Mam 16 lat i dziecko.
Generalnie to pochodzę z lekkiej patologii, ale jestem bardzo ogarnięta i dojrzała jak na swój wiek, potrafię zająć się sama sobą i jakoś mi się żyło. Mama cały czas w pracy, ojciec w sumie nic nie robi, nie pije, ale nie pracuje, bywa agresywny i jest po prostu męczący i lekko chory psychicznie. Generalnie to kiedyś wziął wielki kredyt na rozkręcenie biznesu, nie udało mu się i do teraz nie pracuje, tylko zatrudnia jakichś Ukraińców na gospodarstwie, które przynosi głównie straty (finansuje to mama). Generalnie to ciągle powtarza, że jeszcze będzie biznesmenem itp. itd. Ja sobie chodzę do szkoły, kasy mi brakuje, ale na podstawowe potrzeby jest, uczę się dobrze, wychowuję się sama, jest w miarę OK.
A właściwie było.
Półtora roku temu jedna z Ukrainek mojego ojca zaszła w ciążę. Umarła krótko po porodzie. Dziecko zostało w domu, matka nie chciała go widzieć, więc się wyprowadziła do jakiejś kawalerki, ale wciąż daje nam kasę. Dziecko było w domu, leżało i płakało. Nikt się nim nie zajmował, więc zrobiłam to ja. Mam na nie 500+, więc finansowo jest OK, ale czuję się jego matką i ojcem. Spadły mi wyniki w szkole, już nie mam czasu sobie dorabiać, zupełnie nie czuję do tego dziecka empatii i miłości. Umiem zrobić z nim wszystko (przewinąć, nakarmić itp.), ale czuję się tak wyczerpana, że nie wiem co robić. Miałam myśli samobójcze, chciałam oddać to dziecko do okna życia (nie wyobrażam sobie jak dorasta z tak młodą "matką", nie dam mu nic oprócz biedy), ale mój tata grozi, że mnie pobije jak to zrobię. Do domu dziecka też nie chcę iść, przed pojawieniem się tego małego kaszojada miałam constans w życiu, tam wywalą mnie po osiemnastce i nie będę miała dokąd pójść. Opieka społeczna odpada, mój ojciec mówi, że nie jesteśmy "nienormalni" i grozi mi, że jak wprowadzę tych darmozjadów (czyt. opiekę społeczną) do domu, to mnie pobije.
Jak się nie zajmuję dzieckiem, to ono leży i płacze, mój ojciec nie tknie go nawet kijem od szczotki. Uważa, że to babskie zajęcie, on jest od zarabiania pieniędzy. Mama udaje, że nie ma problemu i niezbyt chce rozmawiać na ten temat, kiedy go poruszam, to płacze. O tej Ukraince wiem bardzo mało, szukanie jej rodziny na Ukrainie to jak szukanie wiatru w polu. Dziadków ani innego rodzeństwa nie mam, reszta rodziny nie utrzymuje z nami kontaktu (ciekawe dlaczego).
Gdy chodziłam do przedszkola, miałam wtedy 5 lat, byłam straszną łobuziarą i zawsze wolałam towarzystwo chłopców, było ciekawiej. No i pewnego jesiennego, zimnego dnia, gdy nasze trzy wychowawczynie ''świętowały'' urodziny jednej z nich (drinki itd.), stwierdziłam, że jest za nudno. Wyciągnęłam dwóch kumpli i namówiłam ich na oglądanie łabędzi na drugim końcu osiedla, niedaleko miejsca, gdzie mieszkałam. Wymknęliśmy się, bez problemów, do tego bez kurtek, czapek itp. Wtedy to była dla nas długa droga, dochodząc do stawów, byliśmy już posikani w majtki, lecz to nam nie przeszkodziło.
Udało się dojść, widzieliśmy łabędzie, bawiliśmy się w najlepsze, do tego nikt nas nie szukał. Stwierdziłam, że skoro mieszkam zaledwie ulicę od stawów, odwiedzę mamę i opowiem jej o mojej przygodzie. Przypominam, że miałam 5 lat... Podchodzimy do mojej klatki, a tu nagle mama do sklepu idzie, patrzy, a tu ja - obsikana, z dwoma chłopcami i zmarznięta. Natychmiast nas wzięła, zadzwoniła do przedszkola, okazało się, że policja już tam jest. Mama pojechała tam z nami, zrobiła awanturę stulecia pani wychowawczyni. Ja za to cały czas chwaliłam się dzieciom, jak to udało nam się.wymknąć i zobaczyć łabędzie!
Okazało się, że jedna pani miała trochę promili. Pamiętam, że już jej tam potem nie zobaczyłam, chłopaków nie pamiętam, lecz dzisiaj, mając 23 lata, nie raz widzę panią przedszkolankę idącą na targ czy do bankomatu. Chyba mnie nie poznaje.
