#7xGBP

Jestem strażakiem. Mając wezwanie do wypadku motocyklisty, nie mogliśmy wyjechać z remizy. Powód? Zastawiona brama wyjazdowa przez kobietę, która wyskoczyła „tylko na chwilę” po dziecko do przedszkola. Warto dodać, że zastawiła ją w momencie, kiedy nasz samochód miał już wyjeżdżać z garażu. Mimo naszych próśb, już nawet krzyku, że jedziemy ratować życie, nic sobie z tego nie robiła. Postanowiliśmy zadziałać. Wsiadamy do samochodu i ruszamy, tym samym pchając zderzakiem auto tej kobiety, w wyniku czego zostało ono uszkodzone (wg KK mamy do tego prawo w przypadku zagrożenia życia lub mienia przewyższającego wartość auta).
Jakiś czas później do naszej jednostki wpłynęło zaskarżenie o uszkodzeniu mienia (właśnie tego samochodu, zaskarżenie było od tej kobiety). Mieliśmy się stawić w sądzie. Mieliśmy stuprocentową pewność, że wygramy ze względu na Kodeks Karny. Przegraliśmy. Dlaczego? Sędzią był dobry kolega tej kobiety, tak samo prokurator. Wymusiła od nas 50 tysięcy odszkodowania. A my tylko jechaliśmy ratować życie...

Apel. Nie zostawiajcie bram wyjazdowych służb ratunkowych. Być może to Ty będziesz potrzebował naszej pomocy, a przez taką sytuację możliwe, że otrzymasz ją za późno lub w ogóle.

#07mOg

Przepis na niezapomnianą randkę? Proszę bardzo!

Sytuacja miała miejsce już jakiś czas temu, w czasach licealnych. Byłam dziewczyną z całkiem sporym powodzeniem wśród chłopaków. Z racji tej miałam już sporo randek za sobą i otwarcie przyznawałam, że chłopcy nie są zbyt kreatywni w tej dziedzinie. Zwykle zabierali mnie w te same miejsca. Pewnego dnia rozmawiałam o tym z dobrym znajomym. Jego dziewczyna też zarzucała mu brak pomysłowości – że ciągle kino, jakaś kawiarnia, rolki czy coś tam. I tak rozmowa się toczyła, dopóki nie wtrącił się On.
Był On jednym z tych nieszkodliwie natrętnych gości. Poza walentynkami co roku, kwiatkiem na Dzień Kobiet i komplementowaniem mnie nie sprawiał żadnych problemów. I tak, nie byłam zołzą i od razu powiedziałam mu, że nie ma na co liczyć. Ale on twierdził swoje. Jak to mówili o nim inni – był przegranym Romeo.
„Ja bym cię na pewno zabrał na niezapomnianą randkę w miejsce, w które nikt jeszcze cię nie zabrał” – stwierdził pewnie. Pamiętam, jak wtedy przewróciłam oczami. Słyszałam to często. Mój kumpel jednak stwierdził, że to dobra okazja i postanowił się z owym Romeo założyć o 50 zł, że nie uda mu się mnie zaskoczyć. Na mój opór kolega powiedział: „A co ci szkodzi? Może się odczepi w końcu?”. Więc z myślą, że może uda mi się w końcu odkochać Romea, zgodziłam się na to, nie przeczuwając, co mnie czeka.

W dniu naszej randki odebrał mnie spod domu. Przyjechał po mnie autem, dobrze ubrany. Po wymienieniu grzeczności i otworzeniu mi drzwi do samochodu, pan
Romeo wsiadł w swoje auto i ruszyliśmy. Przejechaliśmy parę ulic, po czym zapytał mnie, czy miałabym coś przeciwko, gdyby zawiązał mi oczy. Niezbyt spodobał mi się pomysł, ale on stwierdził, że przecież mi nic nie zrobi, chciał tego tylko dla lepszego efektu niespodzianki. No i przecież gdyby coś mi się stało, cała szkoła by zaraz wiedziała, że to jego wina. Więc się zgodziłam. Kiedy dojechaliśmy do celu, wciąż miałam zakryte oczy. Wyprowadził mnie z samochodu, przeszliśmy kawałek, po czym ściągnął mi przepaskę. To, co zobaczyłam, niemal ścięło mnie z nóg... Zabrał mnie do Auschwitz. Myślałam, że mi się to przyśniło, ale mimo uporczywego mrugania, szczypania i innych środków muzeum nie zniknęło sprzed moich oczu.
Muszę przyznać, to była niezapomniana „randka”. Już nigdy nie więcej nie narzekałam na zwyczajne randki.

I tak, Romeo wygrał swoje 50 zł. Kumpel do dziś przypomina mi o tym.
I nie, nie jesteśmy z parą z trójką dzieci i psem.

