Kiedy półtora roku temu zaczęłam swój związek z X, szczerze i otwarcie powiedziałam mu, że nie jest moim ideałem, ma tragiczne nazwisko i najchętniej traktowałabym ten związek jako zabawę. On miał podobne poglądy co do mnie, ale mimo wszystko coś nas do siebie przyciągało. Nasz związek był najlepszym z moich wszystkich związków w życiu. Przeszliśmy razem także metamorfozy - on zaczął chodzić na siłownię, zmienił styl ubierania, ja schudłam 10 kg i przefarbowałam włosy.
W zeszłym tygodniu zerwaliśmy. Nigdy chyba nie czułam się tak podle, ale koleżanki pocieszały mnie argumentem "przynajmniej znajdziesz kogoś z NORMALNYM nazwiskiem".
Wczoraj przypadkiem spotkałam mojego byłego w supermarkecie. Oświadczył mi się na dziale mięsnym, powiedział, że od początku naszego związku miał kupiony pierścionek. Oczywiście zgodziłam się, a przy okazji zrobiliśmy mały teatr dla reszty ludzi w kolejce :D Powiedziałam mu wprost, że za żadne skarby nie chcę przyjąć jego nazwiska i zaproponowałam mu swoje. Zrobiliśmy sobie konkurs jedzenia pierogów. Kto zje więcej, ten wygrywa, a przegrany zmienia nazwisko. Wiedziałam, że mój luby nienawidzi pierogów, więc wygraną mam w kieszeni i to on zmieni nazwisko.
Jak się domyślacie - przegrałam. Mój narzeczony zjadł 54 pierogi w 20 minut. Za niecały rok będę nazywać się CYCUCH :D
Razem z moim kolegą trenowaliśmy razem w sekcji w badmintona, jeździliśmy razem na turnieje czy obozy przygotowawcze. Jak co roku, tak i w tamte wakacje, a było to 10 lat temu, wojewódzki związek powołał kadrę naszego regionu na zgrupowanie, do której obaj się dostaliśmy. Muszę dodać, że w kadrze tej byli zawodnicy i zawodniczki z bardzo różnego przedziału wiekowego - od 9-letnich dzieciaków po nas, 17-letnich chłopaków.
Szybko zaznajomiliśmy się z innymi zawodnikami, którzy również trafili tam na zgrupowanie. Tak mi się przynajmniej wydawało. Mi się z nimi świetnie spędzało czas, dobrze się bawiliśmy. Natomiast mój kolega - nazwijmy go Filip - wydawał się nie być tym zachwycony. Zawsze był cichy i bardzo spokojny, czasem trochę wycofany, wyalienowany. Teraz pokazywał w pełni swój cichy charakter. Nie bawiło go spędzanie z nami czasu. Znalazł sobie inne towarzystwo - spędzał czas z 10- i 11-letnimi dziewczynkami z kadry naszego regionu. Nie powiem, myślałem, że zdurniał, ale zostawiłem go w spokoju. Filip zaczął z nimi spędzać coraz więcej czasu, szczególnie z 10-letnią Zuzią. Schodzili razem na posiłki, siedzieli wieczorami razem, nawet rozgrzewkę robili wspólnie. Nie wyglądało to normalnie - 17-letni chłop i mała, siedem lat młodsza dziewczynka, a wyglądali razem nie do końca jako tylko znajomi z obozu...
Po tygodniu zgrupowania przeżyłem lekkie rozbawienie, a zarazem szok - Filip i Zuzia niby zostali parą. Na początku mu nie uwierzyłem, gdy mi o tym powiedział, ale okazało się to prawdą. Gdy już się to rozniosło wszyscy uznali go za wariata i pedofila, mimo że wcześniej mimo swojego cichego usposobienia był raczej lubianą osobą. Nawet trener zaczął patrzeć na niego mniej przychylnie. Wbrew temu co myślałem nie oddalili się od siebie zaraz po tym, jak ta afera się rozkręciła. Wytrwali razem do końca obozu. Co się działo później nie wiem, bo zmieniłem całkowicie otoczenie, przeprowadziłem się.
