#AQNtR

Wyznanie może banalne, może nie ciekawe i bez wielkich zawodów czy zaskoczeń, ale chciałbym w tym miejscu opowiedzieć swoją krótką historie, która powoli, ale skutecznie niszczy moje marzenia...
A więc po kolei. Na początku roku naderwałem mięsień dwugłowy uda, tak naprawdę to się jakoś specjalnie tym nie przejąłem, bo to nie pierwsza tego typu kontuzja (zaznaczam, że sport towarzyszy mi od zawsze i pomagał w najróżniejszych sytuacjach). 

Dwa tygodnie później wizyta u chirurga i zalecenia "nic nie robić czekać, aż przestanie boleć". Żeby przypadkiem nie posłuchać lekarza udałem się na rehabilitację (dwa tygodnie bólu, ćwiczeń i setki wydanych monet). Pierwsze myśli po zabiegach "jest źle, nawet gorzej niż było", odczekałem kolejny miesiąc- brak poprawy. Niestety po około 2 miesiącach naderwanie stało się moim najmniejszym problemem. Marzec, trzecia zmiana w pracy i 15 minut do końca, nagle zacząłem odczuwać lekki ból w okolicy barku (nie przejąłem się tym ani trochę, zwykle zmęczenie pracą). 

Przez kolejne dni ból się nasilał, aż w końcu przestałem używać ręki. Lekarze zaczęli wynajdywać co raz to inne schorzenia, które jak się później okazywało - wcale nie miały miejsca. Z czasem ból zaczął słabnąć, ale wraz z bólem zaczęła znikać siła w ręce. I tak o to pod koniec czerwca jestem osobą po dwóch rehabilitacjach ręki, kilku wykonanych badaniach (wg większości z nich jestem w 100 zdrowy) i totalnym braku siły w ręce (nie jestem w stanie uścisnąć dłoni), dodatkowo zwykle naderwanie w nodze, które miało trwać do 5 miesięcy, uniemożliwia mi chociażby bezbolesne chodzenie po prawie 7 miesiącach!

W ten sposób jestem 22 latkiem, który miał ambitne plany wstąpienia w szeregi straży pożarnej, zostania ratownikiem wodnym, hobbystycznie kopać piłkę, a przez kontuzje, które tak naprawdę nie są niczym poważnym, ale nikt nie potrafi ich ani porządnie zdiagnozować, ani podjąć odpowiedniego leczenia. Dla człowieka, który całe swoje życie opiera na sporcie, taka sytuacja jest nie do zniesienia, gdyż wszystkie emocje (od zdenerwowania po radość) były wyładowywane na boisku, bieżni basenie czy chociażby na siłowni, a tak naprawdę zostałem tego pozbawiony w 2-3 miesiące. Teraz jestem co raz częściej zdenerwowany, sfrustrowany i moje marzenia o służbach mundurowych powoli zostają wyparte marzeniem o normalnej sprawności.

Wiem, że to wyznanie mało kogo zainteresuje, mało kto je przeczyta do końca, ale Ci co wytrawi do końca niech postawią się w sytuacji 23 latka z marzeniami i miłością do sportu, który nie wiadomo dlaczego został tego w krótkim okresie czasu pozbawiony. Dziękuję. Mam nadzieję, że wylanie swoich żali pozwoli choć na chwilę odpocząć od tej sytuacji.

#xzKPm

Sytuacja z gimnazjum. Uczyłem się bardzo dobrze, brałem udział w różnych konkursach itp. Wiedza nie szła jednak u mnie w parze z zachowaniem - co prawda nie piłem wtedy ani nie paliłem, ale z niejednej lekcji się zerwałem, pyskowałem nauczycielom, klnąłem i zawsze byłem pierwszy, żeby wyciąć komuś jakiś numer lub coś odwalić. Z drugiej strony, nigdy nie byłem złośliwy i osobom, które były wobec mnie w porządku, nie zachodziłem za skórę, a wręcz przeciwnie, nieraz bezinteresownie pomogłem coś zrobić czy załatwić. Z tego względu, większość nauczycieli mnie lubiła i obdarzała zaufaniem.

