Pewnego niedzielnego poranka udałem się na mszę do pobliskiego kościoła. W trakcie mszy jakieś dziecko chodziło po całym kościele. Nagle w czasie podniesienia, podczas gdy wszyscy klęczeli i rozległ się odgłos gongu, dziecko stanęło jak wryte i powiedziało na głos: "Baza wirusów danych została zkatalizowana!" (dokładnie takie słowa).
Wszyscy płakali ze śmiechu. Nawet ksiądz.
Z pozoru jestem pogodną, optymistyczną osobą, lecz głęboko w sobie skrywam okropny sekret, o którym wiedzą nieliczni.
Paręnaście lat temu stało się coś, co zamieniło mnie we wrak człowieka. Zmarł mój najukochańszy synuś, którego samotnie wychowywałam. Był bardzo inteligentnym, przyjacielskim i ambitnym chłopcem, miał w planach studia medyczne.
Zginął w drodze na egzamin maturalny z chemii. Z gigantyczną prędkością potrącił go na pasach pijany kierowca. Umierał na OIOM-ie, na moich oczach.
Doszczętnie się załamałam - straciłam mój sens życia, moje szczęście. Parę razy próbowałam zakończyć swoje życie, mam za sobą pobyt na oddziale zamkniętym. Z ogromnym trudem i pomocą silnych leków udało mi się w końcu stanąć na nogi.
By oddać cześć mojemu aniołkowi, co roku zdaję w jego imieniu maturę z chemii. Tułam się od szkół do szkół, wymyślając coraz to nowsze powody. Nie poprzestanę, dopóki nie uzyskam 100%. Mój obecny rekord to 77 :)
Jestem farmaceutką. Dziś sprzedawałam młodej dziewczynie lek na astmę. Kosztuje on normalnie ponad 30 zł, ale jeśli wypisuje go specjalista, to płaci się jedynie ok. 3 zł. Zdziwiła się, że tak tanio, ale zapłaciła i wyszła. Po chwili zorientowałam się, że receptę wydał lekarz rodzinny, a nie specjalista. Czyli odpłatność za lek wynosi 100%. Wybiegłam z apteki, ale dziewczyny nigdzie nie było.
Wróciłam do środka i kombinowałam co mam zrobić, na kasę nabite mniej, a recepta na 100%. Po kilkunastu minutach zobaczyłam tę dziewczynę biegnącą do apteki. Powiedziała, że z ciekawości sprawdzała w Internecie, dlaczego ten lek jest taki tani i dowiedziała się, że zniżkę dostają tylko ci, którzy mają receptę od specjalisty, ale że ona nie miała recepty od specjalisty. Dopłaciła mi należną kwotę.
Gdyby wszyscy tacy byli, świat byłby piękniejszy.
Mój szef, właściciel dużej firmy z naszego regionu, zawsze wylatuje kilka razy do roku ze swoją żoną na luksusowe wczasy. W tym roku pandemia pokrzyżowała ich plany urlopowe, dlatego dopiero we wrześniu miał polecieć na tydzień do Tunezji na naprawdę wypasione wczasy all inclusive w jakimś luksusowym hotelu. Niestety kilka dni przed wylotem wyszedł mu pozytywny wynik badań na koronawirusa, jego żona została objęta kwarantanną, więc nie mogli polecieć, a było już za późno na odwołanie wyjazdu.
Trzy dni przed terminem wylotu szef zadzwonił do mnie i powiedział, że zawsze cenił moją pracę i że jeśli chcę, to mogę lecieć z dziewczyną zamiast nich. W pierwszej chwili pomyślałem, że super, taka okazja nie zdarza się co dzień, normalnie gwiazdka z nieba, ale po chwili zapytałem go, czy zamiast mnie mógłby lecieć ktoś inny. Początkowo trochę się zdziwił, ale po chwili wyraził zgodę.
I w ten oto sposób na najbardziej luksusowe wczasy w życiu polecieli moi rodzice. Za darmo, bez żadnych kosztów :) Nigdy nie było ich stać na ekskluzywne wyjazdy, a zawsze marzyli o egzotycznej podróży. Nawet nie wiecie, ile radości sprawił im ten wyjazd, jacy zachwyceni wrócili i jacy szczęśliwi.
Tak oto okazało się, że nawet koronawirus może dać komuś radość ;) A szef po powrocie do pracy powiedział mi, że zaimponowałem mu tym, że zamiast sam skorzystać, wolałem przekazać wyjazd rodzicom, postanowił dać mi bardziej odpowiedzialne stanowisko i wysłać na kilka kursów, dzięki czemu więcej zarabiam i kto wie, może kiedyś sam sobie kupię taką wycieczkę :)
Mój narzeczony jest międzynarodowym kierowcą ciężarówki. Ostatnio wracając z Hiszpanii stanął na tzw. ''dzikusie'', czyli parkingu przy lesie, na którym są tylko brudne toalety z mnóstwem robali. Kiedy akurat miał ruszać, za jego naczepą, w biały dzień, zatrzymał się wypasiony samochód, a ze środka wysiadł facet w garniturze. Na obrysówce naczepy powiesił papier toaletowy, rozejrzał się, ściągnął spodnie i zaczął obok ciężarówki załatwiać grubszą potrzebę.
Mój narzeczony potrafi być złośliwy, do tego żarty trzymają się go bez względu na okoliczności. W momencie, kiedy facet kucał, on odpalił silnik i zaraz ruszył, zostawiając gościa na środku parkingu z brudnym tyłkiem, bez papieru toaletowego.
