Od 4 miesięcy uprawiam regularnie seks, średnio kilka razy w tygodniu. Moje małżeństwo trwa obecnie już 8 rok. W narzeczeństwie robiliśmy to wszędzie, na wszystkim i kiedykolwiek, jeśli któreś z nas miało ochotę. Po ślubie było wspaniale 3 lata, potem się zrąbało. Jakby z dnia na dzień, do dzisiaj nie kumam tego. Moja żona uwierzyła głupim przyjaciółkom, że tak częsty seks to jakby była prostytutką, tylko bez należności. Z częstotliwości nimfomanii spadło od razu do raz miesięcznie w określonej porze! Wytrzymałem tak jak widać sporo jeszcze lat, dziecka nie mamy, bo ona uważa się za zbyt młodą i przebojową, a ma 39 lat.
Często się kłóciliśmy na pełne japy w bloku, więc każdy wiedział, ściany jak z papieru.
Dokładnie 4 miesiące temu, jakoś od gadki, spiknąłem się z naszą sąsiadką. Tutaj kawka, tam wyniesienie śmieci, jakieś drobne pomoce, a potem cyk i minęły już 4 wspaniałe miesiące uprawiania seksu bez zobowiązań. Piwnica, klatka, jej samochód, mieszkanie, w altanie śmietnikowej i tak dalej.
Moja nawet nie zauważyła, że nie chcę jej już. Myśli, że zrozumiałem, a ona zapisała się do grup na fb aseksualni od zawsze (!!!). Myśli, że jest OK, szydzi z ludzi, którzy chcą robić sobie takie "obrzydliwe rzeczy". Mówi w kółko, że nie jesteśmy mięsem, że jesteśmy duszami, coś tam coś. Często wyłączam się, jak coś mówi.
Tymczasem nawet teraz to pisząc, dosłownie przed chwilą miałem dobry seks i kaca moralnego. Wcisnąłem żonie bajkę, że jadę do rodziców na weekend. Jestem u sąsiadki drzwi obok i boję się głośno odlać.
Jestem złym człowiekiem i nie potrafię tego przerwać.
Zaprosiłem do domu kolegę. Mama z tej okazji zrobiła pizzę i zawołała nas na obiad. Ja szedłem od razu, ale kolega jeszcze chciał iść do kibelka.
Siedzimy sobie razem z mamą, czekamy na kolegę i wspaniały aromat pizzy panuje w całej kuchni. Mam psa, który jest bardzo łakomy, jego nos poczuł pyszne jedzenie i przyszedł bliżej stołu. W tej chwili mój przyjaciel wszedł do kuchni.
Moja mama wkurzyła się na psa i zaczyna się na niego drzeć "Ty łakomczuchu, wynocha stąd!". Mina przerażonego kolegi, który nie wiedział, że moja mama drze się na psa była bezcenna :D
Moja 11-letnia córka powiedziała, że mój partner wkładał jej ręce w majtki i ją wykorzystywał. Jako dobra matka uwierzyłam dziecku, zgłosiłam sprawę na Policji, wyrzuciłam partnera z domu, nie zważając na jego zaprzeczenia.
Psycholog stwierdziła, że córka nie mówi prawdy, że nie było wykorzystania, Policja umorzyła sprawę, córka przeprosiła. Powiedziała, że to był tylko żart, bo była zła na niego, że jej zabrał laptopa i telefon za karę.
Bilans: 5-letni, dobry związek rozbity, utrata zaufania i szacunku do córki. Nie mogę na nią patrzeć, chciałabym ją wysłać do internatu i nie widzieć przez jakiś czas. Wiem, że zachowałam się jak powinnam, ale nie mogę jej wybaczyć.
Noc u mojego chłopaka w domu (za zgodą rodziców oczywiście). Sen mija spokojnie, przyjemnie w ramionach ukochanego. Przychodzi poranek, pobudka i jak to zawsze bywa rano, jesteśmy lekko ''niezdolni do funkcjonowania'' (w tym miejscu należy zaznaczyć, że mój chłopak ma dodatkowo wadę wzroku, więc delikatnie mówiąc jastrząb to z niego nie jest bez okularów). Budzę się pierwsza i chcąc go przywitać jak na kochającą dziewczynę przystało, przytulam się lekko, jednocześnie do niego zagajając: "Kochanie, dobrze się spało?", na co w odpowiedzi dostałam pełny energiczny obrót w stylu Jackie Chana i prawy sierpowy łokieć w nos. Krew lała się zostawiając plamy na pościeli, jak po morderstwie z premedytacją. Szkła mojego chłopaka powędrowały na nos i dopiero zobaczył co zmajstrował.
