#tDw2b

Jakiś czas temu odkryłam w moim telefonie możliwość ustawienia automatycznego wysyłania SMS-ów. Pomyślałam sobie, że milutkie będzie zaprogramowanie dostarczania wiadomości do mojego chłopaka. Codziennie o 23 odczytywał SMS o treści „Dobranoc, kochanie :* Słodkich snów”.

Moja miłość zerwała ze mną tydzień temu. Wiadomości dostaje cały czas, bo za cholerę nie mogę dojść do tego, jak tę usługę się wyłącza!

#Gn0NU

W moim domu dbało się o higienę osobistą, kąpiele, mycie zębów, włosów, dezodorant itd. Ale gdyby wszystko było tak pięknie, to nie miałabym o czym pisać.

Mój dom rodzinny był wręcz zarośnięty brudem. Mieliśmy dwa psy i kota, wiadomo zwierzaki brudzą, ale czasem przez cały dzień nikt nie sprzątnął kupy, gdy któreś zrobiło. W jednej pościeli potrafiłam spać przez rok lub dłużej, mimo że aż się kleiła od brudu. Łazienka nie była nic lepsza... Jako dziecko nie widziałam w tym nic dziwnego, myślałam, że tak jest wszędzie. Efektem tego były wieczne infekcje intymne od mniej więcej trzynastego roku życia i mimo, że mama rozmawiała z nami o seksie, dojrzewaniu, zabezpieczeniu itd. było mi strasznie wstyd o tym powiedzieć.

W rezultacie w wieku nastoletnim męczyłam się kilka lat z nieleczonymi chorobami. Ciągle swędzenie prowadziło do drapania, aż do ran, z bólu nie mogłam się wysikać, a moja cipka jest teraz przez to strasznie zniekształcona. Nie mogłam skupić się na lekcjach w szkole, bo ciągle myślałam tylko o swędzeniu i bólu. Stałam się strasznie wycofana, nie chciałam z nikim rozmawiać, bo miałam wrażenie, że nikt mnie nie lubi, przez to, że ciągle chodziłam nie w humorze. Ta sytuacja minęła dopiero, kiedy miałam 17 lat i poszłam pierwszy raz do ginekologa. Teraz mieszkam już sama i szczególnie dbam o czystość w łazience, ale nadal czuję obrzydzenie, gdy mam jechać do domu rodzinnego. Najgorsze jest to, że moja młodsza siostra idzie w ślady naszych rodziców, a wręcz ma jeszcze gorszy syf w domu. I niestety ma córkę...

#wns6d

Kocham gotować i nieskromnie mówiąc, robię to dobrze. Podczas każdych świąt czy innych przyjęć to ja sprawuję pieczę nad kuchnią. Wszyscy chwalą moje potrawy z wyjątkiem mojego taty. Od zawsze był mocno wybredny i nawet największe przysmaki kwitował zwykłym "meh". Gdy inni prawili mi komplementy, on mówił, że było zjadliwe.

Nie wiedzieć czemu, denerwowało mnie to okropnie (patrz: żebranie o atencję), więc co przyjazd moich rodziców podwyższałam poprzeczkę, gotując ulubione potrawy taty. Czy to golonka, czy szwajcarski sznycel z cielęciny, zawsze było "meh".

Ostatnio tata był u nas w odwiedzinach na noc, ponieważ był w delegacji. Mieliśmy wtedy z mężem nawał roboty i wróciliśmy z niej późno. Miałam dla nas przygotowany ramen, ale tacie nie smakował w ogóle, więc podałam mu gołąbki ze słoika na szybko (wiecie, zwykłe przemysłówki) i nie mógł się tym najeść. Nigdy nie słyszałam, żeby coś, co wyszło spod mojej ręki aż tak mu smakowało. Sypał komplementami jak z rękawa.

Cóż, w życiu się nie przyznam, że tata wolał kupne słoiki z marketu od moich rarytasów. Wiem o tym tylko ja i mąż.

#7YJFf

Jestem chrześcijanką. Tyle się mówi o tolerancji, a ja ostatnio mam wrażenie, że jestem prześladowana we własnym kraju za coś co nietypowe ani obce nie jest.