Za to ja zawsze chwaliłam się, że moje pierwsze wagary, od razu z udziałem policji, wódki i przygody nad stawem, zaliczyłam w wieku 5 lat!
Miałem kiedyś wiewiórkę.
A w sumie moja siostra, ale ona miała mało czasu, bo chodziła wtedy do liceum i chciała dobrze napisać maturę, więc dużo się uczyła. Nie była to zwykła polska wiewiórka, tylko wiewiórka syberyjska lub inaczej zwana burunduk syberyjski (polska wiewiórka jest ruda, a syberyjska brązowa w białe, podłużne pasy).
Nazywała się Drops - od tego, że jak tylko wybiegła z transportera do mojego pokoju (pokój dzieliłem z siostrą), to nie pobiegła do klatki, tylko obwąchała opakowanie cukierków.
Drops żył w naszej rodzinie 7 długich, cudownych lat. Przez ten czas każdy z mojej rodziny bardzo się do niego przyzwyczaił. Nawet nie bał się naszej kotki, a ona nie polowała na niego. I nieważne, czy kogoś drapnął (bo się przestraszył), czy kogoś ugryzł - wszyscy bardzo go lubiliśmy. Czasem to na nas wskakiwał i chodził po ramionach albo zbiegał po ubraniach na ziemię. Dawaliśmy mu orzechy lub nasiona słonecznika, gdy przybiegał do nas. Może i trzeba było często po nim sprzątać, ale wciąż był wspaniałym zwierzątkiem. Właśnie, był...
15 grudnia 2017
Byłem chory, nie poszedłem do szkoły, zostałem w domu i leżałem w łóżku. Obudziłem się około 9 i bardzo się zdziwiłem, bo nigdzie nie słyszałem cichego uderzenia łapek o panele, co świadczyło by o jego obecności. Natychmiast wstałem i zacząłem go szukać. Drzwi od pokoju były zamknięte, czyli nie mógł wyjść. Okno też było zamknięte, więc nie mógł przez nie wyjść (raz wyszedł przez rozszczelnione okno, ale to na inną historię). Kratka wentylacyjna była nietknięta, czyli przez nią nie wyszedł. Sprawdziłem za i pod łóżkiem, czy go tam nie ma, za firanką, sprawdziłem karnisz, szafę, komodę, a na samym końcu jego klatkę i kapcia, w którym lubił sypiać. Był tam, zwinięty w kulkę, spał. Ucieszyłem się, gdy go zobaczyłem, bo czasem wiewiórki mogą zapaść w sen zimowy, ale łatwo je z niego wybudzić. Wziąłem go na ręce i wtedy zrozumiałem, że jest źle. Był zimny, zesztywniały, mrugał tylko oczkami. Zadzwoniłem do mamy i z przerażeniem w głosie opisałem jej całą sytuację. Kazała mi zagrzać wody w czajniku, wlać ją do termoforu, położyć na nim Dropsa i przykryć ręcznikiem. Zrobiłem to co mi kazała. Ku mojej uldze, Drops rozprostował się i wydał cichy pisk. Cały czas byłem przy nim, głaskałem go, mówiłem do niego, tak bardzo chciałem, żeby został z nami. W pewnym momencie znowu zaczął się zwijać. Wziąłem go na ręce i zacząłem go ogrzewać. A on tylko podniósł na mnie łepek, popatrzył się na mnie swoimi smutnym oczyma, zamknął je i zwinął się ostatni raz. Zmarł na moich rękach. Po prostu odszedł.
Dzisiaj, kiedy dalej to wspominam, kręci mi się łza w oku. Bardzo go kochałem i to był dla mnie wstrząs, gdy odszedł na moich rękach. Lecz najbardziej w tym całym wydarzeniu pociesza mnie fakt, że ktoś przy nim był, kiedy umierał, że nie był sam.
Mam już trochę wiosen na karku, skończyłem podobno elitarne studia (po kilku latach w zawodzie wiem, że za elitarny to on nie jest), wiedzie mi się nawet nieźle.
Kilka lat temu poznałem dziewczynę, nie było łatwo, ale udało mi się w końcu zdobyć jej względy i oboje się kochamy, planujemy nawet przyszłość.
Wszystko byłoby pięknie, gdyby moja mama zachowywała się inaczej. Od początku była przeciwna naszemu związkowi, ponieważ ja skończyłem "elitarne" studia, a moja dziewczyna już nie (dla mnie najistotniejsze jest, że po swoich studiach ma pracę, robi to co lubi i sprawia jej to przyjemność i widać, że się w to angażuje). Kłótnie były regularnie, bo nie pozwalałem jej obrażać i ciągle o niej pogardliwie się wyrażać, w stylu co toto jest, czemu w nią tak uwierzyłeś, pociągnie cię na dno.
