#l7wIY

Ostatnio pisałam tu wyznanie o odcięciu pępowiny od toksyczne matki... Jestem mega podbudowana komentarzami :)


Cała sytuacja wyszła mi i mojej rodzinie na dobre. Z matką kontakt mam, ale nie odbieram jej każdego telefonu, nie lecę na zawołanie.... kilka dni temu dzwoniła do mnie i mnie przepraszała, błagała o tym żeby móc znowu opiekować się dziewczynami, odpowiedziałam jej, nadal jest ich babcią, drzwi do naszego domu są dla niej otwarte, ale w kwestii opieki to koniec i że sobie poradzę.... Wszystko jakoś samo się układa (Bóg chyba macza w tym swój palec ;))


Raz zabrałam córeczki (4,5 i 2,5 roku) ze sobą na egzamin, fakt 140 km w jedną stronę, ale dziewczyny zaliczyły wycieczkę i zobaczyły gdzie ich mama spędza każdą sobotę. Po za tym pozytywna zmiana mojego męża, sam wyszedł z inicjatywą, że weźmie dzień wolnego (akurat miałam zjazd w piątek i w sobotę więc nocowałam poza domem) i został z dziewczynami rezygnując też z dodatkowej fuszki. A dzieci zachwycone, że spędzają więcej czasu z tatą... wiem, że powinnam wcześniej się od niej odciąć, w końcu to przez nią próbowałam się zabić, a po wszystkim mama stwierdziła, że nawet tego nie potrafię zrobić... Ale te wszystkie sytuację spowodowały to, że teraz gdy mam swoją rodzinę, dom, spokój, jaram się tym niesamowicie i każdego dnia Bogu dziękuję, że wtedy nie pozwolił mi ze sobą skończyć...
Trzymajcie kciuki za moja konsekwentność ;)

#BAfgk

Od paru lat dręczy mnie dość dziwny problem. Otóż w miejscach publicznych, przy obcych ludziach, a nawet rodzinie nie potrafię swobodnie myśleć.

W praktyce wygląda to tak, że za każdym razem jak zechcę pomyśleć o czymś prywatnym albo po prostu związanym z moim życiem, dopada mnie nagły i przenikliwy strach. Pojawia się wtedy irracjonalny lęk przed tym, że ludzie w pobliżu w jakiś sposób będą wiedzieli o czym myślę. Brzmi to głupio, lecz dla mnie każde wyjście z domu jest straszliwą męczarnią. Przy innych ludziach nie jestem w stanie nawet pomyśleć o czymś tak prozaicznym jak na przykład to, że chciałabym zjeść pizzę na obiad, albo że chce mi się do toalety. Największą panikę odczuwam gdy ktoś stoi bardzo blisko albo dotyka mnie w zatłoczonym autobusie. Mam wtedy wrażenie, że dużo łatwiej jest dla nich odczytać moje myśli. Codziennie próbuję wmówić sobie, że to niemożliwe żeby ktoś mógł czytać mi w myślach, lecz to nie przynosi żadnego rezultatu.
Ulubionym momentem dnia jest dla mnie moment, w którym wrócę do domu i będę mogła zamknąć się w swoim pokoju, by móc w końcu spokojnie pomyśleć o swoich sprawach. Jestem w stanie wtedy leżeć na łóżku przez godzinę i po prostu myśleć o tym o czym nie mogłam w ciągu dnia.

Najbardziej jednak niepokoi mnie fakt, że od niedawna mój dziwny lęk zaczyna przeradzać się w nienawiść do innych ludzi. Potrafię np. znienawidzić człowieka, który po prostu usiądzie obok mnie albo przebywa w tym samym pomieszczeniu. Kiedy wrócę do mojego pokoju, obsypuję w myślach te osoby najgorszymi przekleństwami, a także wyobrażam sobie ich śmierć. Czuję się przez to podle, gdyż zdaję sobie sprawę z tego, że są najczęściej to zwykli, mili ludzie, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że ktoś obok darzy ich taką nieuzasadnioną nienawiścią.

Bardzo ciekawi mnie to czy ktoś jeszcze ma podobny problem.

#8uIMw

O tym jak ambicje mogą zniszczyć życie.


