#FPVMK

Poznałam kiedyś chłopaka na czacie. Facet inteligentny, śmieszkowaty, wydawał się dosyć dojrzały i samodzielny. Rozmawialiśmy codziennie przez kilka miesięcy. W końcu klamka zapadła, postanowiliśmy się spotkać, chociaż dzieliły nas godziny drogi.

Szczegóły spotkania były mniej więcej uzgodnione. Spacer po mieście, później jakaś pizza i jak starczy czasu - kino. Mieliśmy spędzić ze sobą cały dzień od rana do wieczora. Niestety (lub stety) spotkanie trwało znacznie mniej, niż było przewidziane.

Chłopak przyjechał z rodzicami, o niczym wcześniej nawet mi nie napomniał.
Zamarłam, ale robiłam dobrą minę do złej gry. Zapytałam, co to za niespodzianka i dlaczego przyjechał razem z nimi. Odpowiedział, że bał się sam prowadzić samochód (ma prawo jazdy od dwóch lat), a tata zaproponował mu podwiezienie za darmo i nie musiał płacić za autobus (?).

Za kino musiałam zapłacić sama. I tak naprawdę za niego też, bo facet przy kasie nie miał jak wydać z grubszych. Nie żebym była materialistką, brałam pod uwagę fakt, że każdy płaci za siebie, ale wyznaję zasadę - kto zaprasza, ten płaci. Kino zaproponował on.

Tyle dobrego, że na pizzę poszliśmy sami. Tyle złego, że jego mama wysłała w tym czasie chyba z 10 SMS-ów, których treść brzmiała: "Jak się bawisz, syneczku? Dlaczego nie odpisujesz?".
Chłopak patrzył mi głęboko w oczy, dał do zrozumienia, że chce mnie pocałować, ale rzuciło mi się w oczy, że ma sos pomidorowy w kącikach ust, więc zrzuciłam widelec, żeby przerwać te katorgi.

Cieszyłam się, że dzień dobiega końca i koniec tej szopki. Wtedy wkroczył jego ojciec z aparatem, robiąc nam serię zdjęć na pamiątkę, w pozycji "na grzybki", czyli stojąc sztywno na baczność.
Na koniec jego mama zaproponowała, że następne spotkanie może odbyć się u nich w domu, lecz nie na cały dzień, ale na cały weekend.
Na drugi dzień chłopak wyznał mi miłość i powiedział, że już nie może się doczekać weekendu.

Nie pytajcie, jak wykręciłam się z tego wszystkiego...

PS On miał 23 lata, ja 18.

#SjMtl

Mam 30 lat, jestem przedstawicielem handlowym. Zajmuję się sprzedażą narzędzi do obrabiarek numerycznych. Moja praca polega polega mniej więcej na tym, że jeżdżę po firmach i zachęcam do zakupu. Tyle słowem wstępu.

Połowa maja, godziny popołudniowe, wracam do domu z trasy. Znam drogę wręcz na pamięć, mimo to jest jeden taki odcinek, na którym zawsze zwalniam. Jakieś 350 m przez las, po drodze jest jeden zakręt i zaraz za nim skrzyżowanie. Jadę sobie te 60 na godzinę, mimo że obowiązuje tam 90. W pewnym momencie z podporządkowanej wymusza na mnie pierwszeństwo jakiś merol. Wyjechał w takim momencie, że nie miałem kompletnie szans na uniknięcie zderzenia. Ile wyhamowałem, tyle wyhamowałem, ale i tak walnąłem w jego bok. Z racji że jechałem samochodem służbowym, mam obowiązek wezwać policję do każdej stłuczki. Więc dzwonię, zrobiłem zdjęcia, zanim jeszcze kierowca mercedesa zdążył wygramolić swoją szanowną z samochodu. Okazało się, że jest nim mój poprzedni szef, od którego się zwolniłem, bo pracując jako technolog-programista zarabiałem grosze. Tyrałem za dwóch, a że nie byłem lizodupem, to często nawet premię mi obcinali.

