Ostatnio miałem szok życia. Dowiedziałem się, że jeden z moich kolegów jest milionerem. Zwyczajny ziomek pracujący w IT. Jeździ zwykłym samochodem sprzed kilku lat. Mieszka w zwykłym mieszkaniu. Ale na koncie ma kilka milionów PLN. Jak się dowiedziałem?
W firmie gruchnęła wieść, że córka jednego z naszych kolegów potrzebuje operacji. Niewykonalnej w Polsce. Za ponad 200 k PLN. Ludzie w pracy przekazywali sobie link do zrzutki. A kolega z pokoju jak usłyszał, to siadł i od ręki przelał potrzebną sumę na podane konto. Anonimowo. Po prostu, bo kolegę lubią wszyscy.
Powiedział mi: "tylko nie mów nikomu". Jakoś nigdy o kasie nie gadaliśmy, mimo że przyjaźnimy się od lat. Wieczorem poszliśmy na browara. Dowiedziałem się, że dawno temu jak weszły bitcoiny, to kolega w nie zainwestował. Miał przeczucie. Zgarnął gruuuubą kasę. Potem zainwestował ją w akcje pewnej firmy - i znowu wygrał - potroił kasę. No i tak sobie żyje. Lubi swoją pracę. Kasa procentuje na koncie. Jedyne co zrobił, to wybudował rodzicom domek i kupił sobie PC-ta z taką konfiguracją, że oko bieleje. A poza tym - nie szaleje.
Nie powiem nikomu. I nikt się nie domyśli.
Kiedy byłam mała, miałam ok. 11 lat, mieliśmy w domu 2 koty. Lubiłam się z nimi bawić, były to kociaki, więc czasem jakieś podrapania w zabawie się zdarzały. Któregoś razu jeden z nich wyraźnie nie miał ochoty na zabawę, chciałam więc sprzątnąć zabawki, kiedy ten skoczył mi na rękę i zaczął drapać. Zrzuciłam go oczywiście, ale nieprzyjemnie mnie to zaskoczyło. Mimo to dalej próbowałam sprzątać te zabawki, jednak akcja z drapaniem powtórzyła się 2 razy. Wkurzyłam się, miałam ochotę go uderzyć, jednak jakoś głupio mi było, zwłaszcza, że czułam się winna, bo być może zbyt nachalnie zachęcałam go wcześniej do zabawy. Zamiast tego żeby dać upust złości powiedziałam coś w stylu: "niech cię pies rozszarpie". Powtórzyłam to chyba ze 3 razy, wyładowując złość na słowach. Oczywiście po chwili o fakcie zapomniałam, złość minęła i wciąż chętnie bawiłam się z kotami.
Za jakieś 2-3 tygodnie, na nasze podwórko wtargnął pies sąsiadów, podczas gdy bawiły się tam nasze koty. Pies zaczął je gonić, a one uciekały żeby wspiąć się na drzewo. Jeden nie zdążył się wdrapać, pies ściągnął go, niemal natychmiast zadusił i zaraz potem uciekł z truchłem w pysku. Całe to zdarzenie widziała moja mama, która próbowała wtedy odpędzić go kijem, a ja i moje młodsze rodzeństwo patrzyliśmy na to przez tarasowe okno. Zagryzionym kotem był ten, na którego się wtedy zdenerwowałam.
Nie mam pojęcia czy był to przypadek czy nie, ten sam pies wiele lat przed tym zdarzeniem zagryzł jamnika mojej babci gdy przyszła nas odwiedzić, a oprócz tego próbował atakować dzieci sąsiadów. Do dziś jednak uważam na słowa i wolę nie sprawdzać co się może stać. Ten drugi, ocalały kot żyje do dziś.
W jakim kraju żyję?
Ludzie czy Wy widzicie naszą obecną sytuację w kraju? Poczytałem sobie komentarze na twitterze o wyborach Dudzie, Morawieckim, Kaczyniaku i całej tej świcie. Albo wyzywanie od gnoi, albo uwielbienie, aż za przeproszeniem po wejście w dziurę w pękniętych plecach.
W kraju dzieje się źle, a będzie tylko gorzej jak PiS i Duda dalej będą u władzy. W zasadzie prawie wszystko jest im już podporządkowane, a gospodarka runie, bo 500+ i masę innych socjali nie ma już z czego finansować. 2 miliardy idą na telewizję, która sieje największą propagandę od lat, a poza propagandą nie ma tam właściwie nic, dosłownie nic wartościowego już. Mali przedsiębiorcy dosłownie są zgnębieni, wielu już padło, a wielu jest u progu.
Apeluję! Ludzie pomyślcie logicznie, a najlepiej przestańcie całkowicie oglądać telewizję. Spójrzcie na wszystko szerzej, bo jak słyszę młode matki, że PiS dał im 500 zł to za głowę się łapię.