Były płacze, lamenty, mówiłem, że nie ustąpię, dawało to na jakiś czas jakikolwiek efekt w postaci spokoju. Z czasem doszły inwektywy i obrażanie mojej dziewczyny. Nie mogłem tego znieść i nie odzywałem się do mamy i tyle. Oczywiście moja dziewczyna nie dawała podstaw do traktowania jej w taki sposób, a podstawą do takiego jej wyzywania było już samo to, iż np. nie przyjechałem do domu na weekend, tylko wolałem go spędzić z nią albo gdzieś pojechać (miasto rodzinne jest trochę oddalone od miejscowości, w której aktualnie mieszkam).
Ostatnio jednak mama przeszła samą siebie, ponieważ znów obrażała moją dziewczynę w ww. sposób, a ponadto ciągle powtarza słowa moich ciotek, którym moja dziewczyna się nie spodobała i z tego co zrozumiałem, również lekceważąco się co do niej odnoszą.
"Problemem" nie jest już tylko "brak wykształcenia", ale teraz ponadto figura i uroda. Co ciekawe, mi naprawdę się podoba i uważam, że jest atrakcyjna - o gustach się nie dyskutuje, ale najważniejsze chyba, żeby mi się podobała.
Po tym utwierdzeniu przez ciotki mojej mamy co do jej opinii, to już jest armagedon... Przychodzi i płacze, zanosi się łzami, "żebym się zmienił i żebym przemyślał co mówi", tylko że tutaj chodzi o to, żebym zerwał z moją dziewczyną.
Do domu chcę wracać, dobrze się tutaj czuję, mam tutaj do kogo wracać, no i na mamie też mi zależy, ale jej zachowanie jest po prostu niewiarygodne i nie do zaakceptowania, zwłaszcza że jest wykształconą i szanowaną osobą w swoim środowisku.
Powiem szczerze, że nie wiem co mam robić, kocham moją dziewczynę, ale moja mama zachowuje się tak skandalicznie, że nie wiem jak mam to określić. Chciałbym mieć normalną rodzinę, żeby moja mama utrzymywała normalnie ze mną kontakt, ale już powiedziała, że jak się ożenię z moją dziewczyną, to mam do niej nie przyjeżdżać.
Już truchleję na myśl, jaki cyrk będzie, kiedy się oświadczę mojej dziewczynie.
Nie chcę zrywać kontaktu z mamą, ale to jest dramat...
Do napisania tego wyznania skłoniło mnie wyznanie Rct0Z, w którym kobieta czująca pociąg do innych kobiet jest w związku z mężczyzną, gdyż nie akceptuje swojej orientacji. Jej postawa spotkała się z krytyką w komentarzach, w których wyczytać mogłem, że nie powinna się unieszczęśliwiać, powinna zredefiniować swoje pojmowanie związku i słowo partner wymienić na partnerka.
Poruszyło mnie to, gdyż sam jestem gejem. Pociągają mnie inni mężczyźni, jednak postanowiłem żyć inaczej. Jestem młodym, cieszącym się zainteresowaniem u płci przeciwnej dwudziestodwulatkiem. Mógłbym udawać, że czuję coś do jakiejś kobiety, może nawet zawrzeć związek małżeński. Nie chciałbym jednak nikogo oszukiwać, udawać miłości do kogoś, kto postanowił złączyć się ze mną przez całe życie.
Postanowiłem zatem żyć w czystości, ponieważ homoseksualizm jest sprzeczny z wyznawanym przeze mnie światopoglądem. Nie chciałbym nikogo urazić swoimi słowami, jednak uważam go za chorobę, którą muszę się zmagać każdego dnia, aby się jej nie poddać. Czuję wręcz fizyczną odrazę do wszelkich parad równości, na których obserwuję ludzi z takim samym problemem jak ja. Nie mogę uwierzyć, że można być z tego dumnym i czuć potrzebę wykrzyczenia tego całemu światu na ulicy.
Jest mi przykro, kiedy ktoś wrzuca mnie do jednego worka z tymi ludźmi. Chciałbym kiedyś się z tym uporać, mieć normalną rodzinę, żonę, dzieci...
Jestem wolontariuszką w fundacji i bardzo angażuję się w pomoc zwierzętom.
Mam jednak sekret, którego nikomu nie wyjawię. Nienawidzę kotów. Nienawidzę tych puchatych skurwysynów z całego serca. Wizualnie denerwują mnie jak nikt inny. Na widok kota mam ochotę kopnąć takiego w doopę tak mocno, żeby zatrzymał się na Księżycu. Żaden kot nigdy niczego mi nie zrobił, więc nie wiem skąd we mnie taka chora nienawiść.