Przyjechała policja, mundurowi, nawet nie oglądając zdjęć, od razu stwierdzili, że wina leży po mojej stronie. Mimo że ewidentnie było widać na mercedesie ślad po uderzeniu na wysokości drzwi od pasażera za kierowcą. Więc jest to wymuszenie. Cała rozmowa mi nie pasowała, bo rozmawiali z moim byłym szefem jak z kumplem. Czyli się znali. Jako że nie jestem w ciemię bity, nie przyjąłem ich "wyroku" i zażądałem, żeby na miejsce kolizji przyjechał radiowóz z innego rejonu. Padło na wojewódzką, bo byli najbliżej. Czekałem prawie godzinę, ale się opłaciło.

Panowie podeszli do sprawy bardzo fachowo. Sprawdzili dokumenty, oba samochody, obejrzeli zdjęcia. Z racji, że momencie ich przyjazdu automatycznie przejęli sprawę, nasi lokalni policjanci mieli guzik do powiedzenia. Wojewódzcy stwierdzili jednoznacznie, tym razem na moją korzyć, że kierowca mercedesa, a mój były szef, jest sprawcą. 5 stówek mandatu i 8 albo 10 pkt karnych. Wsiadając do samochodu żony, która w międzyczasie zdążyła przyjechać, usłyszałem krótką rozmowę, która wywiązała się między wojewódzką a lokalnymi:

[W] Chłopaki, podejdźcie na chwilę.
[L] Co jest?
[W] Gołym okiem widać, że znacie się ze sprawcą. Guzik nas obchodzi kogo tutaj znacie. Ale jak jeszcze raz się dowiem, że odstawiacie taki cyrk i przez znajomości chcecie kogoś wybielić, to zgłoszę to do komendanta u nas. A wtedy, w najlepszym razie, skończycie na pastowaniu butów w szatni. Wyraziłem się jasno?

Lokalni, już potulni jak baranki, zawinęli się grzecznie i pojechali. Ja śmiałem się z tej rozmowy cały następny dzień.

I apel na koniec. Jeśli coś wam nie pasuje w tego typu zdarzeniach, macie prawo zadzwonić po inny radiowóz.

#jHHk6

Mój chłopak ma naczyniaka na prawie połowie twarzy (to jest taka fioletowo-purpurowa plama). Ja już tego nie zauważam, kocham go takiego, jednak na ulicy zawsze są krzywe spojrzenia ludzi i chamskie gapienie.

Jednak przechodząc do rzeczy. Jesteśmy sobie na zakupach. P. przymierza koszulkę. Fioletową. Zastanawia się, marudzi. A że wyglądał świetnie, to mówię bez namysłu:
- Weź ją, jest super, do twarzy ci.

Dobrze, że chłopak ma dystans do siebie :D

#SQ0hr

Niedawno zostałam matką bliźniąt :)
Bardzo chcieliśmy, żeby ich imiona kojarzone były z jakąś znaną parą. I tak:
- Jaś i Małgosia... za popularne
- Adam i Ewa... za poważne
- Brad i Angelina... za kontrowersyjne
Mój mąż rzucił ze śmiechem:
- Ech, nigdy się nie zdecydujemy. Brajan i Dżesika będzie najlepsze :D
Mi tylko zaświeciły się oczy...

Jesteśmy wyrodnymi rodzicami. Właśnie patrzę, jak Janusz i Grażyna słodko śpią :)

#ER3Yk

Historia mojego wujka do dziś stanowi dla mnie inspirację. Nigdy nie spotkałem człowieka, który tak mocno kochałby drugą osobę.

Wujek umarł w wieku 84 lat. Nigdy nie miał żony i dzieci. Nikt nie rozumiał, dlaczego tak przystojny mężczyzna wybrał samotne życie. Panny zabijały się o niego, każda go chciała. A on je odtrącał. Dopiero po wielu latach rodzina poznała powód.

