Jestem początkującym kierowcą, posiadającym prawo jazdy od siedmiu lat. Zrobiłam je po osiemnastych urodzinach, bo tak chcieli rodzice. Mieszkają na wsi, a tam potrzebny jest samochód.
Prawo jazdy robiłam w małej miejscowości, zdałam za pierwszym razem i przez pierwsze miesiące jeździłam naprawdę wzorowo. Tylko ja wewnętrznie czułam, że to mi nie pasuje i jestem słabym kierowcą. Od zawsze miałam problem z lustrami, oglądając siebie w jakimś zwierciadle nie wiedziałam, w którą stronę się obrócić i jak złapać za włosy w przypadku czesania. Tym bardziej ten problem uwypuklił się podczas jazdy, ale nigdy nie ma tyle, by ktoś zwrócił na to uwagę. Nie jestem w stanie ocenić odległości innych samochodów za mną od mojego auta.
Po maturze poszłam na studia. Przez 7 lat jeździłam komunikacją miejską i nie było z tym żadnego problemu. Po studiach zamieszkałam na stałe w dużym mieście i dojeżdżałam do pracy autobusem. Niestety, okazało się, że firma, w której byłam zatrudniona przenosi się 20 km dalej, za miasto, do swojej siedziby głównej. Bardzo lubię swoją pracę, więc zdecydowałam się kupić samochód i dojeżdżać, innej możliwości nie było. I właśnie wtedy zaczęły się pierwsze problemy.
Nie potrafiłam jeździć w mieście. Nie rozumiałam, czemu jadąc jednym pasem prosto, nagle zamienia się on w pas do skrętu w prawo. Tym bardziej nie rozumiałam, czemu jak chcę skręcić w pas obok, to nikt nie chce mnie na niego wpuścić, ale wszyscy trąbią jak zwalniam czekając na zjazd na docelowy pas, póki jeszcze mogę, bo nie ma linii ciągłej. Wiele razy chcąc nie chcąc skręcałam w prawo i zawracałam dalej lub wymuszałam pierwszeństwo licząc, że się zmieszczę (tu pojawiał się problem z szacowaniem odległości za pomocą lusterek).
Do tej pory nie umiem parkować. Muszę mieć dużo miejsca, żeby to zrobić, a i tak nie parkuję prosto lub w wyznaczonym miejscu.
Każdy wyjazd do pracy to dla mnie spore wyzwanie. Gdy wracam do domu nie zjeżdżam do żadnego sklepu, tylko najpierw parkuję pod mieszkaniem, a dopiero później idę dwa kilometry pieszo na zakupy. Znajomi mówią, że jestem niewprawiona, ale ja tak naprawdę wiem, że od zawsze miałam z tym problemy.
Wczoraj miałam więcej odwagi, więc pojechałam kupić cięższe zakupy. Chciałam zaparkować normalnie, jednak za każdym razem zjeżdżałam z miejsca parkingowego do tyłu, bo było na lekkim spadku. Jakiś zdenerwowany pieszy uderzył w tył mojego auta krzycząc, że ma córkę w wózku i że mam patrzeć jak wyjeżdżam. Zestresowałam się i dodałam gazu uderzając w przód auta zaparkowanego naprzeciw mojego. Oczywiście, zaraz właściciel pojazdu się znalazł, narobił szumu z powodu dwóch rys na zderzaku i zadzwonił po policję.
Mam 6 punktów karnych i 250 zł mandatu. Tyle że wiem, że niczego mnie to nie nauczy. Będę się bała bardziej, ale wciąż jeździła.
Byłam typową łatwą dziewczyną. Szłam z każdym, wie o tym większość mojego obecnego towarzystwa. Rozwaliłam jeden związek, chociaż pierwsze kilka razy nie wiedziałam, że on kogoś ma.
Mały zwrot akcji.
W wieku 14 lat miałam 5 lat starszego faceta. Przemoc psychiczna non stop, chociaż wtedy tego nie dostrzegałam albo tłumaczyłam sobie tym, że jest DDA. Nie dostrzegałam też tego, że żebym mu się oddała wziął mnie na litość. I że skoro raz kiedy mu od mówiłam przymusił mnie do seksu, zapewne zrobi to też kolejny. I kolejny...