Słowem wstępu: jestem 26-letnim facetem, już po studiach. Po maturze wyjechałem na drugi koniec Polski, by zacząć zaoczne studia i iść do pracy. Plan się udał, już od kilku lat zarabiam dość dużo i teoretycznie stać by mnie było na wygodne życie. Moim wielkim problemem jest jednak samotność. Moje życie toczy się pomiędzy biurem, a mieszkaniem, bo przez te kilka lat pobytu tutaj nie udało mi się zawiązać żadnych przyjaźni. Jest co prawda kilka osób, z którymi zdarza mi się spotkać na piwo, ale oni mają już tutaj swoje pary i znajomych z rodzinnych stron. Co 2 lub 3 weekend udaje nam się spotkać, ale pozostały wolny czas muszę planować sam.



Może powodem jest to, że wyjechałem z domu zrywając wszystkie kontakty, a tutaj nie miałem okazji nikogo bliżej poznać (studia tylko w weekendy gdzie 90% roku dojeżdża spoza miasta + praca z ludźmi sporo starszymi ode mnie). Efekt jest taki, że z wczesnej dorosłości, którą większość moich rówieśników spędziła na imprezowaniu, ja pamiętam głównie stanie przy taśmie na dwa etaty i nocne kucie do kolokwiów.



Staram się urozmaicać jakoś swoje życie ale ile można jeździć po mieście na rowerze, chodzić na kursy językowe, czy jeździć samemu nad Bałtyk. Wypróbowałem wiele sposobów aby "wyjść do ludzi", ale efekt jest na razie żaden. Za 3 tygodnie zaczynam urlop i już się cieszę. Mam do wyboru 2 tygodnie u rodziców, lub dość krępujące samotne wycieczki, które zaczynają mnie nudzić. Z kasą którą zarabiam, mógłbym jeździć kilka razy do roku na fajne wypady, problemem jest tylko brak towarzystwa.
I tak, słyszałem o wczasach dla singli, no ale one mają seksualno-matrymonialny klimat, no a mnie kobiety nie kręcą ;)

#BFXKl

Historia która wydarzyła się na prawdę chociaż trudno w to uwierzyć.
Mój nauczyciel z którym miałam prywatne lekcje miał malutkiego psa.
Pewnego razu siedzimy sobie i pies ten puścił niewyobrażalnie śmierdzącego bąka.
Nauczyciel stwierdził,że to nie pies i żebym nie zrzucała na niego winy.
Dostałam długi wykład o tym, że to fizjologiczne , nie ma się czego wstydzić i powinnam być chociaż na tyle kulturalna żeby przeprosić.
Ja wciąć trwałam przy swoim.
Żeby udowodnić mi winę nauczyciel postanowił... powąchać psu dupę.
Byłam w szoku bo faktycznie to zrobił i stwierdził,że wali jak z pieczary.
Przeprosił i kontynuowaliśmy lekcję.
Pozdrawiam serdecznie,bo był najlepszym nauczycielem świata ;P

#PRqw4

Jestem dziwnym przypadkiem. Z jednej strony jestem w miarę pewną siebie i sympatyczną osobą. Z drugiej - nie umiem budować relacji z ludźmi. Co prawda rozmawiam czasem z ludźmi na uczelni, dogaduję się z klientami. Nie posiadam natomiast żadnych przyjaciół czy nawet znajomych. Nikogo, z kim mogłabym spędzić czas, iść na zakupy czy na imprezę.
Poza jedną osobą.
Ze swoim partnerem jestem już 2 lata. Przez ten czas regularnie udaję, że wychodzę z domu na jakąś imprezę czy do kina "ze znajomymi". Przez te kilka godzin jeżdżę bez celu po mieście i czuję pustkę. Tak bardzo mi wstyd...

#NdP8V

Na kratce furtki wejściowej do śmietnika widnieje tabliczka z napisanym "Zakaz podrzucania śmieci. Niedostosowanie się grozi mandatem do 500 zł".

Jako mały szkrab niedosięgający zbytnio do wysokiego kontenera zawsze parę razy rozglądałem się przed "podrzuceniem" śmieci, aby nikt nie przyłapał mnie na przestępstwie.

#Klxvc

Skoro nie podaje tutaj swojego imienia, nazwiska, adresu, numeru NIP i PESEL, to jem swoje kozy z nosa, nie lubię takich miękkich fąflów, tylko już dojrzałe, zaschnięte kozy. Lubię zjadać swoje strupki, specjalnie odrywam dojrzałe już rany i delektuje się krwistym stekiem. 


