facet z deczka się wkurw****.
Wyznanie to piszę, bo nie wiem co mam robić. Na jednym z portali społecznościowych znalazłem żonę tego kolesia, nie było łatwo, ale sprawy informatyki trochę ogarniam. I teraz tak: facet mi ubliżył jako facet. Jego żona to naprawdę piękna i wykształcona kobieta, sam nie wiem co mam robić, więc w komentarzach proszę Was o pomoc. Powiedzieć tej kobiecie o tym, co jej mąż wyprawia (chociaż nie mam namacalnych dowodów), czy pozwolić gnojowi dalej się kur*** i robić żonę w konia? Z drugiej strony też patrząc na to, trzeba brać małe dziecko pod uwagę. Powiedzieć im prawdę i zrujnować ich życie, czy nie mówić im nic i żyć w świadomości, że są szczęśliwi (mówię o kobiecie i dziecku), ale z mojej perspektywy patrząc tylko na pozór. Doradźcie mi coś.
BTW. Jestem facetem, dwudziestoparoletnim, jestem sam, nie złożyło się, żebym kogoś miał, ale gdybym miał, na pewno nie szukałbym boków. Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe.
Zacznę od tego, że mam dwadzieścia parę lat i moje życie nie ułożyło się tak jakbym tego chciała, zresztą ja sama chyba nie wiem czego chcę.
Moje dzieciństwo było dosyć ciężkie, mój tato jest alkoholikiem ale już nie pijącym, w domu jak każdy się domyśla były awantury, chociaż kocham rodziców, bo mimo tej choroby widziałam, że mnie kochali, tato do dzisiaj żałuje tego że spieprzył sprawę... No ale do rzeczy.
Sama przez głupotę wpadłam w alkoholizm, nie widać tego po mnie, jestem zadbana, szczupła, dobrze wychowuję dziecko, tylko zaczęłam chlać. Jak to często bywa zaczęło się niewinnie, na festiwalu kiedy byłam na kacu, namówiono mnie na tzw. klina, później zaczęły się dwudniowe picia, dziecko było pod opieką, często moja teściowa czy rodzice ją brali do siebie na weekend dłuższy czy krótszy. Po zdradzie partnera zaczęło być coraz gorzej, zaczęłam mieć gdzieś wszystko, byłam egoistką, zapijałam ból i tak w kółko, wybaczyłam mu, ale problem został, doszło do tego, że policja ingerowała w to co robiłam, bo np. chciałam popełnić samobójstwo...
Poszłam na terapię, dziwnie się czułam, taka młoda i terapia, ale pomaga, tylko najgorsze co jest we mnie to mój stan psychiczny. Często mam doła, płaczę, wstydzę się tego, że jestem alkoholiczką jak mój tato, boję się że nie dam rady, ale wiem, że ta choroba mnie zabija... Nikt z moich znajomych nie wie, zresztą większość potraciłam przez swoje zachowanie, a ci co zostali piją, więc nie mogę się z nimi zadawać, bo jestem jeszcze za słaba żeby przebywać w gronie takich osób. Trzymajcie za mnie kciuki żeby mi się udało!
W okresie buntu bardzo ścierałam się z mamą. Czułam, że za dużo ode mnie wymaga i nie chciałam wykonywać pewnych prac, a mama nie ustępowała i czekała.
Tak było z łazienką. Całe mieszkanie było ok, tylko umywalka wołała o pomstę do nieba.
Pech chciał, że odwołano nam lekcje i pół klasy przyszło do mnie. Wtedy przypomniałam sobie o łazience, ale było już za późno i weszłam do niej w trakcie, gdy koleżanki ją między sobą komentowały.
Do dziś jest mi głupio i pilnuję porządku.
Dodaj anonimowe wyznanie