#qOVB4

Kilka ładnych lat temu "wygrałem" w totolotka. Od razu uradowany powiedziałem o tym swojej żonie. Żona w tajemnicy powiedziała przyjaciółce, przyjaciółka swojej mamie i w ten właśnie sposób do mieszkania 55 m2 wprowadzili się: wujka brat ciotki z Ameryki kuzyn, babki ciotki kuzynka i jej dorosła "chora curka", a także wujka brat cioteczny z dziećmi.
Żona oczywiście szczęśliwa, bo jej się nudzi, a w końcu ma dla kogo gotować, prać i sprzątać brudy, gdyż u nas w domu jest całkowity podział obowiązków. Kto pobrudzi: ten sprząta. Ale ja od razu wiedziałem po cholerę się tu sprowadziła ta cała banda. Na początku byli mili "Franuś, a może nowy garnitur dla Sławka od Bogusi kupisz?", "Franuś, a może wspomógłbyś wujkowi od Pawluczaków remont?". Albo najlepsze: "Franuś, weź kup dla ciotki samochód. Ciotka taka biedna, stara, schorowana. A ty słyszałam, że wygrałeś w totolotka, to teraz jesteś miliarderem". Tak. Masz rację, ciociu. CHCIAŁBYM być miliarderem.

Po kilku dniach takich próśb, na które zawsze odpowiadałem "Nie mam pieniędzy", zaczęły się groźby, lamenty itp., ale ja byłem nieugięty. Cały czas twierdziłem, że nie mam pieniędzy i żonie kazałem to samo powtarzać całej rodzinie: nie mamy pieniędzy, a to, że wygraliśmy, to był żart. W końcu każdy w to uwierzył.

Żonie oczywiście wymyśliłem cudowną karę: całe to przedstawienie z tym, że wygraliśmy, oczywiście BYŁO żartem. Wszystko to miało ukazać, jak długi jęzor ma moja ukochana. Oczywiście po czasie się rozwiedliśmy, głównie z pobudek finansowych, bo cały czas twierdziłem, że nie mam pieniędzy na jej nową torebkę za 2 tys., nowe buty za 6 tys. czy też sukienkę za 10 tys., ale ona nie wiedziała o jednym: awansowałem w swojej firmie i na chwilę obecną zarabiam tak, że do miliona dojdę za 8 lat wcale nie tak oszczędnego życia. Ehh, głupia Kaśka, głupia...

#iCnHI

W styczniu na świat przyszedł mój synek. Podobno każdy poród to cud, a po tym co przeżyłam uważam, że ten poród z pewnością do cudów należał. Tydzień przed wyznaczonym terminem trafiłam do szpitala poprzez wizytę na SOR-ze, krwawiłam. 

Na szczęście okazało się, że to tylko przez badania wykonane kilka godzin wcześniej w gabinecie mojego lekarza. W szpitalu już zostałam na noc, gdyż pan doktor, który mnie badał na SOR-ze stwierdził, że i tak jeszcze tej nocy tam wrócę, a jak nie to dnia następnego. 

Cóż... noc minęła spokojnie, nawet nie czułam, by cokolwiek się zapowiadało; synek kopał jak zwykle celując prosto w żebra. Rano odwiedził mnie mój partner, ja poprosiłam go, by przywiózł mi torbę z rzeczami dla mnie. Zastanawiałam się też wtedy, czy nie wyjść na własne żądanie i poczekać w domu na sygnał od syna, że chce opuścić dotychczasowe lokum. Stwierdziliśmy z partnerem, że przemyślę sobie to na spokojnie, w czasie gdy on pojedzie po moje rzeczy. 

O godzinie 12 opuścił szpital, a mnie pielęgniarka zabrała na badania KTG. Kilka minut leżałam sobie spokojnie, gdy nagle "stukanie", które było dźwiękiem bicia serduszka mojego syna zaczęło być cichsze, było go coraz mniej. Wokół mnie zebrał się wianuszek lekarzy i pielęgniarek. Usłyszałam tylko, jak jedna lekarka mówi "dzwońcie na operacyjną, musimy to przerwać!". 