Przed wojną wujek wyjechał do Szczecina za pracą. Poznał tam kobietę, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia. Była jego pierwszą miłością, wujek był tradycjonalistą, więc jak się zakochał, to tak jak łabędź - na całe życie. Mieli z Alicją wielkie plany, chciał jej przedstawić swoich rodziców. Niestety nastała wojna, wujek zmuszony był iść do wojska. Utracił kontakt z Alicją, kiedyś nie było telefonów, a gdy wojna dobiegła końca, okazało się, że rodzina Alicji nie mieszka już w Szczecinie.

Wujek szukał Alicji przez całe życie. Na próżno, nie było po niej śladu. Zestarzał się w samotności, stał się zgryźliwy, był takim członkiem rodziny, którego wypadało zaprosić na urodziny i Boże Narodzenie, ale poza tym nikt nie chciał z nim utrzymywać kontaktu.

Odwiedziłem kiedyś wujka w szpitalu, był bardzo schorowany, zapalenie płuc. Na stoliku przy jego łóżku stało zdjęcie tej kobiety, Alicji. Była wprost przepiękna. Wujek obudził się na chwilę i opowiedział mi tę historię. Zrobiło mi się go żal, więc gdy spał, zabrałem zdjęcie i postanowiłem odnaleźć Alicję.

Wynająłem trzech prywatnych detektywów, odnalezienie rodziny Alicji nie było łatwe, ale jeździłem po całej Polsce, modląc się, by wujek wyzdrowiał. Wreszcie mi się udało, spotkałem się z siostrzenicą Alicji, która popłakała się, gdy powiedziałem jej o moim wujku. Natychmiast przyjechała ze mną do szpitala.

Rozmawiali przez dwie godziny. Pani Katarzyna opowiedziała mojemu wujkowi historię ciotki Alicji. Okazało się, że nigdy nie wyszła za mąż i nie miała dzieci. Była zamkniętą w sobie, zimną kobietą, którą rodzina uważała za dziwaczkę. Na starość zachorowała na Alzheimera, zaczęła tracić pamięć, nikogo nie poznawała.

Poza nim. Całymi dniami przesiadywała w ganku przy oknie i powtarzała, że któregoś dnia Tadeusz przyjdzie po nią z bukietem czerwonych róż, jak to zawsze robił. Tylko on trzymał ją przy życiu. Na wspomnienie o Tadeuszu, jej oczy szkliły się, a na policzkach pojawiały się rumieńce. Nikt nie wiedział, kim był Tadeusz, ale wszyscy wiedzieli, że był miłością jej życia.

Słysząc to, mój wujek popłakał się. Ona też na niego czekała, a on ją zawiódł. Okazało się, że rodzina Alicji wyprowadziła się do Australii.
- Ciotka podobno bardzo protestowała, ale nie miała wyboru.
Wujek zmarł tej samej nocy. Odszedł z uśmiechem na twarzy, przyciskając do piersi portret Alicji. Choć nie było im dane przeżyć życia razem, zawsze była w jego sercu, a on w jej. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

#hBs4Y

Z początku od razu ostrzegam Was, że będzie historia, w którą do dziś jest mi trudno uwierzyć i wspominam ją z dużym podziwem. Otóż  mieszkam w niewielkim miasteczku (15-20 tys. mieszkańców), a moja droga do pracy opiera się na wejściu w samochód, dojechaniu do ulubionego marketu po trochę prowiantu i jadąc po zakupach przez kilka kilometrów krajową docieram do warsztatu.

Pracuję codziennie, więc przy markecie jestem dzień w dzień. Zawsze przed wejściem koczują tam mężczyźni proszący często o jakiegoś piątaka na chleb. Jest ich raptem trzech, czasem może czterech. Rozmawiałem sobie kiedyś z nimi i dowiedziałem się, że ich zakład pracy się spalił, a oni po całej akcji śpią i żebrzą pod sklepem, przy okazji szukając pracy i tułając się na zmianę po punktach PUP. Nie zarabiam wiele i nie każdemu chleb kupię, bo zwyczajnie mnie nie stać, tak każdemu z facetów dam zawsze po złociszu, by mieli bochenek "na spółę" i nic się nie zmarnowało. Sam schemat sytuacji trwa już dobre kilka miesięcy, co dzień, dlatego zdziwiłem się, gdy panów nie było jeden dzień, potem drugi, trzeci, w końcu tydzień. Obawiałem się o to, że może zachorowali, może gdzieś wyjechali albo coś im się stało. Jednak moje wątpliwości zostały rozwiane po ok. miesiącu od braku obecności tych osób pod marketem.

