Historia o miłosnym trójkącie. Ja, mój były (nazwijmy go Adam) i jego kochana mamusia.
Otóż Adam był dwudziestoletnim, dobrze wychowanym i inteligentnym facetem, który nie potrafił powiedzieć "nie" swojej rodzicielce. Standardem było, że wracał do domu o 22, nie mógł rozmawiać wieczorem przez telefon, a gdy chciał wyjść z domu na dłużej, musiał nieźle wkręcić rodzicielkę. Odwoływał spotkania, bo musiał iść łapać z mamą pokemony, a gdy chcieliśmy iść na siłownię, musiałam liczyć się z towarzystwem niedoszłej teściowej. A na koniec Adam dostał super propozycję. Nowy komputer w zamian za zerwanie ze mną kontaktów.
Mam nadzieję, że długo mu nie posłuży.
To uczucie, kiedy w twoje osiemnaste urodziny zamówiono mszę w twojej intencji, a podczas nabożeństwa odczytane zostają słowa: "Módlmy się w intencji Ani w osiemnastą rocznicę śmierci".
Moi rodzice są po rozwodzie już parę ładnych lat, mój tata bił i zdradzał moją mamę praktycznie od początku ich związku, moja matka w końcu zdecydowała się na rozwód który przyniósł wiele bólu, nieprzespanych nocy, nerwów, ataków paniki jak i depresji. Najbardziej to wszystko odbiło się na mnie. Nie wiem czemu odczułam wszystko bardziej. W momencie, którym po tym wszystkim zaczęliśmy sobie układać życie z mamą, kobieta mojego ojca kopnęła go w dupę. A ten wrócił z podkulonym ogonem do matki twierdząc, że żałuje wszystkiego.
Jest tu lekko ponad tydzień A już owinął ją sobie wokół palca.
Mało tego, słyszałam co robili dziś w pokoju... Nigdy nie czułam do nikogo takiego obrzydzenia jak do niej w tym momencie.
Nie mam pojęcia jak przemówić jej do rozsądku, a ja nie daję już sobie rady psychicznie...
Od dziecka mam dwóch bliskich przyjaciół - Kubę i Maćka - którzy w zasadzie są dla mnie jak bracia. Dwa lata temu rozpoczęliśmy studia. Z naszej trójki tylko ja studiuję w naszym rodzinnym mieście, chłopaki wracają jednak zawsze na weekendy do domu. Zwyczajem stały się dla nas spotkania w sobotę - jakieś piwko, pizza, itp.
Z pół roku temu Kuba przedstawił nam swoją dziewczynę Kingę. Początkowo wszystko było gites majonez, ale nagle dziewczynie zaczęło odbijać. Robiła Kubie awantury o każde spotkanie z nami. On dzielnie znosił te burze, zawsze przychodził, ale potem narzekał, że Kinga jest zła. I tak co tydzień.
Nie rozumiałem o co dziewczynie chodzi, przecież spędzał z nami i tak bardzo mało czasu. Aż tu nagle, niespodziewanie wpadłem na Kingę na mieście. Wprost powiedziałem, żeby się ogarnęła i nie robiła z siebie księżniczki, żeby nie traktowała tak Kuby i nie robiła cyrków z naszych spotkań.
Jej odpowiedź zbiła mnie z nóg. Powiedziała, że fajny ze mnie przyjaciel, skoro mam gdzieś zdrowie Kuby... Nie wiedziałem o czym ona mówi.
Okazało się, że u Kuby niedawno zdiagnozowano cukrzycę. Bierze leki, ale musi także stosować dietę. Jej istotnym punktem jest ograniczanie alkoholu i tłustych pokarmów. Kinga wiedziała, że właśnie one królują na naszych spotkaniach, i że Kuba sobie nie odmawia. Myślała, że ja i Maciek wiemy o chorobie i mimo to pozwalamy mu na picie nawet 3 piw wieczorem, dlatego chciała, by całkiem przestał nas widywać.
Teraz z Maćkiem pilnujemy Kuby i na każdym spotkaniu mamy zdrowe przekąski i zero alkoholu. Z Kingą zwracamy mu uwagę na dietę i powagę choroby, którą on zawzięcie bagatelizował. A Kinga dostała ode mnie wieeeeelki bukiet kwiatów w ramach przeprosin za to, że na nią naskoczyłem.
Uwielbiany przez Was morał - nie oceniaj dziewczyny przyjaciela po pozorach, bo może ona właśnie stara się uratować mu życie.