Zostałam wyśmiana gdy po stwierdzeniu księdza, że "spanie ze sobą przed ślubem to grzech", podsumowałam, że co innego miał powiedzieć. Nie może nie zgodzić się z naukami kościoła skoro jest księdzem. To jakby policjant stwierdził, że trawka jest ok, ale złe państwo jej nie akceptuje, ale co tam, lepiej mnie zaszufladkować jako zatwardziałą dewotę. Koleżanka od tygodnia chodzi i straszy mnie opowieściami "znajomych", odkąd powiedziałam, że nie będę testować mojego chłopaka mieszkając z nim przed ślubem. Między innymi takimi opowieścią, że zaraz po takim okresie mnie zgwałci.



Wisienką na torcie było gdy zostałam zwyzywana od ciemnoty, jak w czasie epidemii wirusa zapytałam się na pewnej grupie, co z mszą świętą. Na koniec pożyczono mi żebym zaraziła się i umarła. Rok dopiero się zaczął, a to nie jedyne kwiatki.

Ja wiem, że wojujący ateiści, ale serio?

#fSznz

Mam 19 lat. Przesadziłam z alkoholem podczas imprezy z najbliższymi przyjaciółmi ze studiów. Byliśmy w 6-7 osób łącznie. Najmniej znaną mi osobą w towarzystwie był brat mojego najlepszego przyjaciela - Tomka (żeby się łatwiej czytało).

Zezgonowałam jako druga osoba, duże ilości, może czymś się struliśmy - nie mam pojęcia. Mój przyjaciel położył mnie w pokoju swojego brata, bo jego łóżko było zajęte przez zgona nr 1.

Co chwila mnie doglądał, pytał czy nie chcę wody, czy nie chce piżamy etc, ja odpowiadałam, że chcę tylko spokoju - prześpię się i jak dojdę do siebie zamówię bolta i wrócę do mieszkania chłopaka. Co jakiś czas wbijał też brat Tomka, szturchał mnie, zaczepiał, próbował przytulać, ale bez większych sukcesów - bardzo kocham swojego chłopaka, brzydzę się zdradą za sam czyn + ja też zostałam kiedyś zdradzona. Zasnęłam.

Po jakichś 1-2h przyszedł brat Tomka, znowu. Tym razem był bardzo cichy i "opiekuńczy". Znowu próbował mnie przytulić, rozbierać, ale ja się opierałam. Leżałam bez spodni, w koszulce w której przyszłam i pod kołdrą. Byłam odcięta od rzeczywistości, nigdy tak się nie czułam po alkoholu, właściwie nigdy nie zdarzało mi się przesadzać, bo raczej uważam i znam granice swojego ciała. (Może coś zostało mi dosypane, nie mam pojęcia...). Zasnęłam po raz kolejny, podczas tego jak był w tym samym pokoju. Obudziły mnie jego dłonie na moich biodrach i dosyć gwałtowne pchnięcia jego penisa z prezerwatywą we mnie. Nie miałam dużo siły, kręciło mi się maksymalnie w głowie, zaczęłam się szarpać i płakać, ale nie miałam siły krzyczeć.

Od razu po tym zaczęłam się ubierać, kurczowo brałam swoje rzeczy, brat Tomka powiedział, że nikomu o tym nie powie i żebym ja też tego nie robiła. Bardzo się bałam. Od razu wybiegłam z mieszkania, reszta imprezowiczów już dawno spała, była duża cisza, wsiadłam w metro i pojechałam do mojego chłopaka.

W mojej głowie była tylko jedna myśl - to moja wina, zdradziłam chłopaka, zniszczyłam swoje życie, a wszystko układało się tak cudownie. Wpadłam do mieszkania, była 6 nad ranem, wzięłam swoje leki nasenne i zaczęłam płakać w łazience. Mój luby od razu zareagował. Od razu próbował mi wytłumaczyć, że zostałam wykorzystana, że to gwałt, że albo pójdę na policje albo naśle kogoś na brata Tomka, natomiast ja za bardzo się boję. Teraz boję się wszystkiego.