Poszłam ogarnąć sytuację z twarzą, umyłam się i zebrałam miejsce zbrodni. Poszłam na dół do łazienki, chcąc jakkolwiek uprać pościel. Spotkałam się oko w oko z jego rodzicielką i nawiązała się rozmowa: "O, kochaniutka, okres? Daj, wrzucę do miski, niech krew odejdzie". Na co ja z lekkim ''o hezu'' w mojej głowie i jeszcze większym zdziwieniem w oczach odpowiadam: "Nie, proszę pani, dostałam od pani syna w twarz i krew się polała".
Wydaje mi się, że trochę źle dobrałam słowa. Takiego wielkiego WHAT THE FUCK nigdy nie widziałam u nikogo na twarzy :D
Długo zbierałem się, by to opisać. Coś, czego nie da się wymazać z pamięci. Jeśli zastanawialiście się kiedykolwiek, czy istnieje piekło na ziemi, to powiem wam, że istnieje.
8 lat temu szukałem pracy za granicą. Byłem młody i głupi, więc skusiła mnie oferta pracy w gospodarstwie rolnym w południowych Włoszech. Papiery załatwione, bagaże spakowane i jedziemy.
Na miejscu okazało się, że sprawy mają się trochę inaczej, niż wydawało się to na początku. Zabrano nam dokumenty, pieniądze, telefony. Zostawili ubrania. Tylko.
Jak już się pewnie wielu z was domyśla, trafiłem do obozu pracy. Trafiłem do piekła. Piekła, które trwało ponad rok. Piekła, w którym tyraliśmy na polu do granic fizycznych możliwości, dostając przy tym głodowe racje żywnościowe. Gdzie każdy objaw nieposłuszeństwa czy źle wykonane polecenie było karane biciem i kopaniem.
I tak było dzień w dzień. Dzień w dzień byliśmy traktowani gorzej niż śmieci. Kobiety miały najgorzej. Nie dlatego, że musiały pracować równo z nami, facetami. Co ładniejsze nasi oprawcy sobie wybierali dla siebie i traktowali jak zabawki.
Trwałem w tej agonii jakiś rok. Aż którejś nocy coś we mnie pękło. Postanowiłem uciec. Może to wydawać się dziwne, ale nie miałem nic do stracenia.
W tamten dzień, jak co dzień zresztą, pracowaliśmy w polu. Ale tym razem mieliśmy do obrobienia kawałek, który znajdował się daleko od zabudowań. Wykorzystując moment nieuwagi i kawałek jakiegoś drutu znalezionego kilka dni wcześniej w ziemi, uciekłem.
Nie wiem, ile przebiegłem wtedy. Mogło to być równie dobrze 500 metrów jak i 10 kilometrów. Byle dalej od tego miejsca. Byle dalej od tego piekła. Trafiłem do jakiejś miejscowości. Ludzie na widok obdartego, brudnego, zarośniętego człowieka uchodzili z drogi. Bali się mnie. Błąkając się od domu do domu, błagając ludzi o pomoc, trafiłem na kościelną plebanię.
Ksiądz, który mnie wtedy przyjął, okazał się najwspanialszym człowiekiem na świecie. Nie mogliśmy się dogadać, ale na migi i wykorzystując mapę, która wisiała na ścianie, wytłumaczyłem mu, że jestem z Polski. Chwycił wtedy za telefon i zaczął wydzwaniać.
Po kilku godzinach przyjechał jakiś zakonnik, jak się okazało dominikanin z Krakowa, razem z oddziałem karabinierów. Zabrali mnie do szpitala. To było coś, czego nie da się opisać słowami. Po roku spania na podłodze w końcu miałem łóżko. W końcu nie byłem głodny. W końcu mogłem się umyć, ogolić, ubrać w czyste ubranie. I nie bać się, chociaż w małym stopniu się nie bać. Coś, co w tym momencie dla każdego z nas jest normalną rzeczą, wtedy było dla mnie jak wygrana na loterii.