Pomyślmy i pójdźmy w maju na wybory, bo zaraz pójdą jeszcze całkowicie sądy i pogłębiana będzie reszta degrengolady!
Zmieńmy coś nie dla nas, ale dla naszych dzieci które będą to wszystko spłacać co obecnie zapewnia nam rząd!
Byłam bita przez obojga rodziców jakoś do 13-14 roku życia, jednak "styl" ich bicia był zupełnie inny.
Ojciec przekładał przez kolano i dawał klapsy/pasy (dość mocne) na goły tyłek, wtedy gdy miałam jakieś przewinienie, w tym też np. spóźniłam się 15 min do domu, przypadkowo coś stłukłam, miałam inne zdanie, za dużo razy o coś poprosiłam, itd. W każdym razie musiałam coś uprzednio zrobić (już pomińmy, czy kara był adekwatna).
Matka natomiast biła zupełnie jakby losowo. I nie pasem na tyłek, a najbliższym przedmiotem (najczęściej kij od mopa) po głowie, paznokciami po twarzy. Ciężko mi nawet przytoczyć konkretne sytuacje, bo potrafiła się zdenerwować nagle i to zrobić. Kojarzę jednak pewien powtarzający się schemat - jej bicie mnie rano, przed szkołą. Gdy ojciec poszedł już do pracy, siostra do szkoły, a ja się właśnie miałam zbierać.
Później - przez opuszczoną lekcję spowodowaną tym, że ja płakałam, a ona się na mnie darła co jakiś czas mnie okładając - pisała mi zwolnienie z owej lekcji z powodu "spraw rodzinnych". Nauczyciele o nic nie pytali, brali papierek i tyle. Za to inne dzieci były ciekawe, co mi się stało (widząc rozciętą lub spuchniętą wargę, raz czerwoną plamę w oku). Zawsze wymyślałam bajki typu - bawiłam się z kuzynem w wojnę na patyki i dostałam. Wspinałam się na drzewo i gałąź mi strzeliła w twarz. Z jakiegoś powodu byłam święcie przekonana, że jak powiem prawdę, to wszyscy mnie wyśmieją (matka różne głupoty mi wkładała do głowy).
Czasem ludzie zastanawiają się, czemu bite dzieci nic nie mówią i się nie skarżą. Albo czemu - pytane - zaprzeczają. Mogę odpowiedzieć ze swojej strony - strach, często pranie mózgu ("nikt ci nie uwierzy", "każdy ma tak w domu, jak jest niegrzeczny", "jak powiesz to dostaniesz lanie", "wyśmieją cię", itd).
Moja siostra bardzo rzadko była bita - głównie ją straszono, podając mnie jako przykład. "Będziesz posłuszna mamusi, prawda? A nie jak siostra... Będziesz kochać mamusię, prawda? Bo zobacz, anonimowa jest niegrzeczna i dlatego dostaje lanie, nie bądź jak ona..." - tego typu teksty słuchała bardzo często. Po takim praniu mózgu i oglądaniu, jak jestem bita, siostra bała się stawiać w jakikolwiek sposób i podważać zdanie rodziców. Ani trochę się jej nie dziwię...
Jakby kogoś interesowało więcej akcji mojej matki: #gtJJP, #Kv4l6, #icH7T, #ABps4, #yvKO7
Właśnie wróciłam ze spaceru z psem. Uwielbiam zwierzęta i ogólnie bardzo lubię z nim spacerować. Lubiłam to od dziecka i nie rozumiałam ludzi którzy nie lubią zwierząt ani ich właścicieli. Jednak od kilku miesięcy wychodzę z psem radosna, a wracam wściekła niemalże rozgrzana do czerwoności i z pianą na ustach.
Standardowe średniowieczne miasto - obecnie poniżej 100 tysięcy mieszkańców. Zabytkowe uliczki wokół "Starego Rynku". Kamienice ustawione mniej więcej w prostokąty, a wewnątrz, między nimi podwórka. Nie całkiem zamknięte z każdej strony i zielone - każdy może tam wejść. Wychodzę tam z psem (który jest dosyć trudny, bo z adopcji - po przejściach) kiedy chcę spuścić go ze smyczy, żeby sobie radośnie pobiegał i nikogo nie zaczepiał, nikomu nie przeszkadzał.
