Nigdy nie chciałam iść na studia. Rodzice wywierali na mnie presję, wręcz z góry mi nakazywali, by złożyć papiery na przynajmniej dwa kierunki. Nawet wyłożyli na wpisowe, by byle tylko wyszło na ich (piszę "nawet", ponieważ rzadko kiedy mi na cokolwiek dawali pieniądze).
Złożyłam te papiery dla świętego spokoju. Specjalnie na te kierunki, gdzie wiedziałam, że mnie się nie dostanę. Wszystko poszło pomyślnie. Jestem za granicą i żyję całkiem dobrze. Pozdrawiam wszystkich idących swoją drogą :).
Od jakiegoś czasu zmagam się z bólami brzucha. Jeszcze dłużej z problemami psychicznymi (lęki, nerwowość). Nie w stopniu skrajnym, ale czasem potrafią uprzykrzyć życie. Oczywiście wizyta u psychiatry zaliczona, choć wcale nie czuję się lepiej.
Odkąd doszły do tego bóle brzucha, wszyscy mówili, że to przez te nerwy, ale wszystkiemu zaprzeczałam, gdyż dla mnie było to niemożliwe by aby taki ból brał się od problemów psychicznych. Przeszłam pakiet przeróżnych badań, dzięki którym (miałam nadzieję) dowiem się czegoś. I tak spędziłam już ponad rok, a z diagnozy nici. Ostatnio dowiedziałam się, że najprawdopodobniej od kilku lat w moich jelitach zagnieżdżone są pasożyty oraz grzyby. Jestem niesamowicie przerażona, bo niczego w życiu nie brzydzę się tak jak robali i to w każdej postaci.
Nigdy nie miałam myśli samobójczych, teraz też ich nie mam, chociaż chciałabym stracić świadomość tego co się dzieje by choć przez chwilę o tym nie myśleć. Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia co dalej. Jak się tego pozbyć, a po tym całym czasie, moje zaufanie do służby medycznej bardzo spadło. Mój stres osiągnął apogeum, a będzie tak do kolejnej wizyty lekarskiej, którą mam dopiero za tydzień...
Mam 30 lat i wiele, wiele imion.
Jestem gruba, brzydka i zakompleksiona.
W dodatku mam bardzo nudne życie, którego nie potrafię zmienić, bo nie mam nawet chęci do życia.
Mam za to również gadu-gadu.
Tam poznaję potencjalnych konwersantów i wymyślam sobie idealne życie. Zazdroszczą mi, proponują spotkania. Zaznaczam tylko z góry, że z nikim się nie spotykam i nie wysyłam zdjęć. Rozmawiamy max przez tydzień, bo wymyślam tak surrealistyczne rzeczy, że tylko smoków brakuje. Aktualnie "wynajęłam dom w Rzymie na tydzień, by odpocząć i pomyśleć", czyli po prostu przeszłam na niewidoka, żeby polować na kolejnych facetów.
Nie stać mnie na psychologa. Uważajcie.
Mając 6 lat zostałam siłą położona na ziemię przez chłopców w przedszkolu. Pamiętam, że zdjęli mi majtki oraz dokładnie obejrzeli moje części intymne. Płakałam, czułam ogromną bezsilność, straciłam głos na bodajże godzinę.
Sytuację zobaczyła jakaś pani, przerwała to, ale zapytała dlaczego nie wołałam kogoś na pomoc. Chciałam powiedzieć cokolwiek, ale nie miałam głosu. Ona spojrzała na mnie, kazała ubrać majtki i sobie poszła. Po dłuższym czasie opowiedziałam o tym mamie, usłyszałam tylko, że pewnie tego chciałam.
Potem, gdy miałam 8 lat, trafiłam do szpitala. Na sali trafił się chłopiec, który w nocy wchodził mi pod kołdrę, zakrywał mi usta dłonią oraz symulował takie ruchy jakie wykonuje się przy stosunku. Bałam się powiedzieć o tym komukolwiek.
Całe szczęście, że trafiła się jakaś nastolatka, która jako przypadkowy świadek jednego z tych zdarzeń postanowiła zainterweniować. Dzięki niej zrobili oddzielne sale dziewczynkom oraz chłopcom.
