Nie mogłam kiedyś odnaleźć portfela w torebce.
Oczywiście spanikowałam trochę, ciśnienie mi się podniosło, a mózg zaczął pracować w innym trybie.
Zaczęłam wyjmować z torby wszystkie rzeczy, w tym energetyka w dużej puszce. Mając go w ręce stwierdziłam, że skoro go już wyjmuję, to czemu się za chwilę go nie napić? Otworzyłam napój i odstawiłam na bok.
Wielka ulga, portfel odnaleziony. Myślałam w tej chwili tylko o tym, jakim wygrywem jestem, zapominając o wszystkim dookoła.
Pakuję więc wszystkie rzeczy z powrotem do torby i zadowolona ruszam dalej w świat. Po jakiejś półgodzinie naszła mnie ochota napić się energetyka. No więc otwieram torbę, a tam powitała mnie cudowna woń...
Totalnie zapomniałam, że otworzyłam tę puszkę.
Torebka była niestety skórzana i napój nie przesiąkł, tylko sobie tam pływał, zalewając mi wszystkie rzeczy
I tak właśnie straciłam telefon...
Jak byłam dzieckiem, miałam może jakieś 8 lat, matka kazała mi wyjadać ze śmietnika paluszki rybne, które wyrzuciłam. Wyrzuciłam je dlatego, bo na niektórych były sine plamy (co jest chyba normalne dla paluszków rybnych, nie wiem, bo od tamtej pory żadnych nie jadłam). Jako dziecko myślałam, że są po prostu zepsute czy coś. A matka stała nade mną, kiedy ja kucałam przy śmietniku, płacząc i jedząc, i powtarzała "co, teraz ci nie przeszkadzają plamy?". Na szczęście to był jedyny raz, kiedy kazała mi jeść ze śmietnika.
Nigdy nie miałam żadnego problemu z chodzeniem do ginekologa. Dla mnie lekarz jak każdy inny. Miałam swoją zaufaną panią ginekolog od wszelkich spraw, ale ostatnio wyprowadziłam się na drugi koniec Polski i siłą rzeczy musiałam znaleźć nowego lekarza. Potrzeba była trochę nagląca, bo kończyły mi się tabletki antykoncepcyjne, wiec po prostu poszłam do pierwszego lepszego w okolicy. Był to starszy pan i z początku nie sądziłam, że mogłyby być z nim jakiekolwiek problemy. Jednak gdy powiedziałam, że przyszłam, bo potrzebuję leków, pan z dziwnym spojrzeniem stwierdził: "a po co?". Nie wiedziałam, czy to żart i mam się zaśmiać, czy tłumaczyć panu, że chcę współżyć z partnerem, a nie chcemy dzieci. Z miłego uśmiechu jego twarz przerodziła się w grymas, po czym zaczął tłumaczyć, że on kobietom w takim wieku jak ja (mam 24 lata) nie przepisuje takich leków, bo to już nie czas na zabawy, tylko rodzinę się powinno zakładać. Zaniemówiłam. Ale pan nie skończył, zaczął mówić, że w tych czasach to się kobietom w głowach poprzestawiało i że lekarze traktują je pobłażliwie, bo im na pieniądzach zależy, a właściwym by było pomóc tym kobietom zrozumieć, że dzieci powinny być priorytetem. A poza tym leki są niezdrowe, płodność naturalna i nie powinno się ingerować w nią.
Po tej wypowiedzi zwyczajnie wyszłam z gabinetu. Na odchodne pan jeszcze rzucił, że to dla mojego dobra... Byłam tak oburzona tym co usłyszałam, jak jeszcze nigdy. No po prostu jak można być lekarzem i reprezentować takie poglądy, tragedia. W domu z ciekawości poszukałam w sieci opinii o tym panu i nie zdziwiło mnie, gdy były to same negatywne komentarze. Sama także napisałam swój, lekarza później znalazłam nowego, ale niesmak pozostał.