Byłam z nim 2 lata, od 14 do 16. Rodzice chcieli nas rozdzielić, ale na tamtym etapie mieliśmy słaby kontakt (w pewnej mierze z mojej winy) i nie znając sytuacji zrobili to w zły sposób. Poza tym przecież byłam już taaaaaka dorosła...
Co mi po tym zostało? Strach i ocena własnej wartości gdzieś na dnie rowu mariańskiego. Przez długi czas szłam z każdym, kto zaczynał cokolwiek w tym kierunku, bo jeśli oddam się sama, nie zrobi mi krzywdy. Nie widziałam że tym sposobem robię sobie krzywdę sama.
Z czasem nauczyłam się wykorzystywać seks do własnych celów i wmawiałam sobie, że robię to bo lubię, chociaż na kilkunastu facetów było może 3, z którymi faktycznie poszłam z własnej woli.
Jednym z nich jest mój obecny partner. Wie o wszystkim, pomógł mi otworzyć oczy. Wiem już że to, co ponoć brzmiało "po prostu to lubię", było tak naprawdę stwierdzeniem, że na nic więcej i tak nie zasługuję, i seks to jedyna namiastka czułości czy jakiegoś tam "uznania".
Minęło 6 lat. Powoli staję na nogi.
Morału nie ma.
Moim jedynym najskrytszym marzeniem jest poznanie kogoś, bycie z nim w związku i po prostu życie z drugą połówka/partnerem.
Niczego więcej nie pragnę.
A próbowałam już wszystkiego, portali randkowych, Tindera, szybkich randek, ogłoszeń matrymonialnych.
Od 6 lat żyję sama, wyjeżdżam na wakacje sama, organizuję sobie jakoś czas.
Lubię siebie i lubię spędzać czas sama ze sobą, lecz wynika to raczej z tego, że każda moja znajoma, przyjaciółka ma już założoną rodzinę.
Mam nadzieję, że dane mi będzie spełnienie mojego marzenia, a jeżeli nie, postaram się przeżyć moje życie samej jak najlepiej.
Mam 18 lat i boję się, że popadłam w alkoholizm.
Prawdopodobnie mam to w genach, moja prababcia, potem babcia, a następnie mama wychowywały się w patologicznych rodzinach. Moja mama, mimo że odbiegła od tej patologii, stworzyła mi prawdziwy dom, w którym czułam się dobrze - miała chwilę słabości. Po śmierci mojego taty było już coraz gorzej, jedno dwa piwka raz na jakiś czas przerodziły się w kilka-kilkanaście codziennie. Awantury w domu po pijaku, mówienie, że jestem najgorsza kiedy nie chciałam kolejny raz iść do spożywczaka obok po alkohol dla niej kiedy miałam 15 lat. Z czasem, kiedy zaczęłam się jej stawiać i pokazywać, że już nie może mną pomiatać uspokoiła się, ale wciąż pije.
Przez te 3 lata tak bardzo mi zaufała, że mogę robić praktycznie to co chcę, więc upijanie się nie jest teraz problem (że np zrobi mi awanturę, że piję czy coś). Codziennie od 2 miesięcy wracam do domu pijana, po 3 tygodniach ciągu alkoholowego zauważyłam, że coś jest nie tak, ale przecież jedno dziennie piwko to nie alkoholizm, a ja przecież nie robię awantur, rano normalnie wstaję do szkoły, potem idę do pracy, przecież nic się nie dzieje jak wypiję.
Ostatnio straciłam kilka osób w moim życiu, uświadomiły mi one, że przesadzam z tym. Jest mi z tym okropnie, niby nie zostałam sama, mam siostrę, z mamą w miarę dobry kontakt, ale tak bardzo się boję przyznać. W towarzystwie zwykle uchodzę za tą co ma humor, co umie się bawić, taka która żyje szybko, jest pewna siebie Ale wewnętrznie czuję się nikim i powoli tracę uczucia, bo zagłuszam je alkoholem...