Miałam w oczach przerażenie, nie wiedziałam co się dzieje. Tętno mojego synka zanikało. Pielęgniarka wsadziła mnie na wózek i dosłownie biegła ze mną przez korytarz. Pamiętam zegar, który wisiał nad drzwiami sali operacyjnej, była 12.30. Na sali zostałam znieczulona od pasa w dół, że stresu nie czułam nawet tej ogromnej igły wbijającej się w moje plecy, liczyło się tylko to, by mój synek przetrwał te kilka minut. 

Miałam w oczach łzy, gdy pielęgniarka podpinała mi elektrody (te plastry takie, nie pamiętam jak się to nazywa). Anestezjolog cały czas trzymał mnie za rękę, a drugą głaskał mnie po włosach i mówił, że wszystko będzie dobrze. Bardzo mi pomógł w tej chwili. Kilka minut później, gdy leżałam już pocięta na stole, zobaczyłam uśmiech lekarza, który prowadził operację i tego anestezjologa, który trzymał mnie za rękę. 

Udało się, mój syn żył i miał się dobrze, mimo tego że był owinięty pępowiną wokół szyi dwa razy. Wprawdzie był siny, ale po chwili wszystko wróciło do normy i dostał 10 punktów w skali Apgar. Lekarz powiedział, że to były ostatnie chwile, by się udało. 

Do dziś jestem wdzięczna temu lekarzowi, który uratował moje dziecko. Dla mnie był to prawdziwy cud, bo udało się. Akurat wtedy byłam w szpitalu, a nawet akurat podpięta pod KTG. Cuda się zdarzają! Dziś synek zaczyna się śmiać, a każdego ranka budzi mnie uśmiechem na swojej małej buzi :)

#yFTaC

Byłam w związku z przystojnym, wysokim facetem o ciemnych, głębokich oczach i wspaniałym poczuciu humoru... Mieszkaliśmy razem przez ponad rok. Jednak inteligencja nie była jego mocną stroną. Do tego był maminsynkiem.

Pewnego dnia, kiedy musiałam wyjść na uczelnię w godzinach 10:00-18:00, poinformowałam mego byłego o tym, iż obiad dziś do stołu podany nie zostanie. Za to ma w zamrażarce gotowe pierogi z mięsem. Krzyczy biedak, że nie umie tego ugotować! Więc (...aż tak go kochałam), nauczyłam go jak wstawić wodę do garnka, umieścić tam gotowe pierogi i gotować aż do wypłynięcia. Sukces, najadł się!

Za tydzień powtórka z rozrywki: pierogi masz w zamrażarce, będę po 18:00. Dzień zleciał mi monotonnie, wykończona w domu chciałam jedynie wtulić się w ukochanego. Wracam, a on jest głodny. Myślę, do cholery, jakim cudem? Pytam, czemu nie jadł? Odpowiedział:
- Bo te pierogi są z kapustą i grzybami, a ja umiem ugotować tylko z mięsem…

Aktualnie jestem szczęśliwą singielką.

#mXKEg

Moja siostra zrobiła sobie dziecko z jakimś totalnym dupkiem, który ją zostawił, jak tylko dowiedział się o ciąży. Siostra sobie jakoś radzi, ale tylko dlatego, że rodzice jej pomagają jak mogą.
Ja już od pewnego czasu spotykam się z rozwódką, która ma czteroletniego synka. Jej były mąż płaci alimenty, ale z dzieckiem rzadko się widuje. Mówi, że nie może częściej, bo jego obecna kobieta jest w ciąży bliźniaczej i musi przy niej być. Ja natomiast naprawdę zżyłem się z tym dzieciakiem. Bardzo kocham jego matkę i traktuję ten związek poważnie. Poinformowałem więc moich rodziców, że zamierzam się oświadczyć. A w nich nagle jakby coś wystąpiło. Zaczęli krzyczeć, że chyba zwariowałem, że chcę się pakować w takie coś i wychowywać cudzego bachora i że moja dziewczyna tylko szuka takiego jelenia.
Wyszedłem. Niepotrzebne im może o wszystkim powiedziałem, ale zawsze mieliśmy dobre relacje, więc chciałem, żeby wiedzieli.
 