Chcę się podzielić tym tylko dlatego, żeby bardziej uświadomić ludzi jak wyglądają sprawy związane z seksualnością (a także zdrowiem!) w naszym kraju i warto byłoby walczyć o zmiany.
Nienawidzę palaczy. Są to moim zdaniem największe społeczne szkodniki. Nie dość, że się trują i śmierdzą, to jeszcze zmuszają do wdychania tego smrodu innych (a w szczególności swoje własne dzieci). I pewnie powiecie: "ich wybór, możesz odejść gdzieś dalej i po problemie". Otóż nie. Idąc chodnikiem nie ma miejsca, w którym ktoś by nie palił. Co z tego, że odejdę te 10 m dalej, jak tam też ktoś zazwyczaj pali! Idąc do pracy, mimo że sam w życiu nie zapaliłem ani jednego papierosa, czuję się, jakbym jednak tego jednego dziennie wypalał. Zresztą wracając do domu tak samo, więc to już drugi. Nawet ludzie pijący alkohol w miejscach publicznych są mniejszymi szkodnikami, bo nikogo do picia nie zmuszają. Poza tym przed widokiem ludzi pijących dzieci chronimy, żeby nie wpadły w nałóg, ale palić już sobie można.
W domu też nie jest dobrze, bo mimo że żaden z domowników nie pali, to sąsiedzi z dołu już tak. I nie można otworzyć okna, bo cały ten smród wlatuje przez nie. A że palą oboje na zmianę, to cały czas mam zapewnioną dawkę dymu. Niezły paradoks: przy zamkniętym oknie się duszę, bo jest duszno, a przy otwartym... też się duszę, bo śmierdzi! I powiecie: "ich balkon, ich sprawa". Ale mój smród w całym mieszkaniu. Nie mogą po prostu palić w środku i smrodzić sobie, a nie innym? To trochę jak podrzucanie śmieci sąsiadowi. Kiedyś sąsiadka wsiadła do autobusu, którym jechałem i usiadła naprzeciwko mnie. Głowa mnie rozbolała i myślałem, że zwymiotuję, tak od niej śmierdziało fajami.
Zakaz sprzedaży tego świństwa na nic się zda, bo tylko wesprze nielegalny handel. Ale gdyby tak zakazać palenia na ulicach, tak jak picia alkoholu? Świat byłby dużo piękniejszy.
Mam wrażenie, że od jakiegoś miesiąca ktoś w nocy chodzi po moim domu. Mieszkam w parterowym domku na osiedlu pod lasem. Nie ma ogrodzenia, są główne drzwi, zawsze zamknięte na noc, ale od strony lasu, po drugiej stronie domu, mam szklane, przesuwane drzwi od salonu, które często zostawiam uchylone latem na noc.
Zaczęło się od tego, że jakoś miesiąc temu przebudziłam się na chwilę w nocy i wydawało mi się, że słyszę dźwięk zamykania mojej lodówki. Posiadam dwa koty i jestem przyzwyczajona, że często coś robią w nocy i powodują hałas, więc wtedy pomyślałam, że mi się wydaje i to koty hałasują. Jednak kilka dni później mój stanik, który suszył się na suszarce, która stała na podwórku, tuż obok drzwi, leżał na środku salonu. Ponownie pomyślałam, że może spadł z suszarki i przyniosły go tu koty, choć wydało mi się to już dość dziwne. Dzień później znalazłam niedopałek papierosa pod domem. Ja nie palę, nikt też mnie nie odwiedzał, ale sądziłam, że może wiatr go tu przyniósł albo ktoś przechodził i wrzucił go na moje podwórko, choć tak daleko by raczej z drogi nie doleciał.
