Nie daję już rady!
Nie szukam pomocy, bo takiej nie znajdę, boli mnie, bo widzę to całe zło tego świata.
Nie widziałem, ale teraz już widzę. Za młodu byłem wesołkiem – co ma być, to będzie, świat jest wspaniały, a ludzie dobrzy. I oczywiście zostałem zniszczony przez ten świat.
Boję się, że jak rodzice mi poumierają, to zdechnę z głodu. Mam 35+ lat, jestem osobą niepełnosprawną – dziecięce porażenie mózgowe, niedorozwój spastyczny kończyn górnych i dolnych.
Boli mnie to, co widzę, to całe skurwysyństwo tego świata! Boli mnie, że państwo, które każe rodzić dzieci takie jak ja, po porodzie o nas zapomina.
Kiedyś czeka mnie ulica, bo za co się utrzymam?
Na wstępie powiem, że mam 14 lat i w maju czeka mnie egzamin ósmoklasisty.
Zawsze dobrze się uczyłam. Do 4 klasy chodziłam do szkoły z przeciętnym poziomem, a potem moi rodzice, chcąc zapewnić mi możliwości lepszego rozwoju, przenieśli mnie do płatnej szkoły społecznej.
Czy to coś dało? Zdecydowanie tak. Lepsza atmosfera, nauczyciele... Zawsze myślałam, że klasa też. Do czasu.
W poprzedniej szkole nijak się nie wyróżniałam. W nowej szkole na początku jedyne przytyki do moich ocen były tekstami w stylu: „Ty to na pewno masz 6” albo „Co??? Dostałaś 5+?!”. Jednak w wakacje przed 8 klasą zaczęłam się przygotowywać do konkursu kuratoryjnego z matematyki (jakby ktoś nie wiedział, laureat z takiego konkursu daje wolny wstęp do dowolnej szkoły ponadpodstawowej). Wtedy na poważnie zaczęli mnie przezywać. Kujon, nerd, boomer (nie gram w gry komputerowe, lubię czytać książki)... Gdyby to się kończyło na wyzywaniu... Ale nie, znielubiła mnie prawie cała klasa (oprócz dosłownie kilku osób). Większość uwagi, którą mi poświęcali, polegała na pytaniach: „Dasz spisać? I tak to masz... No weź daj”. A ja mam taką żelazną zasadę – nie daję spisywać. Wiem, że większość osób tego nie rozumie i nie lubi takich osób, ale ja uważam, że to jest moja ciężka praca, której nie chcę oddawać. Gdybym tego nie robiła w domu, to też mogłabym zająć się czymś innym. Po prostu nie odpowiada mi to, że oni mają więcej czasu wolnego, bo nie robią prac domowych, a ja się staram.
Na konkursie kuratoryjnym zostałam laureatką. Oprócz tego udało mi się zostać finalistą Olimpiady Matematycznej Juniorów (to też daje wstęp do liceum/technikum). Więc mam jakby dwa wstępy.
Odkąd wiadomo, że nie muszę pisać egzaminu z matematyki, a wynik pozostałych dwóch nie ma znaczenia dla mojej rekrutacji, klasa mnie nienawidzi. Mam na szczęście trzy koleżanki, z którymi się trzymam, ale bycie nielubianą przez 16 osób w klasie to nic fajnego. Każda moja wypowiedź jest komentowana. „Nie popisuj się”, „Daj już spokój”. Nie pomaga fakt, że nauczyciele mnie lubią. Gadam na lekcjach (trochę), używam telefonu, żuję gumę, czasem nawet jem, ale tak, że nie widzą. Staram się udawać zainteresowaną, aktywną, nawet jeżeli nie lubię jakiegoś przedmiotu (nie znoszę historii, WOS-u, EDB). A polonistka mnie wręcz faworyzuje (jestem też finalistką kuratora z polskiego).
Nie chcę tu pisać morału, ale prośbę do wszystkich osób, które nie lubią „kujonów”.
Ja też mam uczucia. Każde nazwanie kujonem, nerdem, boomerem, każde krzywe spojrzenie, to wszystko boli. Bardzo. Czasem nawet wstydzę się się tego, że nauka przychodzi mi łatwo.
Dopóki wasz klasowy „kujon” nie przechwala się swoją wiedzą, dajcie mu spokój, błagam. Poproście o wytłumaczenie, jak nie rozumiecie czegoś, ale nie hejtujcie tych, którzy są od was lepsi.
Szanujcie mądre osoby.
