W tygodniu chodzę do szkoły, natomiast na weekendy chodzę do pracy.
Pracuję w małym sklepie spożywczo-monopolowym w centrum Warszawy, bardzo lubię tę pracę, bo jest idealna dla ucznia – nie męczysz się, zarobki przyzwoite, i sklep rodzinny mojej koleżanki, więc zawsze idzie się dogadać z szefostwem (no ale mniejsza). Mamy dwie kasy w sklepie, jedną głównie skoncentrowaną na artykułach spożywczych, drugą na alkoholu, ja stoję na tej drugiej, przez co do moich obowiązków należy rozstawianie wódek na półkach i tu zaczyna się sedno sprawy.
Czerpię niesamowitą satysfakcję z ustawiania wódki tęczowo od najjaśniejszej do najciemniejszej (czasami nawet zastanawiam się, jaki smak wódki jest ciemniejszy, np. malina czy truskawka) albo lubię ustawiać tanie wódki obok tanich, droższe obok droższych, albo takiej samej firmy muszą się stykać, a już inne być oddzielone równym odstępem, whisky obok siebie, wino słodkie u góry, wytrawne na dole i oczywiście wszystko wysunięte do przodu równo centymetr od końca półki, i jak już skończę swoje ustawianie, zaczynam się napawać pięknem tego wszystkiego. Co więcej, kiedy ktoś kupi coś, co psuje moje idealne ustawienie, np. jakąś ostatnią wódkę i przez to zostaje duża dziura między nimi, mam ochotę pobić tę osobę, co to kupiła. Czasami mam chęć zrobić zdjęcie temu i ustawić sobie na tapetę, uwielbiam patrzeć, dotykać i wyrównywać tak bardzo jak można tę wódkę, czuję wtedy spełniony umysłowo.
I chyba napisałem to tu tylko dlatego, żeby więcej ludzi wiedziało o moich super dokładnie i zawsze w logiczny sposób ułożonych wódkach.
PS Niczego w życiu tak dokładnie nie ustawiam jak tych wódek i nic innego nie daje mi tej satysfakcji, mimo że mam pokaźną kolekcję gier, to nie ustawiam ich jakoś szczególnie, TYLKO WÓDKA MNIE SPEŁNIA xD
Przez kilku lat wkręcałem syna, że jak przyjeżdża samochód z lodami i włącza melodyjkę, to znaczy, że lody właśnie mu się skończyły.
Zostałem adoptowany, gdy miałem 12 lat (moi rodzice byli narkomanami).
Podczas wigilii ojciec mojej adopcyjnej mamy, gdy nikt inny nie słyszał, powiedział mi: „Moja córka nigdy nie powinna była cię adoptować, powinna była pozwolić ci żyć na ulicy, tam gdzie twoje miejsce”.
Mamie nigdy o tym nie powiedziałem, ale nie znosiłem „dziadka” do końca jego dni.
Mam 20 lat, jestem studentką „prestiżowej uczelni”, gdzie studiuję „przyszłościowy” kierunek, miałam normalne dzieciństwo, zawsze grzeczna, zdolna, dobrze ucząca się dziewczyna, mam kochającego chłopaka, z którym jestem już ponad 4 lata.
Jestem odbierana jako szczęśliwa, zorganizowana osoba, która osiągnie w życiu sukces...
A prawda jest taka, że walczę z depresją. Przez ostatnie dwa lata byłam w rozsypce emocjonalnej, ale... potrafiłam to ukryć, udawać ten „ideał”, za jaki wszyscy mnie uważali. Wiedzą o tym tylko dwie osoby (najbliższe mi osoby) – mój brat i mój chłopak. To oni zauważyli, że coś się dzieje. To oni prawie siłą zawlekli mnie do lekarza.
Leczę się – jest lepiej, walczę. Zawdzięczam im to, że każdego kolejnego dnia mam siłę, żeby stać z łóżka.
Czemu o tym piszę?
To apel do rodziców... To, że wasze dziecko jest bezproblemowe, nie oznacza, że jest wszystko dobrze. Zwracajcie uwagę na ich problemy, na to co robią, jak spędzają czas, ROZMAWIAJCIE!
Dzisiaj odważyłam się powiedzieć o mojej chorobie moim rodzicom... Usłyszałam to, co słyszałam przy każdej prośbie o pomoc, rozmowę: „Jesteś przewrażliwiona. Znam ludzi z większymi problemami”.
Podobno człowiek uczy się na błędach.
Stwierdzam, że jestem wyjątkiem, skoro czwarty raz się zagapiłam i walnęłam głową w dokładnie to samo drzewo. Chyba pora zacząć bardziej uważać na otoczenie.
To była niedziela, siedziałam z mamą na mszy. Za nami siedziała dziewczynka, na oko miała jakieś 8 lat. Jej tata karmił ją przez pół mszy rosołem ze słoika.
Gdy jem frytki, najpierw wyjadam te najmniejsze, by czuły się docenione.
Jeśli chodzi o łóżko, to jestem całkowicie zdominowana.
W nocy nie mogę przewrócić się na drugi bok, bo moja osobista, prywatna kotka na mnie krzyczy/miauczy, że ją budzę...
Często przeglądam anonimowe i dość często przewijają się wyznania o psach. I zastanawiam się, jakim idiotą trzeba być, aby nie nauczyć dziecka poprawnego podejścia do zwierząt. Może uznacie, że są ważniejsze sprawy do przekazania dziecku niż szanowanie przestrzeni osobistej zwierząt (takie coś MOIM zdaniem istnieje), ale nigdy nie zrozumiem, dlaczego niektórzy nie potrafią tego szanować. Sam zostałem nauczony, aby nieznane psy omijać szerokim łukiem (chyba że widać właściciela) i stosuję się tego do dziś. Skoro tyle jest historii zakończonych happy endem (dla mnie przeżycie takiego dziecka zaatakowanego przez psa nim jest), to ile jest historii, w których pies zabił dziecko? Rozumiem, że dziecko chce się bawić, ale czy rodzicowi nie lepiej poświęcić pięciu sekund na pytanie: „można pogłaskać?”, zamiast mieć ten 1% ryzyka? Moim zdaniem tak. Z chęcią usłyszę czyjeś zdanie.
Mam 33 lata. Wynajmuję samodzielnie mieszkanie, prace domowe nie sprawiają mi problemu. Lubię gotować i piec ciasta. Jestem stabilny finansowo z racji tego, że rozsądnie zarządzam wydatkami, niestety nie umiem odnaleźć partnerki życiowej.
Od partnerki oczekuję spokoju, szacunku i bliskości. Po prostu po pracy chciałbym wrócić do domu bez awantur, nie chcę słuchać, że nic nie osiągnę. I chciałbym mieć możliwość wygadania się. Czy to aż takie duże wymagania?
Dodaj anonimowe wyznanie