Nie rozumiem ich ostrej reakcji. I to są ci sami ludzie, którzy aktywnie szukają nowego faceta dla mojej siostry. Dosłownie - aktywnie. Próbują ją swatać z każdym synem ich znajomych i znajomych ich znajomych (nawet z tymi, których sami ledwo znają. Byleby tylko trafił się jakiś facet). Siedzą z dzieckiem siostry, kiedy ta chodzi na randki, bo przecież ona musi sobie kogoś znaleźć. Zasługuje na uczciwego mężczyznę, który pokocha ją i jej dziecko i się nimi zaopiekuje - ich słowa.
Hipokryzja level hard. Ręce opadają. Naprawdę się tego po nich nie spodziewałem.

#CpAvi

Ten moment, w którym mając 17 lat spotykasz na ulicy nauczycielkę z podstawówki, która uśmiecha się do ciebie i pyta, czy dalej mylisz "erupcję" z "erekcją"...

Proszę Pani, wiem, że czasem przegląda pani tę stronę, więc proszę: Napisałam tak tylko raz, na tej jednej, jedynej kartkówce, dokładnie 6 lat temu, a pani zawsze mi to przypomina. Proszę, zapomnijmy o tym :)

#2xnLj

Miałam wtedy może jakieś 8 lat. Był ostatni weekend przed Bożym Narodzeniem. Trzeba trzepać dywany, gotować, sprzątać itd. Moja mama miała pełne ręce roboty. Dała mojemu tacie listę rzeczy do zrobienia (wiadomo, z facetami to różnie bywa, lepiej im wszystko zapisać ;)). Na liście znajdowała się prośba o pojechanie do przychodni po receptę. W końcu tata się zebrał i pojechał.

Minęła godzina, druga, trzecia, czwarta, a tata nie wraca. Mama już zdenerwowana, bo nie ma, kto w domu pomagać. W końcu dostaje telefon:
(m) - No nareszcie! Gdzie ty się szlajasz tak długo?!
(t) - Aniu... No, bo ja nie wiem, o której i czy w ogóle wrócę.

Tata powiedział, że musi kończyć i się rozłączył. Mama w szloch i do pokoju. Nie wychodziła przez kilka godzin. Aż rozległ się dzwonek do drzwi. W progu - tata.
Ja się cieszę, mama nadal płacze i żąda wyjaśnień. Na co tata ze stoickim spokojem:
- Zamknęli mnie w przychodni.

Co się okazało? Że za długo zwlekał z pojechaniem po receptę i nikogo już nie było. Wszedł do środka, sprawdził kiedy doktor przyjmuje następnego dnia i już chciał wychodzić, kiedy zobaczył, że drzwi są zamknięte. Okna tak samo. To zaczął krzyczeć, bo przecież jakaś pani sprzątająca mogła jeszcze zostać, tylko zamknąć się od środka. 

No, ale nikt się nie odzywał. To wiadomo - telefon na policję, policja dzwoni do firmy ochroniarskiej, w firmie już nikogo nie ma... i tak przez kilka godzin. W końcu zadzwonili po którąś ze sprzątaczek, która przyjechała z zapasowym kluczem. Później zaczęło się przesłuchiwanie. Zapakowali go do radiowozu i przepytują. Nagle inny policjant puka w szybę i ten, co go przepytywał wyszedł. Wraca cały rozchichotany i mówi;
- No nie uwierzy pan! Zamknęła pana sprzątaczka, która miała sprzątać, ale wyszła na przedświąteczne zakupy. Tylko że nie był pan sam. Oprócz pana były tam jeszcze dwie laborantki, które przestraszyły się pana i zamknęły w laboratorium!