#TeY8y

20 lat temu moja mama zaszła w ciążę, niestety dziecko zmarło miesiąc przed porodem. Wypadek samochodowy, wysiadły hamulce, jechała akurat do mojej babci. W każdym razie zbierała się po tym ponad dwa lata, do czasu, aż nie zaszła w kolejną. Urodziłem się zdrowy, wszystko było okej. Do czasu. Kiedy miałem rok, zacząłem przejawiać fobię do aut. Płacz, wyrywanie się i strach były na porządku dziennym. W wieku czterech lat, gdy już mówiłem całkiem płynnie, tuż przed wyjazdem do babci wyskoczyłem do mamy z tekstem: „Mamo, a czy my znowu zrobimy bum?”, przy okazji uderzając dwoma samochodzikami o siebie. Dwa lata później zaczęły pojawiać się koszmary, które zresztą pojawiają się do dziś – zwykle stoję na uboczu, próbując zatrzymać dwa pędzące samochody. Później jest tylko ciemność, przy akompaniującej jej krzyku i płaczu kobiety.
Do 12. roku życia kazałem na siebie mówić Igor, mimo iż nazywam się Kamil. Tak miał mieć na imię mój brat, o którym rodzina nigdy nie wspominała, a ja sam dowiedziałem się o nim niedawno, i to przez przypadek.

Nie wiem, co mam o tym myśleć... Reinkarnacja czy zwykły przypadek?

#69BqK

Byłam w długim związku partnerskim (kilkanaście lat), z tym mężczyzną znaliśmy się od czasów szkoły średniej, był dla mnie lekiem na całe zło, szczególnie na moje problemy w domu – moi rodzice nie byli dla mnie zbyt dobrzy, a moje dzieciństwo to porażka. Będąc już dorosłą i świadomą osobą, razem z tym byłym partnerem zdecydowaliśmy się założyć rodzinę, podjęliśmy decyzję o dziecku. Urodziła nam się córka, która jest najważniejszą osobą w moim życiu i staram się być dla niej najlepszą mamą, mimo że sama nie miałam takiego wzorca. Ojciec mojej córki po kilkunastu latach wspólnego życia i wielkiej radości z narodzin córki nagle, gdy córka miała kilka miesięcy, zostawił nas... Dla mnie wielki cios, ale podniosłam się. Przez kilka lat samotnie wychowywałam córkę, po czym poznałam mężczyznę, który dziś jest moim mężem. Bardzo się bałam tego uczucia, broniłam się przed nim, ale ostatecznie zostałam żoną.

Ja i mój mąż przed ślubem nie mieszkaliśmy razem, dzieliło nas 50 km, spędzaliśmy razem weekendy, wakacje i święta. Podjęliśmy decyzję, że po ślubie na początku ja też zostanę z córką w moim mieszkaniu, a mąż nadal będzie mieszkał u swoich rodziców. Dlaczego? Mój mąż z ojcem prowadzą bardzo dochodowy biznes i mąż musi tego pilnować, być na miejscu, a ja też nie chciałam zmieniać pracy, gdyż mieliśmy w planach od razu po ślubie zacząć starać się o wspólne dziecko. W nowej pracy pewnie nie dostałabym od razu stałej umowy, co komplikowałoby wiele spraw, dlatego on został u siebie i ja u siebie, z wizją taką, że jak zajdę w ciążę, to pozamykam swoje sprawy w pracy i przeprowadzę się do męża i jego rodziców.

Latem miną 2 lata, jak jesteśmy po ślubie, a ciąży nie ma i nie będzie... Mimo że bardzo tego pragniemy, nie możemy mieć dziecka... Ja nadal mieszkam z córką u siebie, a mąż z rodzicami. Nie podoba mi się to, bardzo za nim tęsknię, czuję się samotna. Był taki moment, że byłam gotowa rzucić pracę, spakować się i przeprowadzić do męża, ale tu wkroczyła jego matka. Okazało się, że ona jednak nie chce mnie tam u nich... Co ja mam zrobić? Znów wali mi się życie...

#PzYNI

Kiedyś spotykałam się z chłopakiem Ach, jaka ja byłam zakochana! On długie blond włosy, przystojny, inteligentny, a ja przeciętna, z lekką nadwagą, kujon.
Uczyłam się do matury, więc nie miałam dla niego tyle czasu, ile by chciał ze mną spędzać. Zaczął więc „wypełniać pustkę” kontaktami z innymi dziewczynami.