Wsiadając do auta po zrobionych zakupach zauważyłem kopertę pod wycieraczką. Otwierając ją, moim oczom ukazał się list i 400 złotych. Z jednej strony wiecie, cieszyłem się, bo zawsze dodatkowe pieniądze to jest coś i na pewno się przyda, ale nie potrafiłem dopuścić do siebie myśli, że ktoś dał mi ot tak 400 złotych w kopercie. Wymyślałem na szybko w głowie cokolwiek, by jakoś racjonalnie to wytłumaczyć, dopóki nie sięgnąłem po list.

Jak już pewnie większość czytelników się domyśla, list podpisany był przez owych trzech panów, a jego zawartość to; "Drogi towarzyszu, od dłuższego czasu przeznaczałeś swoje pieniądze na to, byśmy nie padli z głodu. W końcu, gdy załapaliśmy pracę w fabryce w *nazwa miejscowości oddalona od mojego miejsca zamieszkania o ok.20 km* i dostaliśmy pierwszą wypłatę, postanowiliśmy podzielić się nią z Tobą, tak jak Ty robiłeś to przez ostatnie długie miesiące z nami. Dziękujemy i szczęścia życzymy".
Przyznaję, łzy napłynęły mi do oczu i po pracy migiem pojechałem do wyżej wymienionej fabryki, by panom za ową przysługę podziękować, bo kwoty przyjąć nie chcieli w żadnym wypadku. Skumplowaliśmy się i zyskałem naprawdę pokaźną lekcję życia odnośnie pomagania innym choćby tą śmieszną kwotą trzech złotych, która dla kogoś innego może być wynagrodzeniem za cały dzień spędzony pod sklepem żebrząc. Dlatego pozdrawiam wszystkich Anonimowych i rada na przyszłość: jak wiecie, że ktoś naprawdę potrzebuje pomocy, to pomagajcie :)

#k3x0n

Historia wydarzyła się kilka minut temu. Wyszłam z moim pieskiem na podwórko. Jest mała i strasznie boi się do kogokolwiek podejść, ale strasznie ujada na nieznajomych. Więc bawiłam się z nią i wyszło okropne młode babsko, które znam z widzenia. Młoda brunetka. Jako że to nieznajoma, Nuka od razu pobiegła, żeby poszczekać. 

To co usłyszałam od tej baby prawie wyprowadziło mnie z równowagi. Brzmiało to tak "Wynoś się, bo cię kopnę. A jak cię kopnę, to zdechniesz". Ja oszołomiona myślałam, że to ja ją kopne. Naprawdę powoli tracę wiarę w ludzkość.

#djwGR

Ludzie dziwią się, że mimo stosunkowo młodego wieku jestem przeciwnikiem małżeństwa i nie szukam żony. Gdyby znali moją historię, pewnie by się tak nie dziwili.

Miałem firmę po ojcu, nic spektakularnego, przyzwoity zakład kamieniarski, zakład pogrzebowy i kilka innych spółek. Ciężko na to wraz z ojcem pracowałem.

Kilka lat temu poznałem pewną dziewczynę i byłem święcie przekonany, że znalazłem miłość swojego życia. Błyskawiczny ślub, dziecko jeszcze szybciej, byłem szczęśliwy. Niestety moja żona szybko po urodzeniu potomka zaczęła mieć tzw. swoje sprawy. Miałem pewne podejrzenia, które ku mojej rozpaczy się potwierdziły, więc wkurzony na max po złapaniu żony na zdradzie wystąpiłem o rozwód. Co ciekawe, ona szybko na to przystała, nawet nie była zła, a wkrótce okazało się dlaczego - otóż nagle wystąpiła z roszczeniem o połowę majątku... Zdziwiła się mocno, gdy okazało się, że nie ma tak lekko i wszystko co uzyskałem i posiadałem przed ślubem należy do mnie. Jak to wyszło, to miłość mojego życia nagle trochę otrzeźwiała i stwierdziła, że popełniła TAKI WIELKI BŁĄD i w ogóle to ona mnie kocha na zabój... No cóż, nauczony doświadczeniem olałem temat i dociągnąłem sprawę rozwodu praktycznie do końca.