Jako dzieciak dzieliłam swój pokój z siostrą, starszą o dziewięć lat. Siostra bardzo nie lubiła, gdy przesiadywałam z nią i jej znajomymi, więc wyganiała mnie, kiedy ktoś miał do niej przyjść. Bardzo mnie to bolało, bo w głębi duszy czułam się już taka dorosła, a ona traktowała mnie jak dziecko. Co robiłam ja, ośmioletni brzdąc?
Kiedy siostra szła otworzyć drzwi, ja kryłam się pod łóżkiem. Nie było mnie widać, bo na łóżku leżał koc do samej ziemi. Dzięki temu mogłam wszystko słyszeć :-) Czasami, dla żartu, chwytałam kogoś za nogę.
Ten krzyk był bezcenny :-D
Mam psa. W momencie pojawienia się kogoś w domu zaczyna szczekać i skakać na niego. Moja ciocia się śmieje, że łapie wszystkich za nogawki, szczególnie uwielbia tak robić listonoszowi, który już chyba się przyzwyczaił.
Pan listonosz najbardziej zaskoczył nas ostatnim razem, kiedy to przyszedł... z nogawkami podwiniętymi pod same uda, po czym zadowolony powiedział do psa:
„No! Już mnie nie złapiesz za nogawkę!” :D
Kiedy mojej córce zaczęły wypadać mleczne zęby, postanowiłam, że opowiem jej o wróżce, która zbiera mleczaki i w zamian za to pozostawia drobne upominki. Powiedziałam jej też, aby zęba włożyła pod poduszkę, a na pewno rano znajdzie tam niespodziankę.
Znając dobrze moją podejrzliwą córeczkę, wiedziałam, że nie zmruży oka i będzie chciała przyłapać ową wróżkę na gorącym uczynku, postanowiłam więc, że stworzę sobie przebranie magicznej istotki i będzie to moja przykrywka. Nie myliłam się, Ola szybko się „obudziła” i złapała wróżkę.
W sumie najważniejsze w tym wszystkim było to, że mojemu mężowi magiczne przebranie podobało się bardziej niż córce, tak więc wyczarowaliśmy jej braciszka. :)
Napiszę wyznanie o „dobrych facetach” i dlaczego przechodzą mi ciarki. Skłoniło mnie do tego wyznanie faceta 40+, który, jak sam napisał, nigdy nie miał dziewczyny. Opisał tam sytuację, w której kobieta z pracy zaprasza go na kawę, a on (parafrazując):
1. Był zainteresowany, ale 10 lat temu, jak jeszcze była „młoda i ładna”.
2. Oddawała się wszystkim dookoła i jak już każdy ją miał, to spojrzała na tego, z którym jeszcze nie spała, a on nie będzie zapasówką.
Jeżeli ktoś uważa się za dobrego faceta, a tak pisze o kobietach, to mu daleko do bycia „dobrym facetem”. Kobieta, która w ŻADEN sposób Cię nie znała i Ty jej też nie była zainteresowana bliższą relacją, a 10 lat później wyszło, że zaczynacie razem pracować, więc więcej czasu spędza z Tobą i być może chce się poznać, dostaje łatkę: przespała się z każdym (bo jak rozumiem, to wiedza ogólnie dostępna i każdy o tym wie?) i zaproszenie na kawę jest wyrażeniem chęci na kopulację.
Koleś nie ma pojęcia, co działo się w jej życiu przez 10 lat, bo znał ją tylko na cześć, a zakłada, że wie. Jeszcze obiektowe traktowanie: kobieta ma wartość wtedy, kiedy jest dziewicą i jest ładna.
Większość wiecznie samotnych mężczyzn tak właśnie postrzega kobiety, jako obiekt. Nie traktują na równi z innymi, a jakakolwiek pozytywna interakcja włącza światełko „jest mną zainteresowana”. W umysłach takich facetów często kobieta nie jest partnerem do rozmowy, czasami stawiają kobietę na piedestał i niemalże czczą, czasami uważają, że trzeba się kobietami opiekować, ale wtedy traktują kobietę jak nieporadne dziecko.
On jest dobrym facetem, przecież dał jej to, czego ona (według niego) potrzebowała i „poświęcił się”. „Dobry facet” nie będzie traktować kobiety na równi, bo ona ma być tą różą, a on rycerzem.
Może kiedyś zrozumieją, że kobieta to nie odrębny gatunek, a zwykły człowiek. Nie szukamy rycerzy, a partnerów, którzy będą traktować nas na równi, którzy będą z nami rozmawiać. Związek buduje się razem, a nie wsadza ludzi do złotej klatki i „masz być szczęśliwa, bo ci wszystko (co JA uważam za słuszne) zapewniam”.