Pewna babka idąc zaraz przede mną chodnikiem wlazła prosto w słup. Parsknęłam niepowstrzymanym śmiechem. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłam laskę. Kobita była ślepa. Już zdążyłam się poczuć jak ostatni potwór, kiedy zauważyłam, że ona śmieje się razem ze mną. Pomogłam jej wstać, wciąż się śmiejąc, i w sumie rozeszłyśmy się bez słowa (skręcałam 2 m dalej w boczną uliczkę).
Teraz się zastanawiam, czy śmiała się szczerze, czy może to jednak dla pozoru i było jej przeze mnie smutno.
W czasach młodości mój ojciec dojeżdżał do pracy na komarku. Codziennie przejeżdżał obok cmentarza, czy to po pierwszej, czy po drugiej zmianie.
W tamtym czasie zmarł jego serdeczny kolega, Staszek, i właśnie na tym cmentarzu go pochowano.
Następnego dnia po pogrzebie tata wracał po drugiej zmianie do domu, ciemno, mokro, ogólnie nieprzyjemna aura. I jeszcze rozmyślał o zmarłym przyjacielu, trudno mu było się pogodzić z tym, że taki młody i już opuścił ziemski padół.
Nagle naprzeciw cmentarza coś zaczęło go ciągnąć do tyłu. Coraz mocniej. Tata gaz w komarze, nigdy do bojaźliwych nie należał, ale sytuacja była co najmniej nieprzyjemna. Im mocniej kręcił gaz, tym mocniej ciągnęło. Przerażony zaczął krzyczeć: Stachu!!! Co ci zrobiłem?! Zostaw mnie! Nie chcę umierać!
Z przerażenia tak mocno podkręcił gaz, że komar "zdechł", a tata znalazł się w rowie. Z ciśnieniem wyższym niż Czomolungma rozgląda się w panice dookoła: cmentarz-droga-cmentarz-niebo-cmentarz-komar... Komar!
Okazało się, że w tylne koło jednośladu zaplątał się pasek od tatusiowego prochowca i wciągał go w szprychy coraz mocniej :D
Jestem osobą niepełnosprawną, "migaczem", jak to niektórzy mówią.
Wiem, że na ulicach roi się od oszustów. Jak kiedyś czytaliście opowieści o tym, że ktoś zbierał pieniądze, udając głuchoniemego, a ktoś inny faktycznie mu zamigał, zdradzając go, to możliwe, że w którejś z tych historii to ja byłam tym "kimś innym".
Nie lubię oszustów z prostego powodu - nie dość, że oszukują, to jeszcze niszczą zaufanie do danej grupy. Gdy ktoś zostanie wykorzystany przez oszusta, który codziennie "zbiera na bilet", pewnego razu może nie pomóc osobie, która faktycznie na ów bilet zbiera.
Sytuacja zmusiła mnie któregoś razu do tego, abym i ja wyszła na ulicę, aby prosić o pomoc. Samo w sobie było to upokarzające, ale nie miałam wówczas wyboru, robiłam, co musiałam. Przy wsparciu fundacji zdołałam wyjść na rynek w mieście. Mieszkam w wielkim mieście, sporo osób mnie zna, ale jeszcze więcej nie.
Dookoła masa osób, czy to w ogródkach piwnych, czy w kolejce do lodów, ludzie bliżej z nudów obserwowali otoczenie, w tym mnie. W pewnym momencie podeszła do mnie nieznajoma osoba i na oczach wszystkich zamigała. Spytała, czy faktycznie jestem chora. Odmigałam jej, po czym ona... krzyknęła (na głos), że jestem oszustką, bo ona na studiach miała kurs i nie rozumie, co mówię, gdyż ja tylko "macham łapami jakbym muchy odganiała, a nie rozmawiała".
Zasypałam tę osobę pytaniami, co wyprawia i dlaczego to robi, a ona mnie zaczęła wyzywać od kretynek i oszustek, po czym kazała przestać się pogrążać, bo nikt mi już nie uwierzy.
Jak łatwo się domyślić, wiele tamtego dnia i w kolejnych nie zebrałam.
Moja mama była bardzo kreatywną kobietą, jeśli o wychowanie dzieci chodzi. Ilekroć całą rodziną jechaliśmy gdzieś w dalszą podróż samochodem (czasy, kiedy telefony to był rarytas niedostępny dla nas - dzieci), żeby nas czymś zająć, cobyśmy się "nie nudzili", graliśmy w grę... "kościoły i cmentarze". Polegała na wypatrywaniu w oddali krzyży sugerujących, że jest to jedno z wyżej wymienionych miejsc. Kto pierwszy krzyknął "kościół po lewej" albo "cmentarz przed nami", zdobywał punkt. Wygrywała osoba z największą ich ilością. Nigdy nie sprawialiśmy kłopotów podczas wycieczek.
Dodaj anonimowe wyznanie