Rok temu mąż zdradził mnie na naszym weselu.
Około dwudziestej powiedział, że bardzo boli go głowa i poszedł "na chwilę" do pokoju, w którym mieliśmy nocować. Ja zostałam z gośćmi. Kiedy minęło pół godziny i nie wracał, a telefon miał wyłączony, poszłam zobaczyć, czy wszystko OK.
Zastałam Szymona w łóżku z jego "dobrym kolegą". Nagle dowiedziałam się, że mój narzeczony jest bi.
Znaliśmy się ponad cztery lata, byliśmy parą prawie trzy. Nigdy nie dał mi znaku, że mnie oszukiwał. Marek ("kolega") zawsze odnosił się do mnie chłodno, ale uwierzyłam Szymonowi, kiedy mi powiedział, że była dziewczyna Marka zdradzała go, więc nie ufa kobietom. Nie robiłam o to afery, przecież to nie z Markiem planowałam przyszłość.
Dopiero kiedy ich przyłapałam Szymon przyznał, że owszem, jest bi, ale to Marek jest jego miłością, a nasz związek był po to, żeby konserwatywni rodzice Szymona nie zwrócili uwagi na jego związek z Markiem. Triumfu i pogardy na twarzy Marka nigdy nie zapomnę. Nie chciałam szopki, więc moja mama zajęła się gośćmi, a ja poszłam do pokoju jej i taty, potem siostra zawiozła mnie do rodziców. Rano oczywiście wszystko się wydało. Udało mi się unieważnić małżeństwo.
Czułam się obrzydliwie, po załatwieniu niezbędnych formalności zerwałam kontakt z Szymonem, mam gdzieś, że rodzice go wydziedziczyli (a jest jedynakiem). Jakoś się pozbierałam, od niedawna odnawiam znajomość z kolegą ze szkoły, na razie na stopie czysto koleżeńskiej.
Najbardziej jednak boli mnie to, że oprócz moich przyjaciół i rodziny, to jestem obgadywana jako ta, którą zdradzał facet z facetem, pewnie jestem głupia, że nic nie zauważyłam, a może wręcz nie miałam nic przeciwko... Ostatnio usłyszałam od sąsiadki, że widać, że wcale taka zakochana nie byłam, skoro już z innym się spotykam.
Staram się nie słuchać i nie przejmować, ale przez takie gadanie czuję się winna całej sytuacji i wręcz napiętnowana.
Coraz częściej myślę o przeprowadzce.
Moja przyjaciółka 3 lata z facetem, 2 lata zaręczona. Od czasu pierwszego faceta nie potrafi być sama. Nie ma żadnej przerwy. Po prostu znajduje kolejnego, zanim skończy się poprzedni związek. Dlaczego? Bo nie jest już zakochana. Tak stało się i tym razem.
Kiedy powiedziała, że poznała fajnego kolesia, zapaliła mi się lampka. Wtedy powiedziała, że przesadzam i wymyślam teorie, przecież nie zawsze o to chodzi (tu nie wiem co miała dokładnie na myśli), on jest tylko dobrym znajomym, powiedziała tak po drugim spotkaniu z nim. Po trzecim była tak napalona, że postanowiła przedstawić go rodzinie, która jak widać nie ma nic przeciwko. Narzeczony nie ma pojęcia, dlaczego przyjaciółka chce odroczyć ślub. Widzę, że zostawia sobie otwarta furtkę na wypadek gdyby nie wyszło jej z tamtym kolesiem, który w dodatku nie ma zielonego pojęcia o jej zaręczynach. Najgorsze jest to, że to już nie pierwsza taka sytuacja, a ona zawsze wychodzi obronna ręka i brzydzę się jej postępowaniem.
Uprzedzając pytania, nie mogę powiedzieć nic jej narzeczonemu, gdyż nie ma on konta na portalu społecznościowym, a nie mam do niego żadnego namiaru. Straciłam wiarę w miłość.
Nie da się zbudować szczęścia na czyjejś krzywdzie.