Nie wiem tylko, dlaczego te wspomnienia nadal są tak silne. Szczególnie to pierwsze. A mam już 27 lat.
Kojarzycie ten obraz grubego wąsacza, z papierosem w ustach, który przy czymś majstruje? Tak, to mój ojciec. Jest typem człowieka, który na wszystkim się zna, ale gdy przyjdzie co do czego, robi to "na odwal" (lub na odpierdol). Dzięki temu w łazience mamy fugi dosłownie falujące między płytkami, krzywą elewację domu, nierówno pomalowane ściany.
Ostatnio przebił wszystkie swoje "wybryki". Ojciec uzyskał pozwolenie na wycięcie starego, wysokiego kasztana rosnącego obok domu. Wypełnił wszystkie formularze, ale zamiast zatrudnić firmę, stwierdził "eeeee, co tam, co ja będę darmozjadom płacił, sam z wujem Stachem wytnę".
Wycięli. Teraz mam nowego lokatora w pokoju. Drzewo spadło na dach domu, przy okazji wybijając szybę w oknie.
Prawie siedem lat temu zmarł mój narzeczony. Byłam załamana, zawalił mi się świat. Od tamtej pory jednak stanęłam na nogi, jestem w szczęśliwym związku i tylko czasem zdarza mi się pomyśleć, co bym teraz robiła, gdyby nie tamto wydarzenie. Poradziłam sobie z żalem, choć wiem, że tak do końca nigdy nie przestanę tęsknić i nigdy nie zapomnę. Ale kocham mojego chłopaka i życia sobie bez niego nie wyobrażam.
Mimo wszystko u dziadków mam jeden karton, którego od lat nie byłam w stanie wyrzucić. Karton, w który rodzina mojego narzeczonego spakowała cześć jego osobistych rzeczy. Nigdy do niego nie zajrzałam, bo bałam się, że się tym dobiję.
Niedawno odwiedziłam dziadków i kiedy wyszli do znajomych, a ja zostałam sama, postanowiłam wejść na strych i otworzyć karton. Znalazłam tam fotografie, perfumy, pamiątki i list, który napisał kilka dni przed śmiercią i naszymi zaręczynami. Dodam, że zmarł właśnie w dniu, gdy zgodziłam się za niego wyjść. Był za granicą i zapytał przez telefon, bo nie mógł się doczekać swojego powrotu. Nie dostałam pierścionka, ale nie było to dla mnie ważne i nie przeszkadzało mi to, że po raz pierwszy zapytał przez telefon. W liście pisał o planach na przyszłość, o tym, że mnie kocha, że go zmieniłam i uczyniłam jego świat lepszym. Wiecie, taki pełen miłości list. Popłakałam się, ale jakoś w dziwny sposób mi to pomogło. Znalazłam też pudełko z pierścionkiem zaręczynowym. Najpiękniejszym pierścionkiem na świecie. Zabrałam go ze sobą. List zostawiłam w kartonie, ale pierścionka nie mogłam.
Po powrocie od dziadków powiedziałam chłopakowi, że znalazłam go. Mam wyrzuty sumienia, że go okłamuję, ale z drugiej strony nosząc ten pierścionek w końcu czuję, że zamknęłam tamten rozdział swojego życia. Nigdy nie zapomnę, nie przestanę tęsknić i kochać, ale wiem, że moje życie w końcu wyszło na prostą i mogę być szczęśliwa. Ten pierścionek stał się chyba czymś w rodzaju talizmanu.
Gdy skończyłam 18 lat, co tydzień kupowałam flaszkę wódki. Codziennie podczas odrabiania zadań (ostatnia klasa liceum) bądź uczenia się do matury piłam drinka. Codziennie. Taka flaszka wystarczała mi średnio na tydzień. Ogarnęłam się dopiero wtedy, gdy starszy brat szukał coś w moim biurku i napotkał otwartą wódkę. Zaczął mnie obserwować. Dzięki niemu nie jestem dziś alkoholikiem.
Właśnie przed chwilą policja zabrała mojego chłopaka.
Jesteśmy razem 6 lat. Od 2 znęca się fizycznie i psychicznie. Było zabieranie kluczy czy telefonu, poniżanie mnie. Gdy słyszałam policję pukającą do drzwi, poczułam radość. Nie wezwano karetki, bo obiecałam, że rano pójdę na obdukcję.