Zawsze marzyłam o pomaganiu ludziom, dlatego też poszłam na psychologię. Po zakończeniu studiów marzyło mi się dalsze dokształcanie i praca w jakiejś poważnej instytucji, gdzie mogłabym pomagać ludziom, którzy wsparcia psychologicznego najbardziej potrzebują. Jednak rzeczywistość na rynku pracy była nieco inna. Z braku pieniędzy i lepszych perspektyw postanowiłam na trochę zatrudnić się w dużej firmie rekrutacyjnej.
Do moich obowiązków należało m.in. dzwonienie do potencjalnych kandydatów, zapraszanie na rozmowę i przeprowadzanie z nimi pierwszych rozmów/testów kwalifikacyjnych. Praca nie jakoś szczególnie rozwojowa, ale podobało mi się, że mogę spotkać nowych ludzi, trochę ich poznać. Często udzielałam im też jakichś wskazówek jak mają się zachowywać na kolejnych rozmowach, bo dobrze wiedziałam jak ciężkie mogą one być.
Któregoś dnia dzwoniłam do kolejnych osób. Pierwsza na liście była Alicja. Nie odebrała za pierwszym razem, udało mi się do niej dodzwonić dopiero pod koniec mojej dniówki. Powiedziała ciche "Słucham" i wtedy ja radośnie rozgadałam się kim jestem i o co mi chodzi. Dopiero kiedy zaczęłam zadawać jej pytania zorientowałam się, że dziewczyna płacze i jest bardzo smutna. Było mi dosyć niezręcznie i powiedziałam, że oddzwonię jutro. Ona jednak poprosiła, żebym z nią chwilę "pobyła". Wtedy włączył mi się mój alarm niesienia pomocy światu. Kiedyś pracowałam w telefonie zaufania, więc miałam pewne doświadczenie jak z tą dziewczyną rozmawiać. Powiedziała mi o tym, że nie może skończyć pracy magisterskiej, o wygórowanych wymaganiach rodziców, o tym, że czuje jakby zmarnowała swój potencjał, że jest tym wszystkim zmęczona i ogólnie ma doła. Pocieszyłam ją na tyle ile mogłam i zaprosiłam na rozmowę.
Polityka firmy była taka, że niekoniecznie przeprowadzało się rozmowy kwalifikacyjne z ludźmi, z którymi kontaktowało się przez telefon. Ja jednak dzielnie walczyłam, żeby Alicja została przydzielona do mnie. Udało się. Na spotkanie przyszła piękna i inteligentna młoda osoba. Skończyła studia ekonomiczne i wiedzę miała naprawdę dużą, jednak w głębi serca i ja, i ona wiedziałyśmy, że jeżeli nawet dostanie pracę na stanowisku o jakie się ubiega, to będzie się tam męczyć. Świetnie nam się rozmawiało. Podczas rozmowy okazało się, że Alicja posiada spory talent plastyczny, który niestety nie jest udokumentowany żadnym "papierem", a jedynie jej rysunkami.
Dużo myślałam o Alicji i wtedy przypomniałam sobie, że mój znajomy szuka grafika do swojego portalu. Jak najszybciej skontaktowałam się z obojgiem. Dziewczyna pokazała co potrafi i została zatrudniona. Co prawda nie zarabia tyle, ile by mogła zarobić na stanowisku w korporacji, ale jest spełniona, może rysować i projektować.
Koniec końców pomogłam jej znaleźć pracę i umówiłam na rozmowę kwalifikacyjną :)
Od dziecka miałem problem z językiem polskim, mimo wielkich starań maksymalna ocena było zawsze 3.
Poszedłem do 4 klasy podstawówki, nowa szkoła, nowa nauczycielka, która moje prace, opowiadania etc. oceniała pod względem merytorycznym, a nie charakteru pisma, przecinków czy ortografii. Do tego zawsze lektury czytałem, byłem aktywny etc. więc na półrocze postawiła mi 5 z polskiego! Dumny byłem jak nigdy, wracam do domu, chwalę się, że dostałem 5 z polskiego. Moja matka ubrała się, trzasła drzwiami i poszła. Wróciła po godzinie i z pyskiem na mnie, że nic się nie uczę i że mam tylko 3 z polskiego!!! Szlaban na wszystko i mam się uczyć polskiego...
Dopiero w szkole dowiedziałem się co się stało. Pani z polskiego wzięła mnie na stronę i wyjaśniła.