Zerwałam z nim, sądząc, że zamknę temat. Oj niee... łaził za mną, błagał o wybaczenie, dzwonił z różnych numerów. Myślałam, że może chłopak zmądrzał, może faktycznie byłam tą złą, a on taki zakochany... Nic bardziej mylnego. Dowiedziałam się od jego matki, że jestem „dobrą partią” (czytaj: duży dom na wsi, tata z własnym biznesem) i że tylko ze mną on ma „szansę na jakąś przyszłość i godny byt”.
Noż cholera, nie skusiłam się drugi raz.

#9oSkt

Gdy zaczynałem moją przygodę z wojskiem, to miałem dowódcę o bardzo ekscentrycznym poczuciu humoru. Kiedyś, podczas treningu, zebrał wszystkich i zapytał, czy któryś z nas ma jakieś artystyczne umiejętności. Cóż, zanim zdecydowałem się na karierę wojskową, byłem kreślarzem projektów architektonicznych. Podniosłem więc rękę do góry, cicho licząc na jakąś małą, niemęczącą robótkę i możliwość wymigania się od treningu.
Dowódca powiedział, że na dziś koniec zajęć, zwolnił wszystkich, a mi... kazał wyhaftować imię każdego żołnierza z naszej drużyny na swoich wojskowych majtkach.

#SPflp

W szkole prześladowała mnie pewna dziewczyna, Aśka. Nie mam pojęcia dlaczego uwzięła się właśnie na mnie, bo nigdy jej nic nie zrobiłam. Życia nie miałam. Wyśmiewała mnie za wszystko – że nie jestem dobra w sporcie, że mam dobre oceny (ona miała nawet lepsze), że noszę okulary, że mam nowe spodnie (!), bo są rzekomo brzydkie. Wszystko było zawsze ze mną nie tak. Kiedyś wylała mi butelkę wody na głowę. Nie wytrzymałam i zgłosiłam to nauczycielce. Ta kazała nam sobie podać ręce i się pogodzić, bo nie wypada, żeby dziewczyny się tak zachowywały. Potem dodała, że nie chce już nic więcej na ten temat słyszeć. Potem nie miałam życia w szkole jeszcze bardziej. Więcej nauczycielom już nic nie zgłaszałam. Rodzice nie chcieli mnie przenieść do innej szkoły, bo ta była blisko i mogłam chodzić piechotą, a szkoda pieniędzy na dojazdy. Moje problemy z Aśką bagatelizowali. Mówili, że muszę się jakoś z nią dogadać i się jej w końcu znudzi, a w ogóle to przecież nic takiego.

Kiedyś Aśka wepchnęła mnie pod nadjeżdżający samochód. Na szczęście kierowca był ogarnięty i zdążył zahamować. Wyskoczył z auta i się na mnie wydarł, że głupia gówniara sobie żarty robi. Aśka się tylko śmiała. Jak jej z niedowierzaniem wykrzyczałam, że chciała mnie zabić, to roześmiała się jeszcze bardziej i stwierdziła, że jestem wariatką i się sama potknęłam, bo jestem po prostu niezdarą. Nikomu o tym nie powiedziałam, bo bałam się, że mi nikt nie uwierzy, że ona posunęła się aż tak daleko. Szkołę jakoś przetrwałam. W samotności. Nikt nie chciał się ze mną zadawać, bo bali się Aśki i jej grupki przyjaciół. Z tej grupy wszyscy byli dla mnie niemili i mnie traktowali jak gówno, ale nikt mnie nie prześladował tak jak Aśka.

Dziś jestem już dorosła. Ledwo sobie radzę. Boję się komukolwiek zaufać. Wszystkie znajomości mam powierzchowne. Moja samoocena nie istnieje. Rodzice mówią, że nie wiedzą czemu jestem „taka” i pytają, co ze mną nie tak. To nie pomaga. Chodzę do psychologa, ale mam wrażenie, że to mało daje. Tymczasem Aśka ma udane życie. Męża, dwoje zdrowych dzieci, piękny dom, dobrą pracę. Na FB często chwali się wyjazdami zagranicznymi. Ostatnio ją przypadkiem spotkałam. Jakby mnie sparaliżowało. A ona? Była niezwykle miła, aż widać było, że fałszywie. Chwaliła się swoimi dziećmi i pytała, czy pamiętam, jak my się w szkole „przekomarzałyśmy”, bo to było takie zabawne! No ale to stare dzieje i dzieciaki przecież już tak mają...
Wróciłam do domu i ryczałam całe popołudnie. Dlaczego nie umiem poradzić sobie z czymś, co było tak dawno temu? Dlaczego nie umiem normalnie żyć? Dlaczego pozwoliłam, żeby ona wygrała? Dlaczego nadal jestem taka beznadziejna i bezradna jak w szkole? Co ze mną jest nie tak? Nie wiem.
Dodaj anonimowe wyznanie