Mam firmę zajmującą się auto detailingiem. Taka profesjonalna myjnia samochodowa. Dwa tygodnie temu rodzice polecieli na urlop. Prosili, abym zajął się ich mieszkaniem. OK. Wpadłem na plan. Wziąłem samochód ojca do mojego studia, aby przywrócić mu pierwotny blask. Ojciec tego nigdy nie chciał, bo po co, i tak się ubrudzi. Wziąłem auto bez jego wiedzy. Wraz z moimi pracownikami zrobiliśmy, co mogliśmy. Pełne czyszczenie wnętrza, naprawa uszkodzonej skóry na fotelach, pełna korekta (polerowanie) lakieru, polerowanie szyb. Po korekcie lakieru folia bezbarwna na każdy element, powłoka. Szyby zabezpieczone powłokami ochronnymi, felgi do renowacji, uzupełnienie ubytków lakieru na masce, zderzaku itd. Passat B6 ojca wyglądał lepiej niż z fabryki. W sześć osób pracowaliśmy ciężko, po godzinach, przy tym projekcie. Oczywiście moi pracownicy dostali ode mnie premię za pracę po godzinach.
Odebrałem rodziców z lotniska swoim samochodem. Będąc już w rodzinnym mieście, powiedziałem, że podjedziemy do mnie na chwilę do firmy. Rodzice weszli. Włączyłem wszystkie światła w firmie i ściągnąłem „futerał” z samochodu. Pokazałem ojcu samochód. Był w ciężkim szoku, że jest to jego samochód. Wraz z pracownikami opowiadaliśmy, co było zrobione, ile godzin zajęło. Ojciec po chwili powiedział, że jesteśmy pierd***nięci, że tyle dni czyściliśmy ten samochód, że co to jest, że po cholerę mu takie g... na samochodzie. Zaczął się na mnie wydzierać, dlaczego biorę jego rzeczy bez pozwolenia, że gdyby wiedział, co zamierzam zrobić, to schowałby przede mną klucze. Zrobił mi dziką awanturę o to, że jego samochód był u mnie w studiu...
Poczułem się jak gówno. Na końcu po prostu przepakował walizki do bagażnika i stwierdził, że jestem nieudacznikiem życiowym i powinien dawno temu mnie wydziedziczyć... Wszyscy moi pracownicy byli w ciężkim szoku. Gdybym chciał policzyć za to zlecenie, rachunek wyszedłby ponad 20 tys. Przekroczyłby wartość samochodu. Zrobiło mi się przykro. Pracowników wysłałem do domu, żeby odpoczęli, był to piątek. Sam siadłem w biurze i zacząłem płakać jak małe dziecko. Po prostu nerwy i emocje wzięły górę. Wieczorem dostałem telefon od ojca, że w aucie miał ponad 1000 zł i nie ma tych pieniędzy. Żadnych pieniędzy oczywiście nie było. Zwyzywał mnie od złodziei.
Nie wiem, czy to ja jestem jakiś nienormalny, dziwny, że chciałem dobrze, czy to ojciec jest nienormalny. Cała rodzina dowiedziała się, że go okradłem. Chciałem dobrze, a wyszedłem na złodzieja...
Od kilku lat cierpię na dermatillomanię, czyli kompulsywnie wyciskam z mojej skóry na różnych częściach ciała zaskórniki, pryszcze, niedoskonałości. Stres, problemy – zaczynam wyciskać, drapać, do krwi. Przez moje działania na twarzy, ramionach, dekolcie mam stale rany oraz już trwałe blizny, co znacznie ograniczyło moje kontakty społeczne. Kilka miesięcy temu moja głowa odmówiła posłuszeństwa, popadłam w depresję, musiałam zrezygnować z pracy i wychodziłam z domu tylko gdy było to konieczne.
Na co dzień zasłaniam twarz maseczką (żeby nie przykrywać ran i strupów makijażem, co oczywiście szkodzi gojeniu), przez co niestety spotykam się z przykrymi spojrzeniami i komentarzami, szczególnie gdy za oknem słońce i piękna pogoda. Zdaję sobie sprawę, że ludzie nie wiedzą nawet o istnieniu takiego zaburzenia, ale niektórzy potrafią kpić, nie wiedząc z czym się mierzę każdego dnia. Inni są po prostu chamami (cytuję przechodnia: „Zjeb w masce”). Wyjścia z domu kosztują mnie bardzo dużo psychicznie, często muszę nawet dopingować się w myślach, by bez paniki przejść trasę z domu do sklepu itd.