W szpitalu spędziłem ponad tydzień. W międzyczasie skontaktowano się z moją rodziną. Tego spotkania po ponad roku nie da się opisać słowami. Po prostu się nie da. Ryczałem jak bóbr.
Od 12 roku życia zmagam się z olbrzymią emetofobią (lękiem przed wymiotowaniem). To jak cierpię z tego powodu to bardzo szeroki temat. Prawie wszędzie chodzę pieszo, bo niedopuszczalne jest dla mnie wystąpienie choroby lokomocyjnej.
Anonimowe na poważnie zaczęłam czytać w 2017 roku. Przeczytałam chyba wszystkie wyznania. Te o niesfornym układzie pokarmowym na początku powodowały ogromny stres, musiałam każde odreagować. Ale uparcie czytałam dalej! Z czasem trochę się przyzwyczaiłam. Dalej nie jest łatwo, ale udało mi się zrobić duże kroki naprzód - napiłam się na przykład trochę alkoholu po raz pierwszy w życiu. Anonimowe pokazały mi, że wszyscy srają i rzygają. Że po zwymiotowaniu można żyć dalej.
Mam nadzieję, że portal przeżyje i będę mogła tu wracać wiele następnych lat. Planujemy z mężem dziecko (wcześniej było to nie do pomyślenia) i pokrzepiające historie na pewno się przydadzą...
Dziękuję!
Gram w Airsoft, dla niewtajemniczonych to coś jak paintball, tylko strzelamy się plastikowymi kulkami bez farby z dokładnie odwzorowanych replik broni.
Niestety, czasami na strzelankach pojawiają się oszuści, którzy nie przyznają się do trafienia, zwykle wystarcza przełączenie repliki na ogień ciągły i prucie do skutku.
Jednak na ostatniej strzelance, około 40 osób, pojawił się najgorszy typ takiego oszusta.
Gra odbywała się w opuszczonym budynku. Obydwie drużyny zaczynają zajmować dużą halę po środku, udało się ją nam zająć i jakiś dzieciak z przeciwnego teamu samotnie wbiega do środka. Strzela do niego 5 osób, on się odwraca i wbiega za ścianę. Podchodzę do niego, strzelam 2 razy, już chcę wracać do swoich, a on puścił mi piękną serię w kark.
Wnerwiony zaczynam się z kłócić, dlaczego nie zszedł na respawn i jeszcze zaczął strzelać jako "martwy", on się na mnie drze, że on nie poczuł, nie dostał. Po chwili dzieciak chwycił za moją replikę (miałem ją na pasie) i zrzucił mi ją z ramienia. Ja wkurzony po całości mówię, żeby lepiej aby podniósł i mi oddał. On podnosi karabinek i... pierdzielnął nim o kant ściany. Bilans: pęknięty korpus, chwyt z szynami pogięty, celownik zbity i system pneumatyczny zniszczony. Straty to kwota czterocyfrowa. Zamurowało mnie. Bierzemy go i prowadzimy do organizatora, dzieciak do końca już nie grał.
Po strzelance po dzieciaka przyjechali rodzice. Mówimy im do czego doszło, a rodzice w krzyk. Że jak to, że ich Piotruś nigdy by tak nie zrobił, że to sam sobie popsułem i chcemy pieniądze wyłudzić, że to organizator jest odpowiedzialny, że oni płacić nie będą. Na szczęście w naszej grupie jeśli ktoś niepełnoletni chce grać, musi mieć zgodę od rodzica, gdzie rodzic gwarantuje, że w razie czego to on ponosi odpowiedzialność, oraz jeden z kolegów miał kamerkę sportową, więc sytuację było dobrze widać. Kiedy pokazaliśmy im nagranie i zgodę, bez słowa rzucili się do samochodu i odjechali.
Wniosłem do sądu pozew o zniszczenie mienia. Skąd się biorą tacy ludzie? :/
Dziś historia o tym, jak w naszym kraju stoi psychiatria. Wiadomo - jest źle. No to ja wam powiem, że jest gorzej niż źle, jest fatalnie, koszmarnie i w ogóle - nie. Ale to historia nie tylko o leczeniu, ale też postrzeganiu leczenia.