Anonimowe jest to, że on przy policjantach, znajomych i rodzinie jest wzorowy.
Muchy by nie skrzywdził. Ja siedziałam i modliłam się o śmierć, dziś ktoś zareagował. Przez okno wolałam pomocy. Zabrali go, ja pierwszą noc od kilku lat prześpię spokojnie.
Muszę mieć siłę, żeby odejść od niego. Mam nadzieję, że dam radę.
Na studiach poznałam Rafała. Od początku złapaliśmy dobry kontakt, te same pasje, ten sam gust muzyczny, takie samo poczucie humoru, więc mieliśmy o czym gadać godzinami. Po roku znajomości jako dobrzy przyjaciele myślałam, że wiem o nim wszystko, łącznie z problemami z jego dziewczyną. Nie mógł się z nią dogadać, miała pretensje m.in. o to, że studiuje zamiast myśleć o założeniu rodziny (na tamten czas miał 21 lat, ona rok młodsza). Bo jej koleżanki już wpadły i się zaręczyły.
I właśnie po roku zaczęło się robić coraz poważniej, komplementy z jego strony, czasami dłuższe przytulenie i mówienie, że on chce czegoś więcej, ale mniej niż związek. Czyli friends with benefits. Na początku się nie zgadzałam, bo mimo kłótni nadal z nią był. Z czasem zauważyłam, że trzeba mu raczej pretekstu do zerwania, pokazania, że można przecież być w związku i się nie kłócić cały czas o to samo. Więc pewnego razu pod wpływem emocji (sama byłam w nie najlepszej kondycji psychicznej, miałam problemy rodzinne, potrzebowałam wsparcia fizycznego i emocjonalnego) zrobiliśmy to. Raz, drugi, dziesiąty. Czas leciał, spotykaliśmy się regularnie, ale on dalej nie zrywał. Przez dłuższy czas taki stan mi nawet odpowiadał - miałam naprawdę dobrego przyjaciela, bo można było liczyć na niego w każdej chwili, miałam dobrego kochanka, ale nie chłopaka, więc nie musiałam się tłumaczyć z każdej wolnej chwili bez niego, do tego studia i praca. I tak to trwało całe studia i w przerwie między nimi.
Po czterech latach zaczęło się psuć. To znaczy przyjaźń trwała dalej, ale jakoś tak sami z siebie przestaliśmy sypiać razem. Oczywiście w międzyczasie zdążyłam się w nim zakochać, ale mu o tym nie powiedziałam bo cały ten czas był z tą jedną dziewczyną. Po pewnym czasie odżył znowu, zaczął się przymilać, aż ostatecznie znowu zrobiliśmy to. Ale tylko jeden raz.
Tydzień później wysłał mi zdjęcie pierścionka zaręczynowego i zapytał się, czy ładny i czy spodoba się Wiktorii.
Wtedy poczułam się wykorzystana jako ostatnie szaleństwo przed utratą wolności, jak zaliczenie striptizerki na wieczorze kawalerskim.
Powiedziałam mu co sądzę o jego zachowaniu, że o ile bycie kochanką tyle lat mnie nie zabolało, to zabolał fakt, że potraktował mnie jako pożegnanie przed wolnością. A on nawet nie przeprosił, nie dał żadnego słowa wyjaśnienia. I ta obojętność i zerwanie znajomości zabolało najbardziej.
Moje życie znowu zaczęło się sypać. Bracia zmieniający się w alkoholików, mama chorująca na raka. To wszystko zaczyna mnie przerastać. A ja nie mam z kim szczerze porozmawiać. I tylko tego najbardziej żałuję. Że przez chwilę słabości pięć lat temu straciłam przyjaciela. Codziennie chcę napisać, że tęsknię, że go potrzebuję. Codziennie udaję, że wszystko jest OK, a w nocy wyję w poduszkę z bezsilności.
Mam 25 lat, mieszkam z facetem, który jest starszy ode mnie o 24 lata, czyli ma 49. Zarabiam więcej niż on, a ludzie i tak uważają, że jestem z nim dla kasy...
Dodaj anonimowe wyznanie