Mam niewielką wadę wzroku, która nie przeszkadza mi w codziennym funkcjonowaniu i nie wymaga soczewek ani okularów, wymaga jednak wykonywania co jakiś czas badań okulistycznych.

Pewnego dnia poszedłem w trakcie lekcji do okulisty. Przed badaniem zakropiono mi oczy atropiną, czyli substancją rozszerzającą źrenice. Stan ten utrzymuje się nawet do kilku godzin, w tym czasie wzrok jest rozmyty i nieostry, a ponadto występuje światłowstręt. 

Po badaniu, dziadek odwiózł mnie do szkoły i wróciłem na lekcje. Stałem na przerwie przed klasą i w pewnym momencie podeszła do mnie nauczycielka i powiedziała: "Słuchaj, idź do domu. Ja nic nikomu nie powiem, dobry dzieciak jesteś, tylko wróć do domu, wyślij mi SMS-a, że dotarłeś, i obiecaj, że drugi raz tego gówna nie weźmiesz". Zacząłem tłumaczyć, że to nieporozumienie, że byłem u okulisty, a ona tylko pokiwała głową i powtórzyła, że mam iść do domu, póki jeszcze nikt nie zobaczył, że mam oczy jak pięciozłotówki i dotykam ścian, żeby wiedzieć gdzie jestem.

Bardzo dziękuję pani za okazane zrozumienie i dyskrecję, ale ja naprawdę nic wtedy nie brałem :).

#vtbbH

Historia z czasów przedszkola. Miałam wtedy 4 lata, jednak cała sytuacja bardzo dobrze zakotwiczyła się w mojej pamięci. 

W przedszkolu pani przedszkolanka bawiła się z nami. Usiadła na krześle, na jedno kolano posadziła mnie, a na drugie inną dziewczynkę i zaczęła energicznie podnosić niewysoko nogi w górę i dół ("patataj, patataj"). 

Nagle poczułam, jak zbiera mi się na grubszą sprawę. Miałam już 4 lata, sama chodziłam do toalety, czasem jedynie potrzebowałam pomocy z podtarciem. Energiczne potrząsanie w górę i dół pani przedszkolanki nie pomogły w uczuciu tak zwanego wychodzącego kreta. W ostatnim momencie zeszłam z jej nogi i pobiegłam w stronę łazienki. Zdążyłam wejść do kabiny, zamknąć drzwi i... całe gówno znalazło się w moich majtkach.

Byłam przerażona, serio, była to dla mnie tak wstydliwa sprawa, że postanowiłam się do tego nie przyznawać w przedszkolu, przed paniami przedszkolankami i dziećmi. Postanowiłam nic nikomu nie mówić. 

Chodziłam z tym gównem w gaciach do końca dnia przedszkola, nie jestem w stanie ile określić ile było to czasu. Potem gdy tata mnie odebrał, nadal nie chciałam się przyznać: "zesrałam się w gacie"... czułam się za duża na takie wybryki. Więc całą podróż do domu (20-30 min samochodem) siedziałam z gównem w gaciach. 

Potem w domu nadal nie potrafiłam nic powiedzieć, więc wymyśliłam super plan. Chciałam całą sytuację z przedszkola przenieść do domu. Poszłam więc do innego pokoju udając, że się bawię, aby następnie ostentacyjnie biegnąc do nocnika zdjąć gacie, usiąść na niego i głośno powiedzieć "upsss, nie zdążyłam". 

Był to już wieczór. Mina mojej mamy pt. "serio?", nie wiem czy z zażenowania, że zesrałam się w gacie, czy z faktu, że zapewne ta kupa po całym dniu noszenia była już ostro zaschnięta i nie wyglądała na świeżą.
Nadal mnie zadziwia fakt, że nikt nic nie poczuł.

#S1xv7

Taka mnie dzisiaj rozkmina wzięła.
Jak byłem mały (może 2ga klasa podstawówki), to większość moich kolegów chciała być spidermanem, batmanem lub innym superbohaterem. Ja natomiast marzyłem, by nosić super wąsy, szabelkę i na Jaremo. Tak... marzyłem by być jak Jurko Bohun z ekranizacji "Ogniem i mieczem".