Wstęp krótki i bez zbędnych szczegółów. Zdradziłam. To było dawno, wiem, że to było złe. Nie powtórzyłabym tego. Nie było warto. Nie jestem już ani z jednym ani z drugim.
Nie potrafię się z tym pogodzić. Nie potrafię sobie z tym poradzić. Nie potrafię sobie wybaczyć. Jest mi źle samej ze sobą, nie mogę spojrzeć na siebie w lustrze. Nie czuję nic. Nic mnie nie cieszy, mało co mnie smuci, nie jestem szczęśliwa.
Nie chciałabym wrócić tego co było wcześniej. Jest mi po prostu źle, że byłam do tego skłonna i kogoś skrzywdziłam. Nie tęsknię za żadną z tych relacji. Tęsknię za sobą sprzed tej sytuacji. Tęsknię za zaufaniem do siebie. Za wiarą w siebie. Za możliwością powiedzenia, że jestem wierna, dobra, uczciwa, oddana zasadom, posiadająca ideały.
Oddałabym wiele, by móc cofnąć czas i do tego nie dopuścić. Czuję, że na nic dobrego w życiu już nie zasługuję, w nic nie inwestuję, w niczym nie pokładam nadziei.
Jeśli czyta to choć jedna osoba, która jest w trakcie lub przed... Nie rób tego. Przerwij to. Nic dobrego z tego nie będzie. Powiedz wszystkim zanim dowiedzą się sami, odpokutuj, przeproś, żałuj. Może chociaż ty będziesz szczęśliwy. Ja już nie mogę.
Jestem dwudziestokilkuletnią kobietą po przejściach, która w końcu odnalazła szczęście i wspaniałego. Wszystko układa się świetnie, doskonale się dogadujemy, mamy podobne priorytety, spojrzenie na świat. Od czasu do czasu, lubimy się ostrzej zabawić. Trochę alko, kilka kresek i mnóstwo ostrego seksu.
Jakiś czas temu, pojechaliśmy do rodzinnego miasta. Mamy mojego faceta nie było w domu, więc postanowiliśmy się zabawić. Spędziliśmy fenomenalny weekend i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie maleńki szczegół, na jaki po jakimś czasie zwrócił uwagę mój facet.
Zauważył, że zegarek, który stoi w pokoju, w którym urządzaliśmy sobie naszą małą orgietkę, ma wejście na karty pamięci. Wystukał nazwę modelu w wyszukiwarce i co się okazało? To małe, nowoczesne cacuszko ma wbudowaną niezłą kamerę! Tego samego dnia, spotkaliśmy się z ojcem mego ukochanego i uzmysłowiłam sobie, że widział naszą fantastyczną zabawę. W jaki sposób się tego domyśliłam? Ano, nawet tego nie krył i nieustannie dawał nam do zrozumienia, że zdaje sobie sprawę z tego, jak się bawiliśmy.
Niby jestem dorosła, niby nie robiłam niczego złego, ale trochę mi niezręcznie, że mój przyszły teść, miał okazję widzieć mnie w takich sytuacjach, które można zobaczyć tylko w ostrych produkcjach porno. Jedyny plus jest taki, że nikomu o tym nie powie, ponieważ o jego szpiegowskim gadżecie nie ma pojęcia żona, której wierność w ten sposób testuje.
I tak, cała nasza trójka udaje, że w zasadzie nic się nie wydarzyło. Poza tym, że ten cholerny zegarek nadal stoi tam, gdzie stał i spoziera na nas swym czujnym okiem.
Straciłam przyjaciółki. Chociaż, może nigdy nimi nie były tak naprawdę.