Najlepsze, że na koniec okazało się, że dziecko też nie jest moje, tylko kochanka... Co najbardziej popieprzone, mimo że to nie moje dziecko, od trzech lat muszę na nie płacić alimenty. Sprawa za sprawą w sądzie i co sędzia, to pieprzy coś od rzeczy, że dziecko ma swoje prawa i mimo że nie jestem jego biologicznym ojcem, muszę na nie płacić.

No cóż, skończyło się na tym, że przepisałem biznesy na resztę rodziny i płacę dziś symbolicznie 250 zł na nie moje dziecko. I tak jakoś unikam związków i kobiet.

#zvacp

Mam koleżankę Kasię, znamy się od liceum i utrzymujemy ze sobą kontakt. Nie są to częste wizyty czy telefony, średnio raz na dwa miesiące, aby sobie poplotkować. Relację mamy na tyle dobrą, że gadamy o wszystkim, nawet o związkowych kryzysach.

Ostatnio Kasia miała problemy z chłopakiem i zostawiła go z dnia na dzień. Jeszcze szybciej spakowała manatki i wyruszyła do wielkiego miasta, czyli do mnie. Twierdzi, że tylko tutaj ma przyszłość.

Ogólnie to siedzi u mnie i u mojego chłopaka już piąty tydzień, bo szuka pracy idealnej. Kasia nie ma studiów, nie ma matury, a na jej świadectwie najwyższa ocena to trzy z religii. Przedtem pracowała w sklepie. Tutaj chce co najmniej kierownicze stanowisko i pensję minimum 3000 zł na rękę, bo w końcu to miasto wojewódzkie. Miała u nas przekimać przez tydzień (sami mamy malutkie mieszkanko i nam ciasno), a siedzi przez cały czas i nie zanosi się, aby chciała podjąć jakąś pracę i się wyprowadzić. Zakupy zrobiła tylko raz i to dla siebie, bo nie było jogurtów. Nie sprząta po sobie ani nawet nie ugotuje obiadu. Wszędzie z nami łazi, schlewa się i opowiada, że tęskni za byłym. Ale na drugi dzień już mówi, że nie chce z nim być, bo typ mieszka z matką (na ponad 100 m2), a ona się nie godzi na to, żeby mieszkać z teściową.

Przyznaję, że przez cały czas byłam totalnie nieświadoma, jak bardzo Kasia się zmieniła. Nigdy nie błyskała inteligencją, ale była w porządku, taka dziewczyna do tańca i do różańca. Teraz wiem, że po prostu w dupie jej się poprzewracało.

Próbowaliśmy ją usunąć z mieszkania. Po dwóch tygodniach proszenia i aluzji po prosu spakowałam jej manatki i kazałam szukać innego sponsora. To na nic. Potem stała pod blokiem, wydzwaniała domofonem, aż w końcu chłopak się zlitował i ją wpuścił. A teraz nie chce już wyjść.

Ostatecznie zadzwoniłam do jej chłopaka, mówiąc, że Kasia strasznie za nim tęskni i ma przyjechać. Zabrał ją na spacer, a my w tym czasie spakowaliśmy ją i zostawiliśmy jej ciuchy przed mieszkaniem. Przy chłopaku chyba głupio jej było robić taki cyrk i ostatecznie odjechali razem w siną dal.
Od razu też dostałam SMS-a "Dzięki za nic".
Kasiu, jeśli to czytasz, to nie ma za co.
Dodaj anonimowe wyznanie