No to mama już spokojna, wszyscy hepi, święta jednak się odbędą. Do dziś opowiadamy sobie tę historie przy stole. I tu historia mogłaby się zakończyć, gdyby nie to, że ostatnio przy ot takiej bezsensownej rozmowie z koleżanką (jej tata jest policjantem, który odbiera telefony) zapytałam się, jakie było najgłupsze zgłoszenie, jakie dostał. Ona po krótkim namyśle odpowiedziała:
- Kiedyś jakiś debil dzwonił z zamkniętej przychodni.

Nie, nie przyznałam się, że to mój tata :)

#evu9T

10 lat temu gdy chodziłam do gimnazjum to w Tłusty Czwartek cała klasa umówiła się, że przyniesiemy pączki do szkoły. Jako że byłam nielubiana w klasie, to wpadłam na genialny pomysł. Kupiłam 20 pączków z czekoladą w środku i dodałam do nadzienia trochę kupy z kuwety mojego kota, tak aby nie było tego czuć w smaku, lecz satysfakcja została, że nakarmiłam ludzi gównem. Udało się. Nikt nie poznał się, że zjedli pączka z miłym dodatkiem, wręcz pytali mnie, w której cukierni można dostać takie pyszne słodkości.

Nie jestem dumna z tego czynu, ale gdyby ktoś się zapytał, czy żałuję, to bez wahania bym odpowiedziała, że nie. Byłam gnębiona w szkole, a nauczyciele nic sobie z tego nie robili, więc musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Co prawda po tej akcji nadal byłam kozłem ofiarnym, lecz w myślach wciąż sobie powtarzałam, że ja przynajmniej nie zjadłam kocich odchodów. Moje szczęście urosło dwukrotnie gdy dowiedziałam się, że nasza wychowawczyni również poczęstowała się tym pączkiem. Od początku była źle nastawiona do mojej osoby i na każdym kroku ze mnie drwiła, tak że tym bardziej zasługiwała na ten posiłek.

#r0amL

Koniec opowieści, które sprawiają, że na koniec wszyscy mamy ochotę napisać komentarz "rzygam tęczą".

Upalne wakacje w jednym z większych miast. Wraz z kilkoma znajomymi jak przystało na prawdziwego cebulaka udaliśmy się na miejscowe kąpielisko, aby zaczerpnąć trochę ochłody w trakcie skwaru i nabrać buraczokowatości na trawce zielonej. Po kąpielisku zaplanowany mieliśmy niezwykły event jakim był ogródkowy grill, a pomiędzy jednym a drugim zakupy wielkiej wyżerki w osiedlowym centrum wszechświata - Biedronce.

Wracając z kąpieliska przez piękne alejki koło lasu, mój pęcherz stwierdził, że w przeciwieństwie do pustego żołądka, jest totalnie pełny i nie wytrzyma już dłużej przemarszu po kiełbaski. Zbawieniem dla niego był ów las. Jako dziewczyna raczej nie przyzwyczajona do survivalowych przeżyć postawiona zostałam w dość krępującej sytuacji. Ale są pewne priorytety w życiu i w tym momencie był to właśnie piękny, gęsty krzaczek, za którym można było przycupnąć, szybko siknąć niczym mały piesek „cziłałła” i wrócić do dalszej podróży z ziomeczkami. Więc zbyt długo się nie zastanawiając poprosiłam znajomych, żeby poczekali na mnie przed lasem, a ja oddalając się lekkim truchtem w pośpiechu i z chusteczkami w ręce byłam naprawdę wielce uradowana, że w końcu nastąpi moment oddania moczu.