Choruję na depresję, do psychiatry chodzę prywatnie, bo kolejka na NFZ sięga pół roku w przód. Rozumiecie, jest z tobą źle, masz myśli samobójcze, okaleczasz się, straciłeś sens życia, nie masz siły, jesteś ciągle zmęczony, niezależnie ile śpisz, jesteś rozdrażniony, cierpisz na bezsenność. I dostajesz informację, że nooo, wpiszemy panią na listę - widzimy się za pół roku. Pomoc jest potrzebna na JUŻ, ale nie, proszę sobie poczekać. Więc co miesiąc wywalam 200 zł za wizytę. Dostałam leki, biorę je od prawie roku, nie widzę jakiejś szczególnej poprawy. Mimo wszystko staram się funkcjonować. Pracuję, uczę się, mam świetnego męża. Chciałabym uczestniczyć w terapii, ale zgadnijcie co? BRAK TERMINÓW! No więc na terapię też chodzę prywatnie. Pół pensji wywalam na leczenie, bo dochodzą jeszcze leki, za leczenie, które powinno być DARMOWE, GWARANTOWANE i natychmiastowe. Bo wiecie, życie jest święte, pro life i takie tam, ale tylko jeśli jesteś płodem, potem zdychaj.
Pracuję z dziećmi. Mam lepsze i gorsze dni, BARDZO staram się nie przynosić swojej choroby do pracy. Ostatnio lider poprosił mnie na rozmowę - i dowiedziałam się, że nie powinnam pracować, ponieważ DŁUGOTRWALE leczę się psychiatrycznie... i zasugerował mi odejście z pracy. Od razu zaznaczę - nie mam żadnych wytworów typu zwidy, głosy itp., a właśnie to wyklucza pracę z dziećmi. Dowiedziałam się również, że na miejscu dyrekcji nie przedłużyłby mi umowy, ponieważ jestem chora psychicznie. Mało? Dowiedziałam się, że za często chodzę na zwolnienie (na zwolnieniu byłam w grudniu, bo covid, we wrześniu na trzy dni, bo miałam niewielki zabieg oraz w październiku cztery dni, bo zaraziłam się jakąś infekcją, toaleta to był mój drugi dom, i nie chciałam zarażać dzieci), i jeśli pójdę na zwolnienie od psychiatry, to od razu zgłosi dyrekcji, że jestem do zwolnienia. Więc... Ja bym w sumie chciała się leczyć. Ale ciężkie to w Polsce.
Jadę sobie kilka dni temu pociągiem, a tu do przedziału wlatuje nagi facet z czapką konduktora i maską Trumpa na głowie i uderzając kijem bejsbolowym w garnek wrzeszczy ''Make PKP great again''.
W tamtym roku spotkałam się z dobrą znajomą, która oznajmiła, że wreszcie dostała swój dawno należny urlop i wybiera się z mężem i synkiem do Berlina.
Jako że synek nigdy nie leciał samolotem, rodzice postanowili mu dołożyć atrakcji i jako środek transportu wybrali właśnie samolot.
Dzień wyjazdu.
Koleżanka dzwoni do mnie z prośbą, czy nie mogłabym na chwilkę przyjechać do ich domu, ponieważ taksówka już jedzie, a za jakieś pół godziny ma przyjechać kurier.
Co to dla mnie odebrać paczkę. Zgodziłam się i podjechałam pod ich dom.
Jeszcze ich zastałam, więc pożegnałam się z nimi i pomachałam odjeżdżającej taksówce.
Wchodząc do domu czułam, że coś jest nie tak, ale nie mogłam ogarnąć co takiego.
Wtedy z pokoju wyszedł on. Mały, zaspany chłopczyk.
Złapałam za telefon, wykręciłam numer i ze śmiechem spytałam, czy czegoś nie zapomnieli z domu.
Szybko wrócili po synka, zapakowali do samochodu i pojechali.
Niby sytuacja, która każdemu może się zdarzyć. Ale najlepsze jest to, że ich synek ma na imię Kewin :D
Dodaj anonimowe wyznanie