#ZnFt6

Z cyklu relacje rodzeństwa.

Mam dwa lata starszego brata. Czasem, gdy byliśmy młodsi, kłóciliśmy się, ale później nasze relacje się poprawiły, a przynajmniej tak myślałam. Do dziś nie wiem, dlaczego te wydarzenia miały miejsce.

Historia dzieje się, gdy miałam szesnaście lat. To były wakacje, późne lato z ciepłymi wieczorami. Zdarzało się tak, że mama dość późno wieszała czasem pranie i zostało, żeby się dosuszyć, ale zapomniała o nim. Tej nocy też miała być taka sytuacja. Około wpół do pierwszej w nocy, brat zawołał, że mama kazał mi iść po bluzkę na dwór, więc ja po prostu otworzyłam drzwi i wyszłam. Sprawdziłam jedną suszarkę i drugą, i nie było ślady ubrania. Zdecydowałam, że mama się pomyliła i chciałam wrócić. Niestety drzwi były zamknięte.

Najpierw popukałam, a przy braku odzewu wcisnęłam dzwonek, tylko po to, by przypomnieć sobie, że ten nie działa. Próbowałam więc dzwonić telefonem, który fartem wzięłam ze sobą; do brata, do mamy, na numer domowy, bez rezultatów. W końcu poszłam po klucz zapasowy, tylko po to, aby nie znaleźć go w ustalonej kryjówce.

Mając dość zaczęłam krzyczeć, żeby mi ktoś otworzył. Zero reakcji. W końcu usiadłam i zaczęłam płakać. Wyczerpana, nie chciałam być sama, ponieważ mój dom, prawie stoi w lesie, więc czasem dzikie zwierzęta wchodziły na naszą działkę. Zadzwoniłam do swojej przyjaciółki, a ta, po usłyszeniu co mi się wydarzyło, kazała mi przyjechać do siebie. Tak więc rozmawiając z nią przez całą drogę, przeszłam najpierw trzy kilometry, a później czekałam około godziny na busa. Chwalić wszystkie dobre duszki za to, że w etui telefonu zawsze nosiłam awaryjną dziesiątkę, więc miałam pieniądze na bilet. (Choć teraz dziwi mnie, dlaczego kierowca nie zareagował na kogoś tak młodego o tak wcześniej/później porze).

Dojechałam bezpiecznie i gdy tylko opadłam na łóżko przyjaciółki, zasnęłam. Następnego dnia obudziła mnie mama przyjaciółki, która oznajmiła, że moja mama mnie szuka. Przyjechała po mnie i… dostałam opieprz z góry do dołu. Nikt nie słuchał mojej wersji wydarzeń. W łagodnych słowach zostałam nazwana poszukującą sławy nastolatką.

Po czterech latach jestem pewna, że to wszytko zaplanował mój brat. Dlaczego? Ponieważ;

- klucz ZAWSZE jest na swoim miejscu.
- telefon domowy, NIGDY nie jest wyciszany, a dzwonek mógłby obudzić zmarłych.
- brat zawsze śpi przy telefonie, a nie wycisza go, ponieważ często dzwonili do niego koledzy, więc musiał słyszeć sygnał
- nie było żadnych ubrań ma dworze, gdzie brat mnie wysłał.

Teraz wiem, jak wielką głupotą było to co zrobiłam i jak dużo rzeczy mogło pójść nie tak. Od czasu przeprowadzki nie mam kontaktu z bratem. Nie wiem co w niego wystąpiło i chyba nie chcę tego wiedzieć.

A wy co o tym myślicie?

#wEOTI

Kiedyś byłem niejadkiem, wielu potraw unikałem. Jak byłem u kogoś, by nie słuchać narzekań na ten temat mówiłem prosto, że "nie toleruję glutenu, nie jem nic, czego składu nie znam".