W budynkach dokoła "mojego" podwórka mieszka kilku właścicieli psów. Zawsze wychodzę w takich godzinach żeby nikogo tam nie spotkać. Jakiś czas temu cała, dosłownie calutka okolica zaczęła tam przychodzić ze swoimi pupilkami i nie byłoby w tym nic dziwnego, ani niepoprawnego gdyby wszyscy jak ja zawsze sprzątali po swoich pieskach. Zawsze mam w kieszeni worki na psie kupki. Nie tylko jeden, ale co najmniej dwa w zapasie gdyby mój piesek postanowił wypróżnić się jeszcze na środku jakiegoś chodnika w drodze do domu. Jako, że nikt nie sprząta po swoim psie, a nie docierają tam także sprzątaczki i w pewnym momencie zaczęło się tam chodzić jak po polu minowym, zaczęłam zabierać na takie spacery więcej zapasowych woreczków. Któregoś pięknego dnia wdepnąwszy w "minę" zebrałam się w sobie i posprzątałam calutkie podwórko.
Wróciłam do domu z dumą chwaląc się chłopakowi, że już spokojnie można wyjść, że już jest czysto i wszystko z głowy - ale nie. Na początku zaczęłam po prostu podnosić kupki dookoła miejsca gdzie załatwił swoje "psie sprawy" mój szczekacz. Później doszło do tego, że raz w tygodniu sprzątałam całe podwórko. Później już psiocząc pod nosem na "je***ych" nieodpowiedzialnych właścicieli psów musiałam sprzątać co drugi dzień. Ale teraz doszło już do tego, że codziennie sprzątam "moje" podwórko i jeszcze kilka innych na które chodzimy. =
Już nie psioczę też cicho pod nosem tylko na cały głos. nie przebierając w słowach i nie zważając na to kto mnie mija wykrzykuję inwektywy pod adresem właścicieli psów. Udaję przy tym, że mówię do mojego psa np. mówię do niego: "Patrz Neronek jaka pani jest dobra, zawsze po tobie sprząta(...) ludzie to ch***, te je**** k**** nie sprzątają po swoich pie******** zas***** futrzakach (...)" i cisnę dalej. A ludzie chodzący dookoła się oglądają i myślą pewnie, że wariatka. I mam coraz większe i całkiem uzasadnione wrażenie, że nikt nie sprząta po swoim cholernym czworonogu.
Wracam do domu wściekła. I już rozumiem dlaczego ludzie nie posiadający psów nienawidzą "psiarzy".
Od kiedy pamiętam kocham jeść. Byłem w stanie zjeść ogromne ilości jedzenia i nadal być głodnym. O dziwo nie tyję od tego zbytnio. Zamiast tyć pnę się do góry w wieku 13 lat sięgałem już 186 cm i cały czas rosłem.
Ludzie dookoła zazdrościli mi i wzrostu, i mojej lekkiej niedowagi. Jednak nigdy mi się to nie podobało.
Chociaż nikomu o tym nie mówiłem, od zawsze chciałem być niższym i przybrać na wadze. Nie podobała mi się moja szczupła sylwetka i mój wzrost, z którym idąc korytarzem często zahaczałem głową o schody, czy przymocowane do ścian kwiatki doniczkowe. Specjalnie aby przytyć rzuciłem sport i zacząłem pochłaniać więcej tłuszczów, lecz nie pomogło.
Pracuję zdalnie, praktycznie nie wychodzę z mieszkania, nie utrzymuję żadnych kontaktów towarzyskich, a wszelkie zakupy robię przez internet - włącznie z zakupami spożywczymi. Wszystko przez to, że panicznie boję się kontaktu z innymi ludźmi i podporządkowałem pod to całe swoje życie.
Od dziecka marzyłam o ukrytym w domu pokoju. Chciałam stworzyć własną krainę w miejscu, którego nikt nie znajdzie. Po wielu latach nadeszła dorosłość - studia, zaręczyny, potem ślub.
Praca mojego męża wymaga wyjazdów co jakiś czas za granicę, więc budowę domu powierzył mi. No, nie dosłownie, bo cegiełek nie układałam, ale skończyłam architekturę, więc mogłam wszystko nadzorować. Oczywiście była to doskonała okazja do stworzenia odwiecznie chcianej świątyni... Zaprojektowałam malutkie przejście metr na metr, które mieści się za stojakiem z płaszczami w naszej (bardziej mojej) garderobie.
Przez ubrania kompletnie nie widać, że coś się tam znajduje, a jednak. Po przeciśnięciu się przez malutki tunel wchodzi się do pokoju moich marzeń. Pewnie jesteście ciekawi co w nim jest, prawda? Otóż trzymam w nim wszystkie niespełnione marzenia z dzieciństwa. Drążek baletowy, lustra, filmy z barbie, które pokochałam jako nastolatka, kanapę z pluszakami oraz szafkę z moimi ulubionymi słodyczami i płatkami śniadaniowymi.