Z Filipem utrzymywałem kontakt, ale wolałem nie poruszać tego tematu. Dziś natomiast dostałem list - zaproszenie na ślub Filipa i Zuzi. On 27 lat, ona 20. Szok i niedowierzanie. Po dokładnym wypytaniu okazało się, że przez te 10 lat wytrwali ze sobą, nawet gdy Zuzia przechodziła "trudny okres dojrzewania" ich miłość wytrzymała. To jednak zbzikowane uczucie :-D
Kojarzycie memy z Nosaczem Januszem, gdzie przeszkadza Pioterowi w nauce zdalnej? Nie sądziłem, że podobna sytuacja wydarzy się w moim życiu.
Dostałem propozycję pracy w pewnej korporacji - ze względu na pandemię rozmowa kwalifikacyjna miała się odbyć zdalnie przez internet. Zależało mi na dostaniu tej posady, bo to byłaby moja pierwsza poważna praca, więc bardzo solidnie zacząłem się do niej przygotowywać. Muszę też powiedzieć, że mam troszkę nadopiekuńczą mamę, z którą nadal mieszkam (mam 21 lat...). Mama widziała jak ciężko pracowałem, żeby przygotować się do rozmowy rekrutacyjnej i wypaść jak najlepiej.
Nadszedł dzień rozmowy - wszystko szło fajnie, pani z którą rozmawiałem, okazała się bardzo miłą osobą, żartobliwą, ogólnie atmosfera była bardzo luźna. I nagle w pewnym momencie do mojego pokoju wchodzi moja mama... Podeszła do mojego laptopa i kulturalnie przedstawiła się pani, z którą rozmawiałem. Starałem się jak najłagodniej powiedzieć mamie, żeby sobie poszła, bo wszystko zepsuje, ale mama zaczęła prosić panią rekruterkę, żeby zatrudniła jej synka, bo jej synek to dobry chłopiec i że on sobie ze wszystkim poradzi i zaczęła opowiadać, jakim to ja orłem w podstawówce nie byłem i jak inne dzieci ze mnie zawsze przykład brały. Po 15 minutach mama w końcu przestała mówić i jak gdyby nigdy nic pożegnała się i wyszła z pokoju. Zrobiłem się cały czerwony z powodu tej niezręcznej sytuacji i zacząłem przepraszać rekruterkę. Ale pani tylko się uśmiechnęła i powiedziała, że mam bardzo miłą mamę.
Niesmak po tej rozmowie miałem jeszcze przez długi czas, a mama do tej pory nie zdała sobie sprawy, że przez nią wyszedłem na maminsynka.
PS: Pracę dostałem :)
Planuję sytuację, w której będę uprawiała seks z obcym facetem, podczas kiedy mój facet będzie skrępowany i będzie musiał się temu bezsilnie przyglądać. Oczywiście nie powiem mu, co zamierzam. Skrepuję go, a kiedy do mieszkania wejdzie ten drugi, mojemu pozostanie tylko patrzenie. Chcę, żeby widział, jak na jego oczach zdradzam go z innym, a on nie może nic zrobić. Podczas tego aktu będę poniżała swojego faceta, porównując go do tego drugiego. Chcę widzieć jego ból i w ten sposób zakończyć tę relację.
Mam bardzo dominujący charakter i zawsze wybierałam uległych, którym niszczyłam psychiki, czasem nawet rujnowałam życia. Sprawia mi to ogromną satysfakcję. Brzmi może okrutnie, ale ja po prostu taka jestem. Tym razem jednak chcę zabawić się ostatni raz i zacząć myśleć o ułożeniu życia. Odezwał się u mnie instynkt macierzyński. Boje się, że ciężko będzie w normalnym związku, nie wiem, czy będę potrafiła być z kimś, kto będzie chciał mieć własne zdanie. Mam charakter dominy, aczkolwiek z drugiej strony chcę też dziecka, a dziecko potrzebuje normalnego ojca.