Paznokcie, które już sobie obciąłem (nieistotne czy u rąk czy stóp) rozgryzam i wkładam sobie między szparę zębów. O swoich odchodach nie wspomnę, moja ciekawość jest silniejsza od zdrowego rozsądku. Kiedy pierdnę, specjalnie schylam się w stronę nóg i delektuje się swoim aromatem. 


W lecie specjalnie ubieram grube skarpety, ciężkie buty i czekam aż przepoci mi się noga. W domu to tylko okna zamknąć i rozłożyć nogi na biurku do kawy. Lubię smród, który wydobywa się z mojego ciała.

#DovGJ

Jestem "panem w średnim wieku" i... wciąż nie wiem kim jestem i czego chcę.

Z dobrze zapowiadającego się ucznia (nie takiego naj, naj - ale solidnego, żywiołowego, pełnego zainteresowań), stałem się bezwiednym, pustym w środku dorosłym, bez pasji, wytrwałości, poczucia sensu. Jako dzieciak skrajnie nadwrażliwy i pewnie straumatyzowany - alkoholizm i potem samobójstwo ojca. Byłem skrajnie nieśmiały do prawie trzydziestego roku życia - do tego stopnia, że nie wschodziłem do znanych mi sklepów, gdy zmienił się w nich wystrój.

Mój pęd do wiedzy, poznania i nauki skończył się kiedyś, jakby ktoś w swoim czasie przekręcił mi jakiś przełącznik.
Od prawie 30 lat mam gitary (sprzęt warty razem ze 20 tys. kurzy się i nic więcej) - nauczyłem się niecałych dwóch utworów. Pasjami czytałem - około książkę dziennie, dziś tylko jakieś pojedyncze artykuły. Miałem pełno zainteresowań - dziś surfuję po sieci i tyle. W młodości czułem się przeraźliwie samotny - dziś samotność to dla mnie nieosiągalny luksus. Nieraz kogoś czegoś uczyłem, studia skończyłem planowo, jako jedyny facet z pierwotnej grupy dziekańskiej, a dziś patrzę jak inni zrobili doktoraty, MBA, są dyrektorami, prezesami.

Nie czuję specjalnie związku z miejscem pracy, niezbyt lubię to co robię, a jednak przez 20 lat nie byłem w stanie iść gdzie indziej. Chciałem być naukowcem, ale nie wierzyłem w siebie i od prawie 20 lat pracuję w przemyśle. Mam IQ prawie 150 (mocno przeceniany parametr), a czuję się głupszy i bardziej nieudaczny od ludzi bez wykształcenia. Od lat nie odniosłem żadnego sukcesu, ale też nic nie zrobiłem w tym kierunku. Mam problemy z koncentracją, pamięcią, zaangażowaniem - czuję, jakbym wybudzał się do większości aktywności. Kocham być w takim "nothing boxie" - bez konceptualnych myśli.

Z biegiem lat uprościłem się, używam niewyrafinowanych słów, jakoś po 23-24 roku życia przestałem swobodnie przyswajać wiedzę. Nie potrafię nawiązać trwałych więzów emocjonalnych (ba! nie znoszę ich), a jednak cenię lojalność, wierność i rodzinę. Czy może nie do końca rozumiem własnej emocjonalności w stosunku do innych osób. Nie chcę rozmawiać, nienawidzę tematów o codzienności, co było u kogoś w pracy, co ktoś powiedział, zrobił itp. W nic nie wierzę. Przestałem mieć pasje, bo były chwilowe. Moje najmocniejsze uczucia w życiu to niechęć do jednej z byłych i załamanie, gdy okazało się, że pewnie mam chorobę neurodegeneracyjną, która może zakończyć się kalectwem.

Łapię się na tym, że zazdroszczę znajomym, którzy robią ciekawe rzeczy, osiągają sukcesy i wręcz nie lubię na to patrzeć. Lekarz mówi, że moje problemy to zaburzenia lękowe - bardzo sobie cenię antydepresanty, które zacząłem brać z 25 lat za późno. Czuję się tłem, szary, nijaki, niespełniony, głupszy, gorszy, a nie wiem, co by mnie spełnić mogło.
Dodaj anonimowe wyznanie