Kilka dni później miałam dziwne wrażenie, że kilka przedmiotów z mojego salonu jest poprzestawianych. Np. gazeta, która leżała na komodzie, znalazła się na szafce przy kanapie, ale nie przypominam sobie, żebym to ja ją przełożyła, chociaż nie byłam pewna. Następnie ponownie powtórzył się motyw z bielizną, moje majtki, ponownie z suszarki, która tym razem stała w salonie, leżały na kanapie. Znów pomyślałam, że to wina kotów. Tego samego dnia dostrzegłam również, że na dywanie jest zaschnięta, biała plama, wtedy sądziłam, że to któryś z kotów zwymiotował, choć średnio wyglądało to jak kocie wymioty. Dywan wyprałam, ale teraz myślę, że to wyglądało trochę jak plama nasienia. Uważam tak również dlatego, że trzy dni temu w salonie pojawił się odcisk dużego buta od błota z dworu. Nie sądzę, żeby był mój. Ale od tej chwili sądzę, że ktoś tu wchodził. Zaczęłam zamykać drzwi z salonu na noc, a dodatkowo zastawiłam je szafką.
Naprawdę się teraz boję. Myślę, żeby iść z tym na policję, ale obawiam się, że nie potraktują mnie poważnie, poza tym może sobie wmawiam, a te ślady zostawiłam sama, tylko tego nie pamiętam. Z jednej strony te rzeczy, które zauważyłam sugerują, że ktoś musiał tu przebywać, a z drugiej można je podciągnąć pod to, że to moje ślady. Warto tez zaznaczyć, ze nie mieszkam w jakiejś dziwnej dziurze, tylko w bogatej, malej dzielnicy otoczonej lasem z prawie każdej strony. Rzadko się tu pojawia ktoś obcy. Może też być dziwny fakt, ze nie budzą mnie w nocy ewentualne dźwięki, gdy ktoś przebywa w domu, ale przyznam, że mam bardzo głęboki sen i dosłownie nic mnie nie budzi, nawet budzik z rana. Do tego moja sypialnia jest tak ulokowana, ze jednak dzieli ją kawałek od salonu z kuchnią i drzwi od niej zawsze zamykam, gdy śpię. Nie mam też żadnych problemów psychicznych, aby był to wynik urojeń. W każdym razie nie wiem co robić, obawiam się iść na policję.
Próbowałam się zabić.
Wzięłam tabletki na sen, a potem próbowałam podciąć sobie żyły. Plan był taki, że podetnę i zasnę spokojnie i bez bólu, dzięki tabletkom. Chciałam się wykrwawić podczas snu, a nie zabić tabletkami. Jednak okazało się, że podcięcie żył to nie jest taka łatwa sprawa! Mój ogromny kuchenny nóż był tępy, więc poszłam go naostrzyć. Męczyłam się z tym cięciem, ale ciągle było za lekko. W końcu tabletki zadziałały i zwyczajnie zasnęłam.
Tak znalazł mnie mój ukochany, który ode mnie odszedł. Trafiłam do szpitala psychiatrycznego. Moja próba samobójcza tak żałośnie wyglądała, że bez problemu każdy uwierzył w moje kłamstwo. Powiedziałam wszystkim, że tylko udawałam, że chcę się zabić. W szpitalu spędziłam tylko kilka dni, mój ukochany spokojnie sobie ode mnie odszedł i zostałam sama.
Obecnie mam małą bliznę na ręce. Często na nią patrzę i jest mi przykro, że nie potrafiłam nawet tego. Nie odważę się zrobić tego ponownie tylko że względu na strach przed porażką i konsekwencje wstydu za nią.
Jestem mężatką od dłuższego czasu. Mamy dwoje dzieci. W przeszłości tak się ułożyło, że dostałam super możliwości zawodowe. Bezpośrednio po porodach wracałam do pracy, a mąż się opiekował dziećmi. Z początku wszystko fajnie, ale z czasem okazało się, że wymarzona praca to złota klatka. Dużo kasy, duży dom bez kredytu, oszczędności, ale jednocześnie... nerwica, depresja, wypalenie. Skończyło się u psychiatry i psychologa. Za dużo wzięłam na siebie. Chciałabym zwolnić, ale jednocześnie utrzymując w miarę poziom życia. Liczyłam, planowałam... I się da. Dzieci są duże (nastolatki). Jest nas dwoje dorosłych, damy radę. I tu zaczynają się schody.