Czuję się ze sobą paskudnie, brzydzę się własnym ciałem, bo w życiu bym nie przypuszczała, że taka historia przydarzy się właśnie mnie, ale tak chyba każda osoba myśli dopóki coś takiego nie będzie miało miejsca. Nie wiem jak i czy w ogóle mówić Tomkowi o zaistniałej sytuacji, bardzo mi na nim zależy, dużo razem przeżyliśmy i nie chcę go stracić. Właściwie to nic nie wiem, zastanawiam się nad rozmową z psychologiem.

Dziewczyny, uważajcie na siebie.

#mMQSu

"Marsz do psychologa!"

Tym wyznaniem czy raczej apelem, chciałbym uderzyć w was drodzy komentatorzy anonimowych.

Ilekroć ktoś opisuje tutaj złożony problem, z którym nie potrafi sobie poradzić, od razu w komentarzach pojawia się jakiś mędrzec z radą z nagłówka. No Eureka!

Niestety to tak nie działa. Wiem z doświadczenia. W wielkim skrócie: Miałem problemy już od dzieciaka przez bardzo toksyczną matkę. Mam przez to specyficzne podejście do kobiet. Z resztą ani ja ani moja siostra, pomimo, że jesteśmy już po 30-stce, nie potrafimy zbudować zdrowej relacji z drugim człowiekiem.

Próbowałem to naprawić. U dwóch psychologów. Miałem wrażenie jakby zupełnie nie rozumieli co do nich mówię, nie słuchali, dawali durne rady, które samemu można znaleźć w internecie, a które do mojej sytuacji (która ciągnie się przez całe moje życie) odnoszą się nijak. Druga Pani psycholog zasugerowała nawet: "Musisz najpierw PRZEPRACOWAĆ** relację z matką". Co za nonsens... To tak jakby ofierze gwałtu doradzić "daj mu się zgwałcić jeszcze raz, to może będzie lepiej".

Musicie sobie uświadomić, że bardzo wielu psychologów (zapewne nie wszyscy) to po prostu ciamajdy bez powołania, które nie potrafią pomóc. Uczelnie produkują ich każdego roku masowo. A jak wiadomo - nie ma to nic wspólnego z jakością. Naczytają się tych swoich książek i artykułów, nasłuchają tych pierdół z wykładów, ale to nie czyni ich kompetentnymi we wszystkich przypadkach. W wielu - to po prostu strata czasu. Ktoś kto nie przeżył tego co ja, nie cierpiał tak jak ja, nie widział tego co ja - NIE MA TAK NAPRAWDĘ O TYM POJĘCIA, choćby miał w głowie całą bibliotekę.

Czasem osoba z problemami potrzebuje się wygadać. Czasem wystarczy do tego jeden prawdziwy przyjaciel, który po prostu postara się zrozumieć.

A taki psycholog-ciamajda narobi więcej szkody niż pożytku. Niestety bardzo łatwo jest trafić do takiego. Bo takich to jest zapewne więcej niż tych z powołania (jak wszędzie).

Więc mam osobistą prośbę:
Darujcie sobie czasem swoją złotą radę (która rozpoczyna to wyznanie), bo wielu przypadkach może ona okazać się bardzo bezwartościowa.

**Zauważyłem, że oni bardzo kochają to słówko, bo go skrajnie nadużywają. Może dlatego, że brzmi mądrze. Ale jak usłyszałem je w powyższym zdaniu to po prostu wybuchnąłem śmiechem.

#bshKP

Na fali koronawirusowych tematów, opowiem Wam o mojej babci.

Pani Zofia komunę przeżyła. Ciężkie czasy wojny też, chociaż urodziła się w 1951. Wszystko wie, wszystko umie najlepiej, ona ma wiedzę i doświadczenie pokolenia dwóch wojen i pustych sklepów.
Mieszka w Warszawie (a raczej na obrzeżach, w domu jednorodzinnym). Ludzi dużo, łatwo o zarażenie. Zrobiłam więc babci zakupy na miesiąc, a świeże rzeczy przywożę, a raczej chciałam przywozić, co 3-4 dni. Na wszystko prosiliśmy, by nie wychodziła z domu. Ma ogródek, ma kury, może więc wychodzić ile chce, byle nie za płot.