Okazało się, że moja matka, znana nauczycielka w okolicy i znajoma dyrektora, przyleciała do szkoły i z pyskiem na moją polonistkę (młoda, po studiach), że ona się kompletnie nie zna, że ona zna swoje dziecko i ja nie zasługuję na 5 i ma mi natychmiast obniżyć ocenę na 3 albo ona idzie do dyrektora i inaczej tę sprawę załatwi; ta się wystraszyła i zaniżyła mi ocenę.
Całą edukację moja matka zawsze robiła podobne cyrki...
PS Skończyłem na politechnice.
Kolega w wieku około 15 lat zafascynowany był fajerwerkami. Wysadzał co się dało, byle był większy huk, od kul śnieżnych po wydrążone jabłka. Jego pomysły nie miały kresu. Jego mama strasznie się o niego bała, żeby sobie nic nie zrobił, i nie popierała fajerwerków. Ale on z chęci przestraszenia mamy chciał narobić huku w domu, więc wymyślił, że wysadzi fajerwerki w wannie.
Tak też zrobił - odpalił i wrzucił do wanny. Huk.
Matka wpada do łazienki, a on do niej mówi, że ogłuchł i z tekstem "Mamo, mów do mnie, mamo, mów do mnie!"... A matka koncertowo, z wystraszoną miną i bez dźwięku, poruszała ustami. Podobno takiego płaczu u swojego syna w życiu nie widziała, nawet jak był dzieckiem.
Podsumowanie: dostał szlaban i więcej nie ruszył petard.
Parę słów o moim wyglądzie, bo to istotne dla wyznania: mam długie, ciemne, lekko falowane włosy, lekko ciemniejszą karnacje i wieczny trzydniowy zarost.
Ze względu na wyżej wymienione przymioty podczas festiwalu w Jarocinie zostałem okrzyknięty Jezusem...
Podczas czekania na koncerty siedziałem z ekipą przed namiotem, z istotnych postaci byli goście o ksywach Lucek i Bogu. Do Boga zadzwonił telefon, jakaś pani z telemarketingu, odbiera.
- Biuro kierowania wszechświatem, siedziba terenowa w Jarocinie, Bogu przy telefonie.
- Bla, bla, bla... Przyjedzie pan na naszą prezentację?... bla, bla, bla.
- Przepraszam panią bardzo, nie ja się tym zajmuję, w normalnych warunkach jest to działka Lucka, ale on niestety teraz pije. Mogę dać Jezusa. - Podaje mi telefon ze słowami: - Masz, synu.
Pani weszła w klimat, koronnym argumentem okazało się, że na prezentacji będzie dużo wody, którą będę mógł zmienić w wino, które zapewne pijemy. (Dużo się nie pomyliła, wytwór wino-podobny). Powalony tym argumentem musiałem obiecać, że pojawię się na tej prezentacji, niekoniecznie materialnie, ale w końcu jestem wszędzie, to i tam będę :D
Mój mąż ma wielu kolegów kawalerów. Większość z nich wybrało ten styl życia, inni po prostu nie mogli go uniknąć. Wśród tych, którym nie powiodło się w miłości jest Tomasz. Chłopak ogólnie niebrzydki, ale ma coś takiego w sobie, co odtrąca wszystkie panny i mężatki - w tym i mnie. Mianowicie, chłopak jest straszną fleją. Chodzi w poplamionych ciuchach, jego broda jest zapuszczona i jestem sobie w stanie rękę uciąć za to, że znajdzie się tam i wczorajsze śniadanie, brud za jego paznokciami wręcz przeraża.
Tomek upatrzył sobie we mnie cel, pewnie dlatego, że zawsze byłam wobec niego życzliwa. Gościu ciągle mnie dotyka, kiedy u nas nocował to w środku nocy położył się na łóżku koło mnie (mąż w tym czasie się kąpał). Nie tyka mnie w intymne miejsca, nie jest to chamskie klepnięcie w dupę, bardziej chwycenie w pasie jak przechodzi, w biodrach, przejechanie ręką po ramieniu. Nic o co można zrobić awanturę.
Na początku reagowałam delikatnie, mówiłam, że nie lubię być dotykana, że to moja prywatna strefa. Starałam się go nie urazić. Z czasem, gdy nie przestawał, interweniował mąż. Ja też byłam coraz bardziej dosadna. Na nic się to zdawało.
Przestaliśmy go zapraszać do siebie, ale to nic nie dało bo całą paczką spotykaliśmy się przy innych okazjach. Nie dało się go tak łatwo pozbyć.