W gimnazjum miałam nauczyciela, który szczególnie za mną nie przepadał.
Lubił przelewać na uczniów swoje negatywne emocje.
Najczęstszym przezwiskiem kierowanym do mnie było słowo "kaleka", ponieważ bardzo często miałam na jego lekcjach plastry i bandaże na rękach.
Gnojek nigdy się nie dowiedział, że zawsze miałam pod nimi podpowiedzi na jego sprawdziany. ;)
Samotność jest straszna. Niszczy mnie od środka. Piszę tutaj, bo nawet nie mam z kim porozmawiać o swoich problemach.
Niedawno stuknęła mi trzydziestka. Nie mam przyjaciół ani znajomych, a z rodziną już od dawna nie potrafię rozmawiać. Niby nie jestem jakiś najgorszy, niby ludzie mówią mi, że jestem sympatyczny, ale coś wybitnie nie gra. Zaczynam się bać, że kiedyś umrę samotnie, a nawet nie będzie komu przyjść na mój pogrzeb. Jeszcze bardziej dobija mnie fakt, że już dawno dojrzałem do założenia rodziny, ale nigdy nie byłem nawet na randce. Ludzie kompletnie mnie omijają, jestem tak beznadziejne przeciętny, że zlewam się z otoczeniem. Nie jestem najbrzydszy, dbam o siebie, ćwiczę i ubieram się nie najgorzej. Mam własne mieszkanie i samochód, trochę oszczędności, więc jestem w stanie utrzymać rodzinę, mimo to nigdy, przenigdy nie zdołałem zainteresować sobą żadnej kobiety. Nie mam bladego pojęcia, co jest ze mną nie tak.
Dziękuję, że to czytacie, bo płakanie do poduszki słabo pomaga, dobrze jest czasem się komuś wyżalić.
Na zakończenie mam do Was prośbę: jeżeli widzicie w swoim otoczeniu ludzi samotnych, wyciągnijcie do nich rękę. Kiedy człowiek jest sam i nie potrafi się odnaleźć wśród ludzi, nawet zwykła rozmowa, odrobina zainteresowania może pomóc.
W drugiej czy trzeciej klasie szkoły podstawowej robiliśmy jakieś tam przedstawienie na Dzień Matki. Byłam zdruzgotana, bo moja mama jako jedyna nie przyszła, więc stałam tak bliska płaczu, mówiąc swoją kwestię do obcych matek. Moja wspaniałomyślna koleżanka postanowiła mnie pocieszyć:
- Ale zobacz, jest nas 20, a przyszło tylko 18 mam, czyli nie tylko twojej nie ma!
Nie wzięła pod uwagę, że mieliśmy w klasie bliźniaków...
Pamiętacie taką kreskówkę pt. „Laboratorium Dextera”, gdzie pojawiała się postać głupiutkiej niczym przeciętny karaś siostry tytułowego bohatera, która to przez swój niezbyt rozwinięty intelekt regularnie doprowadzała do katastrof? Absolutnie rozumiem sytuację Dextera, bo sam żyję pod dachem z taką właśnie siostrzyczką.
Żyjemy w dużym domku jednorodzinnym. Z rodzicami, bo ja jeszcze studiuję, a moja Kaśka dopiero skończyła liceum. Nie mam pojęcia, co z niej wyrośnie, bo chwilami mam wrażenie, że dziewczyna poddusiła się pępowiną podczas porodu i jest teraz szczęśliwą posiadaczką jednej tylko, nieco zwichrowanej, szarej komórki.
Wczoraj nasz dom został okradziony. Jak do tego doszło? Otóż Kasia, wychodząc na spotkanie z psiapsiółkami, zorientowała się, że zarówno ja, jak i rodzice nie wzięliśmy naszych kluczy, więc moja kochana siostrzyczka ukryła swój komplet pod wycieraczką. Żeby tego było mało, nakleiła na drzwi kartkę z jebutnym, widocznym z ulicy napisem „KLUCZE SĄ POD WYCIERACZKĄ!”.