Dziesięć lat później - wylądowałem w szpitalu z anemią.
Powód - nieprzyswajanie czegoś tam.
Powód tego - celiakia (= choroba, przy której nie wolno jeść nic z glutenem...)

Wykrakałem sobie chorobę. Wow.

#QpkZc

Przez to, że w dzieciństwie rodzice krzyczeli na mnie, gdy nie mówiłam sąsiadom "dzień dobry" (tak naprawdę nie znałam tych ludzi zbyt dobrze i bałam się do nich odezwać), to dzisiaj unikam większości znajomych osób, żeby nie musieć się odzywać, a jak już nie udaje mi się uniknąć spotkania, to albo przed powiedzeniem powtarzam te dwa głupie słowa w kółko i w kółko, żeby dobrać odpowiedni ton albo, z powodu guli w gardle, udaje mi się tylko zdawkowo uśmiechnąć.

#RAVdF

Wybierając szkołę średnią wybrałam taką z internatem prowadzoną przez zakonnice. Wybór był świadomy, wiedziałam, że łatwo nie będzie, ale chciałam spróbować.

Takie szkoły czy internaty są różnie traktowane przez różne uczennice. Część idzie tam bo chce uciec z domu, część dlatego, że babcia, mama i ciocie były w tej szkole i stało się to rodzinną tradycją, część dziewczyn (w tym ja) traktowało to jako przygodę.

W szkole była też Zosia. Zosia to przedziwny przypadek pokazujący jak bardzo madki potrafią zniszczyć dzieciakom życie.

Szkoła średnia więc miałyśmy po 15 lat, dziewczyny z różnych stron Polski, z różnych rodzin, różne wychowanie i jeden internat. Nie raz trzeba było się dotrzeć i dostosować. Pierwszego września rodzice przywozili nas do internatu i wracali do domu. Wszyscy oprócz madki Zosi, ta została tydzień by „pomóc córce się zaaklimatyzować”. Zosia była dziewczyną na granicy normy intelektualnej, taki trochę głupek, ale za dobry na szkołę specjalną. Madka siedząc z nią przez tydzień w szkole próbowała wszystko ustawiać: to na którym łóżku w sypialni Zosia będzie spać, którą będzie miała szafkę, które miejsce w klasie. 

Normalnie klasa się dogaduje, trochę czuwa nad tym wychowawca ale przecież w tym wieku można już dojść do porozumienia. Można, chyba że jest się Zosią. Czy muszę dodawać, że taka postawa rodzicielki sprawiała, że Zosia była wyśmiewana, odrzucana, dziewczyny nie chciały wchodzić z nią w relacje, bo w każdej z tych relacji była mamusia?


Podczas każdego roku szkolnego mam przyjeżdżała kilka razy i zostawała po kilka tygodni (kobieta nie pracowała, utrzymywał ją mąż, miała tylko jedno dziecko) i wpieprzała się w każdy konflikt jaki miała Zosia. I to nie tyle rozwiązywała go z zainteresowanymi osobami tylko od razu szła na skargę do kierowniczki internatu. Często to były sprawy typu: ktoś Zosi nie ustąpił miejsca na którym chciała usiąść, ktoś jej powiedział, że jest głupia, czasem że ktoś inny wziął z półmiska kotleta, na którego ochotę miała Zosia.

Te rozmowy to było straszenie kuratorem, poprawczakiem, wezwaniem policji. My śmiałyśmy się z tego, w pewnym momencie nikt nawet nie chciał rozmawiać z Zosią, ale madka swojej winy nie widziała.

Mnie dziś dziwi to, że szkoła na to pozwalała, że dyrekcja, kierowniczka internatu, wychowawcy nie oponowali. Ja rozumiem, że rodzina Zosi dawała duuuuże datki na szkołę ale by między dziewczynami rządziła madka?

Dziś Zosia ma prawie 40 lat, mieszka z rodzicami, nie pracuje, nie założyła rodziny, a madka dalej załatwia jej wszystko: od kupowania ciuchów i kosmetyków po sprawy urzędowe…
Dodaj anonimowe wyznanie