W odległości ok. 500 metrów od alejki pojawił się on - piękny, ustronny krzaczek, który wystarczająco osłaniał moje dupsko od alejek otaczających las, których nota bene nie było już wcale, a wcale widać. No to hyc, majteczki w dół i sikamy! Wszystko szło gładko, moje zażenowanie całą sytuacją nie było zbyt wielkie dopóki nie poczułam, że jakaś mała gnida kąsa mnie w pośladek. Tak, przyssało się do niego maleńkie komarzysko.

Odruchowo wzięłam dłoń i przywaliłam sobie głośnego plaskacza w pupę i zabiłam gadzinę. Niestety w tym momencie spotkałam się wzrokiem z parą oczu należących do innej gadziny, której nie zauważyłam wcześniej.. W krzaczku obok siedział bardzo dobrze zakamuflowany Don Żulerio i obserwował całą sikającą scenkę, bardzo, ale to BARDZO zadowolony. Najbardziej jednak nie usatysfakcjonowała go chyba moja dupa, lecz siarczysty klaps, który sama sobie zadałam. Chyba wydawało mu się, że na… zachętę?

Majty w górę hyc. Burak spalony i znów prawie posikana, ale tym razem ze śmiechu wybiegłam na alejkę do znajomych...

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że tylko ja wiedziałam, że na moim tyłku siedział komar. Żulerio nie. Zapewne ku jego (i Waszemu drodzy czytelnicy!) zdziwieniu nie zostaliśmy małżeństwem i nie żyjemy długo i szczęśliwie w leśnych bazach, obserwując gołe tyłki innych nieostrożnych dam :P

#JhpNw

Dziś mam 17. rocznicę ślubu i jedną jedyną tajemnicę przed mężem.
Byłam kretynką.

Męża znam od 8. roku życia. Byliśmy sąsiadami, a nasi rodzice także się przyjaźnili. W każdym razie, nazwijmy go Piotr, był starszy ode mnie o rok. I gdy mieliśmy on 17, ja 16 lat... coś zaczęło iskrzyć.
Niewinnie zaprosił na pizzę, do kina. Zawsze dawał kwiatka. Czułam się zadbana.
Nie chodziliśmy jeszcze ze sobą, ale byliśmy już, powiedzmy, na etapie „coś się zaczyna”.
I wtedy odwaliłam.
Jak byłam w 3 klasie, a Piotr w 4 klasie LO (różne licea), pojechałam na wycieczkę szkolną i popłynęłam.
Byłam jeszcze wtedy dziewicą i planowałam pierwszy raz przeżyć z Piotrem, ale alkohol i hormony zrobiły swoje. Poszłam do łóżka z chłopakiem z sąsiedniej klasy. Ledwo go znałam, ot tak, jak się widzi na korytarzu w szkole. Wiem, że źle zrobiłam i makabrycznie się z tym czułam.
Dwa tygodnie później kochałam się z Piotrem i od tego czasu jesteśmy razem.
Lecz co mnie ciągle boli - Piotr wyznał mi wtedy, iż jestem jego pierwsza.
A ja skłamałam, że on dla mnie też, że on mnie rozdziewicza. Udawałam nawet ból.

Żyję tak z tym kłamstwem.

#lxsSa

Byłam kiedyś na zakupach z koleżanką. Ona cierpliwie znosiła moje grymasy, ja przymierzałam białą koszulę, która mi się spodobała. Była za mała, więc wysłałam koleżankę po większą... Strasznie długo jej nie było.

W pewnym momencie usłyszałam jakieś uderzenie o drzwi, wiec stwierdziłam, że to ona... Powiedziałam: ładuj się, śmiało! Nie ukrywam, że trochę się zdziwiłam, kiedy znalazłam się w przymierzalni z młodym chłopakiem, który najwyraźniej uznał moje słowa za zaproszenie... Wyrzuciłam go z mojej przestrzeni prywatnej, popychając za nim drzwi. 

Później usłyszałam tylko zza ściany:
- Dostałem drzwiami, ale widziałem cycki!
Dodaj anonimowe wyznanie