Trzymałyśmy się w piątkę od liceum. Po skończeniu szkoły każda zaczęła inne studia, jednak udawało nam się spotykać raz na miesiąc lub dwa. Co ważne 3 z nich mieszkają na różnych wsiach niedaleko mojego miasteczka. Zawsze starałam się być na spotkaniach i zazwyczaj to ja rozwoziłam wszystkie do domów. Lubię prowadzić, więc nie był to dla mnie duży problem. Nigdy też w grupie nie było żadnego oburzenia, gdy któraś nie mogła się pojawić. Jedyne co mi przeszkadzało, to to, że praktycznie nie mogłam się przebić, żeby coś powiedzieć w trakcie rozmowy, bo w przeciwieństwie do dziewczyn jestem raczej cichą osobą z lekką fobią społeczną. Czasem kilka godzin mijało mi na słuchaniu rozmów dziewczyn w milczeniu. Zdarzało się, że gdy udało mi się dojść do słowa, żadna nawet nie słuchała. Było mi przykro i nieraz płakałam po powrocie, że znowu nie mogłam się zwierzyć z meczącego mnie problemu.
Sytuacja pogorszyła się rok temu, gdy tym razem na spotkaniu nie mogłam pojawić się ja. Zamiast zrozumienia usłyszałam pretensje, że robię to specjalnie, bo nie chcę ich zawieźć do miasta. Od tamtego czasu zaczęły mnie stopniowo odsuwać od grupy, coraz rzadziej ze mną pisały, przestały odpowiadać. Kontakt urwany.
Z perspektywy czasu widzę, że dla nich byłam tylko kierowcą, jednak boli mnie, że teraz nie mam już nikogo, z kim mogłabym czasem porozmawiać.
Moja mama to perfekcyjny przykład kobiety, która stara się schudnąć, ale nie może, bo geny i choroba. Kiedy spotka kogoś znajomego, rozmawia z kimś z rodziny i zejdzie na temat wagi, to zawsze żali się, że próbowała diet, próbowała ćwiczyć, głodziła się, chodziła na spacery, ale nie może schudnąć czegokolwiek by nie robiła. To przecież genetyka, jej mama też miała 130 kg, a ona ma jeszcze chorą tarczycę.
Tak się składa, że w domu widzę te wszystkie podejścia do chudnięcia. Diety? Dwa, trzy dni, podczas których jadła owoce, jogurty, serki wiejskie, kurczaka na parze, oczywiście w żaden sposób nie licząc kalorii. Spożywała wciąż więcej niż potrzebuje, ale kiedy jej to tłumaczyłam, to mówiła mi, że mam przestać opowiadać bzdury, bo to wszystko jest light i fit. Po dwóch dniach takiej diety, zniechęcona brakiem rezultatu na wadze, znów wracała do swojego jadłospisu. Przykład? Godzina 23, ona ma ochotę na frytki, robi i zjada duży talerz frytek z trzema jajkami sadzonymi.
Około 1 wsuwa dużą paczkę chipsów do filmu. Ćwiczenia i ruch? Powolny spacer z kijkami z sąsiadką. Jakieś 40 minut, podczas których spaliła może 300 kcal, co jest jedną piętnastą częścią tego, co spożywa. Tata robi to samo, ale nie podejmuje żadnych prób ruchu ani diety. Do tego zajada się słodyczami w ilości jedna czekolada + garść cukierków lub kilka kawałków ciasta i popija pepsi.
On w trakcie rozmów żali się na cukrzycę i opowiada jak to jest ona powodem niemożliwości by schudnąć. A ja? Latami buntowałam się przeciw tłustej kuchni, obżarstwu, podwójnym porcjom, latami wychodziłam z nadwagi i wciąż ćwiczę. Rodzicom próbowałam pomóc na różne sposoby. Podsuwać artykuły, drukować jadłospisy, pokazywać filmiki ze skutkami takich zachowań. I nic. Mam im dać spokój i zająć się sobą, bo oni są starzy i chorzy.
Nie cierpię, jak ktoś gruby wymawia się chorobą, bo tylko mała część z tych osób tak naprawdę jest na tyle chora, że faktycznie nie może się za siebie wziąć. Reszta ma zwyczajną wymówkę, ale najgłośniej krzyczy, że to nieprawda. Gdzie anonimowe? Ano tu, że nawet nie można o tym głośno powiedzieć, bo zostanie się zakrzyczanym i zwyzywanym.
Dodaj anonimowe wyznanie