Mąż przez te kilkanaście lat nie wrócił do pracy, bo dom, dzieci itp. Wykształcony facet, ale wypadł z zawodu (dość specyficznego). A nowej pracy nijak nie może znaleźć. Przynajmniej na poziomie deklaracji, bo jak się okazuje, nigdzie nie aplikuje. A tak w ogóle to zanim będzie aplikował, to musi zrobić milion kursów.
Czuję się jakbym miała jeszcze jedno dziecko na utrzymaniu. I broń boże zwrócić mu uwagę. Awantury, że całą swoją karierę dla rodziny poświęcił itd. i że ma milion zadań codziennie i nie jest to doceniane. A monitoring w domu pokazuje co innego (wstyd mi, ale założyłam i szpieguję go) - luz, seriale, piwko.
Ogólnie czuję się mega frajerką. I zastanawiam nad rozwodem, ale szkoda mi połowy majątku - ciężko na to pracowałam.
Byłem dzisiaj z synem (2,5 roku) na placu zabaw. Był też jeden ojciec z dwójką synów. Mieli może 5 i 7 lat. Syn strasznie uwielbia inne dzieciaki, więc od razu do nich pobiegł się pobawić. Zaczęli go wyzywać - podszedłem i zwróciłem uwagę (ich ojciec nawet się ruszył). Nawet nie zdążyłem wrócić na ławkę, a młody był już popychany. Po zwróceniu uwagi ich ojcu usłyszałem tylko żebym się „odczepił” i nie zawracał mu czterech liter, bo jest zajęty telefonem.
Zgadnijcie komu wypadł portfel, jak wychodził z placu zabaw z dziećmi?
Zgodnie z prośbą nie zawracałem mu tym głowy.
Uważam, że moja rodzina jest współwinna śmierci człowieka. Nienawidzę mojej babki za jej obojętność, a jednocześnie ogromną miłość do kościoła. Ale do rzeczy.
Gdy byłam dzieckiem, moja babcia mieszkała w wielkim bliźniaku, którego druga połowa należała do starszej pani i jej syna, nazwijmy go Zenek. Zenek był upośledzony umysłowo, ale mimo tego, że jego mama wtedy była już po 70 r.ż., dbała o niego i się nim zajmowała. Zenek był zadbanym starszym panem, zawsze elegancko ubranym i zadowolonym. Często siedzieli z mamą w ogrodzie. Pewnego dnia mama Zenka zmarła. Do drugiej połowy bliźniaka wprowadziła się siostrzenica Zenka z mężem i dziećmi. Tu zaczęło się piekło Zenka. Zakazali mu korzystać z łazienki, jedynie z toalety na korytarzu, zamurowali drzwi między pokojem Zenka a resztą ich części domu, nie mógł wychodzić, nie mógł się wykapać. Po roku przypadkiem wpadłam na niego, jako dziecko mało nie umarłam ze strachu. Był brudny, śmiertelnie chudy i przerażony jak zwierzę. Zaczął pokazywać mi bym była cicho, wtedy wybiegła jego siostrzenica z trzepaczką i bijąc go po plecach zagoniła go do pokoju. Zaczęli go głodzić, jedynym odruchem ludzkim mojej babki było podrzucanie mu ukradkiem jedzenia jak widziała, że siostrzenica gdzieś wyjeżdża. Często słyszałam, jak Zenek śpiewa sam do siebie, po chwili wpadał mąż jego siostrzenicy, krzyczał i bił go, by ten się zamknął. Doszło do tego, że jedynym wyjściem Zenka było wyjście do toalety na korytarzu, w której było małe okienko, przez które mógł popatrzeć na dwór. Niestety gdy zorientowali się, że to dla niego przyjemność, wychodzili z nim do toalety stojąc pod drzwiami, po czym trzepaczką zaganiali do jego pokoju.