Z cyklu jak ciemni potrafią być faceci.
Z Pawłem znamy się od wielu, wielu lat (licząc praktycznie w dziesiątkach). Coś zawsze między nami było, szczeniackie zauroczenia, różne śmieszne historie. Słowem - mamy przeszłość. Od lat jesteśmy we w miarę regularnym kontakcie.
Po tym krótkim słowie wstępu: Paweł odezwał się do mnie na wiosnę i wtedy zaczęliśmy dosyć często pisać, o wszystkim. Pod koniec lata okazało się, że rozstał się ze swoją wieloletnią partnerką. Cały czas traktowałam tę relację jako kumpelską, bo nawet nie dopuszczałam myśli, że po tylu latach nadal może być coś na rzeczy. Dopóki nie napisał do mnie zaraz po tym, jak go rzuciła, dopóki nie zaczął mi pisać, że jest pewna dziewczyna, o której myśli od lat i zawsze czegoś z nią chciał, ale jakoś nigdy do końca się nie udało, dopóki nie zaczął mówić, że w jednej kwestii pozostanie tajemniczy. Cały czas to traktowałam z dystansem. Aż nie zaprosił mnie na kolację. Nie chciał powiedzieć, gdzie idziemy. Wtedy zaczęłam trochę się zastanawiać... No przyznacie, wyglądało to podejrzanie.
W końcu nadszedł ten wieczór. Faktycznie, fancy restauracja, zarezerwowany stolik - myślę sobie najs. Zamówiliśmy driny, no i skoro mnie zaprosił, to nie wezmę drogiego jedzenia, bo to tak głupio trochę. Wieczór płynie, wspominamy stare czasy, aż tu nagle typ zaczyna mi wylewnie opowiadać o znajomej, która mu się podoba. Tak, znałam ją - i tak, to był najtrudniejszy do zachowania poker face w moim życiu. W mojej głowie rozgrywał się właśnie festiwal śmiechu i żenady. Łzawe historie o tym, że ta laska poczuła się jak nagroda pocieszenia po byłej płynęły do końca wieczora.
Finał tej historii jest najpiękniejszy: koleś zapłacił za nas, owszem - żeby wyjść na gentlemana. Gdy kelnerka odeszła, szeptem dodał "podliczę cię i wyślę ci numer mojego konta". Ani się zbyt nie najadłam, ani się nie bawiłam szampańsko, a mój portfel zubożał o stówkę. Tyle dobrze, że chociaż mnie odprowadził na przystanek.
Morał z tego taki płynie:
Kiedy myślisz o lasce jak o ziomalu,
to nie zamawiaj stolika w super lokalu,
idźcie na kebsa albo do maka,
gdzie każdy sam zapłaci za swego kurczaka.
Szłam sobie dzisiaj spokojnie na praktyki, gdy nagle zauważyłam, że jakiś dziadek koło siedemdziesiątki patrzy w moją stronę. Podszedł nagle do mnie i pyta się, czy wiem może która jest godzina, to mu odpowiadam, że 9.27. Stoi nadal przede mną i się patrzy, więc pytam, czy coś jeszcze, a on do mnie ze stoickim spokojem odpowiada "Fajna z ciebie sucz, ile bierzesz?". Na co mi kopara opadła do kolan, stałam przez dobrą chwilę, nie wiedząc co się dzieje, w końcu powiedziałam: "Gdyby był pan młodszy, to bym panu zaj*bała" i poszłam.
Nadal nie mogę uwierzyć w to co się stało. Co się dzieje z tymi ludźmi...
Carlos jest ze mną od niecałego roku. To mały pies, waży 1,5 kg. Cała rodzina kocha go, z wzajemnością oczywiście. Wczoraj w nocy Carlos obudził mnie swoim szczekaniem. Zwykle jak coś mu nie pasuje, to chwilę szczeka i przestaje. Tym razem nie wiedziałem, dlaczego nie chce przestać. Wstałem, żeby wypuścić go z pokoju, a ten ruszył tak szybko na dół, że byłem w lekkim szoku. Aż tak go przycisnęło czy co? Poszedłem za nim na dół, bo ciągle szczekał.
Mieszka z nami babcia. Wieczorem wstawiła golonkę na gaz i zapomniała. Woda wyparowała i golona się zaczęła przypalać. Śmierdziało mocno, ale u góry jeszcze nie było czuć. Carlos jednak poczuł, stał obok kuchenki i szczekał, dopóki nie wyłączyłem gazu. Mój bohater.
Rzecz miała miejsce 5 lat temu, gdy moja młodsza siostra miała 4 latka.
Nudziło jej się i postanowiła, że wymyśli jakąś nową zabawę. Przez 10 minut stała nieruchomo w przedpokoju.
Gdy moja mama zapytała się jej, co robi, bez wahania odpowiedziała, iż "bawi się w agenta nieruchomości".
Środek tygodnia, dom mojego chłopaka, jego rodzice w pracy, my w łóżku, atmosfera co najmniej gorąca. Tak byliśmy sobą zajęci, że żadne nie usłyszało zbliżającego się niebezpieczeństwa...
Tata lubego wparował jak gdyby nigdy nic. Sytuacja standardowa - podciąganie pościeli pod sam nos, buraczenie na twarzy.
- Tato, puka się! - krzyknął luby.
- No widzę, że się puka - odparł rezolutnie ojciec z lisim uśmieszkiem.
Dodaj anonimowe wyznanie