Wyniesiono połowę naszego dobytku, w tym dwie moje gitary. Kasia do dziś nie rozumie, dlaczego wszyscy się na nią gniewamy...
Krótko i na temat. Mam 21 lat, od trzech lat palę papierosy i ukrywam ten fakt przed mamą. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że moja 44-letnia mama ukrywa się z paleniem przede mną i przed własną mamą, a moją babcią, z którą mieszkamy.
Nie zdziwiłabym się, jakby babcia ukrywała się przed nami. :)
Mój pradziadek był bohaterem. W czasie II WŚ walczył najpierw na Lubelszczyźnie, potem w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie nie złożył broni. Praktycznie do końca lat 50. działał w oddziałach partyzanckich walczących z Sowietami. Dopiero jego żona, a moja prababcia uświadomiła go, że powinien w końcu zawiesić karabin na haku, a mundur schować głęboko do szafy. Pradziadek zrobił to z wielką niechęcią. Bo dla niego walka o wolność się nie skończyła. Twierdził wręcz, że dopiero zaczęła.
To on od małego wpajał mi patriotyzm. To za jego namową poszedłem do klasy wojskowej i zapisałem się do grupy rekonstrukcyjnej, gdy miałem 18 lat. Chłopaki z grupy wielokrotnie wpadali do mnie, by odwiedzić Dziadunia i posłuchać jego opowieści z czasów wojennych. Był dla nich autorytetem, honorowym gościem na imprezach i człowiekiem, dzięki któremu zmieniło się ich postrzeganie świata. Uczył nas, że ojczyznę ma się jedną. Jaka by ona nie była, gdy przychodzi moment próby, musimy być gotowi, by walczyć. Mówił, że nawet dzisiaj, gdy trwa jeden wielki wyścig szczurów, a jeden drugiego sprzedałby za garść srebrników, my mamy być tymi, którzy nie splamią honoru zdradą.
Pradziadek zmarł 5 lat temu, dzień przed spotkaniem, na którym mieliśmy z kolegami opracowywać scenariusz na rekonstrukcję bitwy pod Wizną. Był dla nich teoretycznie obcą osobą, a szlochali jak małe dzieci, gdy powiedziałem o jego śmierci. Wiedziałem, że będą na pogrzebie. Zadeklarowali się. Ale to co zrobili, zapadnie mi w pamięci chyba do końca życia.
Był piątek, 13.30, pół godziny do nabożeństwa. Wtedy pod kościół podjechał bus. Byliśmy w totalnym szoku, gdy ze środka wyszło 25 moich kolegów z grupy, w pełnym umundurowaniu, z bronią, a do tego 6-osobowa orkiestra, która bardzo często towarzyszyła nam na imprezach.
Nasz kierownik podszedł wtedy do mnie i powiedział: "Bohaterowie zasługują, by oddać im honory. Szczególnie podczas tej ostatniej drogi. Twój pradziadek był dla nas wzorem i przykładem. Byłoby zbrodnią, gdyby nas tutaj dzisiaj zabrakło".
Z kościoła na cmentarz jest prawie 2 kilometry. Chłopaki na zmianę nieśli trumnę pradziadka. Przy samym grobie zaś oddali mu honory, jak podczas wojskowego pogrzebu. 3 salwy honorowe, pieśń przygrywana przez orkiestrę, flaga oddana na ręce babci.
Na spotkaniach grupy czasami rozmawiamy o nim, wspominamy go. Jego opowieści, żarciki, specyficzne poczucie humoru. Dziś mija ponad 5 lat od jego pogrzebu. I nawet dzisiaj mam łzy w oczach, gdy to wspominam. Spoczywaj w spokoju, Dziaduniu.
Dodaj anonimowe wyznanie