A gdzie tam.

Codziennie babcia popierdala ze swoją różową parasolką po całej Warszawie. A to do apteki, a to na kawkę, a do sklepu. Prosimy, błagamy, by została w domu. Nie ma mocnych. Wczoraj stała 2 godziny w kolejce, bo zabraknie jej chleba na weekend, a do sklepu wpuszczają parami.
Codziennie prosiliśmy. Do kościoła chodziła aż do odwołania codziennie, bo był różaniec za sąsiadkę. Przyszła niedziela - kościół obowiązkowy.
A potem poniedziałek i cyk - do sklepu.
Zakupy, które jej zrobiliśmy, zjadły kury. Bo ona woli świeże. Bułek dwudniowych to ona nie chce, kupi sobie. I tak to się kręci. Jesteśmy bezsilni.

Wiecie, co w tym jest najgorsze? Babcia kupuje i wyrzuca TONY jedzenia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Codziennie kupuje świeże pieczywa, a stare daje kurom. Kupuje po 10 bułek. Tak samo jest z sałatą czy owocami. Nawet rzeczy typu makaron - jak jej siedzi dłużej, to gotuje i kury jedzą, a sama kupuje nowy. Ciągle robi zapasy, które wyrzuca już za dzień czy dwa. Przestaliśmy z nią o to walczyć, bo mamy dość.
Wczoraj zadzwoniłyśmy z mamą do jej lekarza, do którego ma na środę, z prośbą, żeby trochę nią wstrząsnął. Trzymajcie kciuki.

#yxQqy

Temat popularny. Ciąża. Aborcja. Zwolennicy jednej i drugiej strony plują na siebie jak zwykle zapominając, że między nimi zawsze jest człowiek, który obrywa najmocniej.
Tatusiowie, obrońcy życia - gdzie jesteście gdy wasza partnerka rodzi wasze dziecko? Dziecko, które sami jej umieściliście, ale kłopotu się zrzekacie. Czym różni się kobieta chcąca pozbyć się problemu tak samo jak wy? Wam jest łatwiej, po prostu znikacie. A wasze sumienia? Są tak samo splamione jak sumienia kobiet, które nie kochają swoich dzieci. Czy mężczyzna zostanie społecznie zlinczowany za to, że podjął męska decyzję i zabił mentalnie partnerkę i dziecko? Nie... trochę? A kobieta chcąca oddać dziecko do domu dziecka? A kobieta chcąca pozbyć się problemu na wzór mężczyzny, który po prostu odszedł pozbywając się odpowiedzialności? Potwór, nie-kobieta, twór natury.

Nienawidzę was wszystkich po równo. Nienawidzę siebie i nienawidzę dziecka, które wypuściłam w świat. Nienawidzę bycia kobietą i tego automatu, który kieruje nas tylko do jednej rzeczy. Do poświęcenia. Jestem kobietą, a więc muszę być rycerzem życia za wszelką cenę, muszę to życie wydawać, muszę je pilnować, muszę się zabić za cudze życie. Patrzcie, mamy tyle zwolenników tego 'daru', który jest życiem - gdzie wy jesteście gdy rodzi się kolejne niechciane dziecko? Jesteście w stanie poprzeć swoje słowa czynami? Czy jesteście kolejnymi papugami. Wielcy mówcy, wykorzystajcie teraz swoje słowa żeby mnie opluć, a siebie wynieść na wyżyny. Pamiętajcie tylko jedno - to tylko słowa.

Zostałam zgwałcona.

#4fq7K

Mam okropny fetysz. Mam 16-letnią córkę, nie mieszkamy w Polsce. Dom mamy nowoczesny. Mamy saunę itp. Mam tam kamery. Kiedy córka jest w szkole, oglądam te nagrania, z jej pokoju czy sauny. Zaprasza swojego chłopaka. Podnieca mnie to jak moja córka uprawia seks. Nie potrafię przestać...
Dodaj anonimowe wyznanie