Jestem szczęśliwa w tym miejscu, bo pozwala mi się poczuć jak dziecko, którym nie mogłam być. O tym pomieszczeniu nie wie nawet mój mąż i raczej nie zamierzam mu o nim powiedzieć. Odkryje je dopiero jak wejdzie na dach i zobaczy okno :). Na co dzień gram poważną panią architekt, która ma głowę na karku, a w sercu przeżywam niespełnione marzenia przez rodziców, którzy zmusili mnie do tej cholernej architektury. No ale chociaż mam swój wymarzony pokój.
Mając 6-8 lat byłam świadkiem czegoś strasznego. Mieszkałam wtedy na wsi. Totalne odludzie. Kilka gospodarstw, a wszędzie dookoła lasy, bagna i jeziora. Zawsze zabraniano mi chodzić nad pobliskie jezioro. Był to dosyć niebezpieczny teren, bo znajdowały się tam duże bagna, więc dla małego dziecka miejsce zdecydowanie nieodpowiednie.
Jednak ja czasem wymykałam się właśnie tam. Nad jeziorem było wiele żab, które sobie po prostu zbierałam. Pewnego dnia, bardzo wcześnie rano, korzystając z tego, że rodzice oddalili się już na pole, siedziałam sobie przy brzegu jeziora i wypatrywałam żab. Jednak dostrzegłam coś innego. Niedaleko mnie stał stary pomost, a raczej pozostałości po nim. Zobaczyłam jak kobieta, z małym dzieckiem na rękach, wchodzi ostrożnie na niego, udaje jej się dotrzeć na sam koniec, po czym wrzuca maleńkie, płaczące dziecko do wody. A następnie ucieka.
Byłam w takim szoku, że przez chwile stałam nieruchomo, próbując przyjąć to co się właśnie wydarzyło. Gdy dotarłam bliżej, nie słyszałam już płaczu dziecka, nic nie unosiło się na wodzie. Jednak byłam na tyle przerażona, że zamiast dokładniej się rozejrzeć, pobiegłam do domu. Jak tylko znalazłam rodziców, natychmiast opowiedziałam im o wszystkim.
Opisałam nawet szczegóły, że kobieta miała na sobie jakieś niebieskie ubranie, a dziecko było zawinięte w biały materiał. Reakcja moich rodziców? "Przestań wymyślać, zaraz dostaniesz paskiem za to, że znów poszłaś nad jezioro!". Nie uwierzyli mi. Gdy próbowałam podzielić się tym z kimś innym, na przykład z babcią, która czasem nas odwiedzała, rodzice mi przerywali, tłumacząc, że coś zmyślam, bo chce pozostać bezkarna za łamanie zasad. Nikt mi nie uwierzył.
Dopiero 10 lat później wysłuchał mnie jeden z sąsiadów, który zgodził się pomówić z policją w tej sprawie. Policja faktycznie przybyła, ale nawet nie sprawdzili jeziora, po prostu rozejrzeli się w okół, zapewne myśląc, że to jakiś żart albo moje przewidzenia dzieciństwa. Obecnie mam 32 lata i wciąż często myślę o tym wydarzeniu. Jednak nie wiem, czy gdyby nawet potraktowali moje zeznanie na poważnie, udałoby się coś znaleźć w jeziorze po tak długim czasie.
Działo się to jakieś 20 lat temu. Z kumplami mieliśmy taką zajawkę, że po imprezie jak nam było jeszcze mało, wsiadaliśmy do pierwszego lepszego pociągu i jechaliśmy na gapę do najbliższego większego miasta. Pewnego razu też tak zrobiliśmy, było super, poznaliśmy dwóch punków, z którymi upiliśmy się pod pewnym pomnikiem, wylądowaliśmy na komisariacie i takie tam jeszcze inne przygody. Ale w końcu nam się znudziło i chcieliśmy już wracać do domu. Pod stacją podszedł do nas bezdomny, a że mieliśmy jeszcze dobrze w czubach, świetnie nam się gadało i wypiliśmy wino. Kolesia smaki złapały i powiedział, że zarobi na jeszcze jedno wino. Pomyśleliśmy, że spoko, i tak musimy zaraz jechać, to dawaj Mietka do pociągu. Mietek uzbierał na wino i wtedy zorientowaliśmy się, że wsiedliśmy do złego pociągu. Tak bardzo się polubiliśmy z naszym bezdomnym, że obiecaliśmy go zabrać do naszego miasta i się nim zająć. Mietek się ucieszył i był naprawdę szczęśliwy. Teraz anonimowa część...
Z pociągu nas wyrzucili w połowie drogi, następny miał być dopiero rano, dlatego pousypialiśmy gdzieś na ławkach. Rano przebudzenie, śruba przeszła i przerażenie! Co myśmy narobili! Co zrobimy z Mietkiem?! Idziemy do gościa, a on śpi, niewiele myśląc wsiedliśmy w pociąg i tyle nas Miecio widział. Nadal mi głupio, że tak go zostawiliśmy.
Dodaj anonimowe wyznanie