I stało się, rok temu na grillu weszłam do domu aby przynieść więcej mięsa. Po cichu wszedł za mną i nim zdążyłam się zorientować chwycił mnie w pasie i przesunął do siebie. Zasłonił mi usta ręką i próbował rozebrać. Całe szczęście, był pijany, a ja chodziłam swego czasu na kurs samoobrony. Nie zdążył mi nawet zsunąć spodni, a uciekłam. Pobiegłam od razu do męża. Ostatkiem sił powstrzymałam go by nic mu nie robił. Nie było sensu potem włóczyć się po komendach za takiego śmiecia. Poza tym, do niczego nie doszło, brak dowodów i słowo przeciwko słowu.
Paczka się rozpadła, niektórzy kawalerzy stwierdzili, że przecież nic się nie stało, pomacał sobie i tyle. Inni (w większości) zostali. Kontaktu już nie utrzymujemy. Kiedyś widziałam go na przystanku po drugiej stronie ulicy i szybko wbiegłam do autobusu. Pomimo tego, że było to tak dawno, do teraz przechodzą mnie dreszcze obrzydzenia.
Wiem, że nie lubicie morałów ale co mi tam. Uważajcie, dziewczyny i chłopcy. Nawet wśród najbliższych przyjaciół znajdą się takie mendy.
Pewnego dnia wracałem do domu samochodem. Droga krajowa prowadząca do mojego miasta prowadziła także przez okoliczną wieś, która nie słynęła ze zbyt bezpiecznych.
Z racji, że weszły nowe przepisy o prędkości w terenie zabudowanym, to zwolniłem odpowiednio i tak toczyłem się przez teren zabudowany, mając ok. 50 km/h.
Po paru sekundach miałem na tyłach samochód, który ewidentnie się spieszył. Nie miał gdzie wyprzedzić z racji ciągłego ruchu, więc trąbił i rzucał długimi. Gdy tylko z naprzeciwka się zrobiła luka, to pan mnie wyprzedził i momentalnie zahamował przed maską.
Już w momencie wysiadania, a wręcz wybiegania z auta zaczął do mnie krzyczeć o baranach i zawalidrogach. Gość był tak agresywny, że zaczął szarpać za klamkę, uderzać w lusterko albo szybę. Był tak bardzo zajęty wyładowywaniem się na mnie, że zapomniał nawet zgasić samochodu, nie mówiąc o zamknięciu drzwi.
W momencie, gdy z jego ust padała kolejna groźba i próba wyrwania mi lusterka, z chodnika wybiegł typowy Sebek wioskowy i... wsiadł do auta agresywnego kierowcy, po czym odjechał z piskiem, kradnąc samochód.
Agresor dopiero po chwili się zorientował, że właśnie stracił samochód, a ja chciałem wykorzystać okazję i w sumie uciec przed gościem.
Następne kilka minut gość agresywnie krzyczał, że to moja wina i mam szybko dać mu samochód, aby on mógł gonić złodzieja, po chwili już to się zmieniło w prośbę, aby go wpuścić do środka i gonić złodzieja z racji tego, że stracił samochód służbowy, telefon, laptopa, portfel i stoi goły bez niczego. Finalnie, już praktycznie płacząc mi w szybę, błagał o telefon na policję.
Ja wciąż w sumie wkurzony, ale jednocześnie ostro przerażony gościem, stwierdziłem, że zrobię coś, czego trochę potem trochę żałowałem... Po prostu odjechałem od gościa i nawet nie dzwoniłem na policję.
Nagranie z kamerki usunąłem i w sumie czasami łapią mnie wyrzuty sumienia z powodu tego co zrobiłem... Z drugiej strony zagłusza je rachunek za naprawę porysowanych drzwi i naderwanego lusterka. Nikomu o tym nie powiedziałem z racji tego, że zwyczajnie pożyczyłem od ojca samochód i musiałem na szybko naprawiać te straty. Najgorsze jest to, że jestem tak mocno nieśmiały i zamknięty w sobie, że w momencie jak agresor na mnie krzyczał, to bałem się spojrzeć w jego stronę, a samochód naprawiłem mega na szybko, praktycznie przepłacając dwukrotnie, żeby tylko nie dostać kary od ojca. Cały ten ból leczę wręcz chorym poczuciem tego, że agresor drogowy dostał za swoje. Nikomu tego nie powiedziałem, tylko wam.
Dodaj anonimowe wyznanie