Mijały lata, Zenek był coraz starszy i coraz brudniejszy, kilkukrotnie próbował uciekać, ale sąsiedzi zamiast mu pomóc prowadzili znów do siostrzenicy. W końcu ktoś zareagował, wezwano opiekę społeczną, która się zapowiedziała z wizytą. Wtedy siostrzenica zaprowadziła Zenka do piwnicy i w zimnej jak lód wodzie z pompy wykąpała go razem z mężem. Kupili mu nawet ubrania, pierwszy raz od 10 lat. Niestety opieka uwierzyła, że Zenek chudy, bo ma demencję, siniaki są z przewrócenia się, a ogólnie wszystko jest OK.
Byłam wtedy nastolatką, każda moja rozmowa z babcią kończyła się tekstem „to nie nasza sprawa”. Wiedzieli wszyscy, nikt nie zareagował. Do dziś mrozi mnie na samą myśl, że moja babcia co niedzielę w kościele stoi jako pierwsza, ale nie zareagowała. Modli się przed figurą, a diabła ma za skórą. Żałuję, że mając 12 lat bałam się jej postawić i nie zgłosiłam tego chociażby w szkole.
Jestem bezdzietną lambadziarą, która zamiast faceta trzyma kota. Mam też siostrę, która posiada bombelki sztuk dwie. Mimo że za dzieciakami jakoś szczególnie nie przepadam, to staram się być dobrą ciocią i czasem do siebie siostrę z córkami zapraszam.
Ostatnio u mnie w mieście sobota-niedziela była organizowana imprezka dla rodzin z dziećmi. Zaplanowano sporo różnych atrakcji, toteż zaprosiłam siostrę. Przyjechały w piątek, wszystko ładnie pięknie, siedzę z siostrą, pijemy kawkę, dziewczynki bawią się w salonie. Słychać głośne śmiechy i miauczenie kota. Myślę sobie - pójdę i sprawdzę, co tam takiego śmiesznego. Dziewczyny podnoszą mojego kota za ogon. Mówię im grzecznie żeby zaprzestały, bo kotek też czuje i na pewno nie jest mu przyjemnie. Przytaknęły, poszłam. Kilka minut później znów słychać śmiechy i kota. Wracam, a tam to samo. Mówię więc, że mają go zostawić, bo je w końcu podrapie i będzie płacz. Uspokoiły się.
Za jakiś czas przychodzą z pytaniem, czy dam im nożyczki. Już mam wstać i podać, ale zaciekawiło mnie po co im potrzebne, więc pytam. „A bo my byśmy ci ciociu kotka ostrzygły”. Oooo nie. Nożyczek w domu brak, przykro mi. Poszły zawiedzione. Za jakiś czas kot wybiega przestraszony z pokoju. Już nawet nie pytam co się stało, tylko mówię, że kotek jest zmęczony i musi odpocząć i zamykam go w łazience. Dziewczyny kursują do łazienki co pięć minut - a to skorzystać, a to rączki umyć, a to fryzurę poprawić. Ze środka słychać tylko śmiech i prychanie kota. Mówię siostrze, żeby powiedziała córkom, żeby nie zaczepiały kota. „Ale to tylko dzieci, daj im się bawić, nic się nie stanie”.
Za którymś razem młodsza wybiega z łazienki z płaczem. Kot nie wytrzymał i podrapał. Po twarzy. Siostra w krzyk, że co za potwora tu trzymam. Mówię spokojnie, że upominałam dziewczynki, żeby grzecznie się już bawiły, a później zostawiły w spokoju. Nie docierało.
Zabrała dzieci i wróciła do siebie obrażona. Przynajmniej kot ma spokój.
Dodaj anonimowe wyznanie