Powoli mój stan zaczyna się poprawiać, walczę ze sobą, a twarz się goi. Dziś był pierwszy dzień od wielu miesięcy, kiedy bez cienia wstydu, mimo kilku ranek, strupów i różowych blizn na twarzy wyszłam z domu bez maski. Wychodząc, pierwszy raz od dawna uśmiechnęłam się sama do siebie i powiedziałam w duchu, że to jest TEN DZIEŃ. Prawie popłakałam się ze szczęścia. Czuję się taka dumna, że daję radę.
Mam 34 lata, tworzę aplikacje mobilne w zagranicznej firmie. Wraz ze swoją żoną mieszkam w moim dawnym domu, razem z moją mamą. Moja matka jest bardzo chora. Potrzebuje stałej opieki, dlatego też zdecydowałem się pracować zdalnie. Wielu znajomych z mojego otoczenia dziwi się, że jeszcze nie wyprowadziłem się z domu, że nie potrafię się ustatkować w życiu, pomimo tego, że bardzo dużo zarabiam. Oni sami mieszkają w drogich apartamentach, z dala od rodziny. Moja dalsza rodzina, jak i ludzie z miejscowości uważają, że chcę jedynie dostać majątek po matce (krążą plotki o 40 hektarach ziemi) i mieszkam tam z nadzieją, że wkrótce umrze. Rozumie mnie jedynie moja żona.
Nie potrafię opuścić swojej mamy. Jej pierwsze dziecko nie przeżyło porodu. Gdy miałem 10 lat, zmarł mój ojciec – pił za dużo alkoholu. Gdy miałem 12 lat, zginął mój starszy brat – ćpał, popełnił samobójstwo. Gdy miałem 21 lat i już studiowałem, umarła moja czternastoletnia siostra – białaczka. Mój najstarszy brat wyjechał za granicę, nie interesował się nami. Całe życie było dla mojej matki koszmarem. Nieszanujący jej mąż, problemy z pieniędzmi, wszyscy powoli znikali, zostałem tylko ja. Wpadła w tak ogromną depresję, że nie potrafiła sobie poradzić. Wizyty u lekarzy, tabletki, nic nie pomagało. Przestała pracować, nie potrafiła kontaktować się z ludźmi. Zanikała.
Całe życie starała się, żebym miał jak najlepiej. Kupiła mi komputer, pomimo tego, że nie mieliśmy pieniędzy na jedzenie. Chciała, żebym był jak inni, żebym mógł się rozwijać. Skończyłem liceum, poszedłem na studia, pracowałem. Jakoś się udało.
Moja mama bardzo się cieszy na mój widok. Czasami opowiada mi historie o tym, jak kiedyś było. Wszystko ze łzami w oczach. Bardzo ją kocham i nie byłbym w stanie jej opuścić. Jest dla mnie najważniejszą osobą w życiu. Nie rozumiem jedynie ludzi, którzy myślą, że opiekuję się nią ze względu na jakieś pieniądze. Jest mi przykro, że tak myślą.
Jestem policjantką. Pracuję w nieciekawej dzielnicy w nieciekawym mieście w dziwnym kraju. Sama poprosiłam o ciężki i niebezpieczny region, żeby czuć adrenalinę i poczucie spełnienia. W związku z tym ciągle słyszę pytanie, dlaczego policja, dlaczego tutaj? Wymyślam jakieś klasyczne odpowiedzi, bo prawdziwego powodu nie zna nikt.
Jednak ostatnio podczas bezsennych nocy historia powraca i muszę to z siebie wyrzucić w końcu. Otóż gdy miałam 11 lat, pojechałam na obóz. Jedna z dziewczyn powiedziała mi, że potrzebna jestem w pokoju numer ***. Weszłam, usiadłam i już po sekundzie wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie pamiętam dokładnie, bo minęło już 20 lat, ale było ich czterech, niewiele starszych ode mnie. Jeden złapał mnie w pasie, drugi zaczął dotykać. Naprawdę nie wiem jak, ale wyrwałam się i wybiegłam z tamtego pokoju, pędząc z powrotem do swojego ile sił w nogach. Jeden z niedoszłych molestatorów biegł za mną, ale gdy dobiegłam do schodów, zrezygnował. Wychylił się, klepnął mnie mocno w pośladki i zawrócił.
Nie winię dziewczyny, która kazała mi tam iść. Myślę, że przekazała tylko informację, nie wiedząc, o co chodziło. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba coś jej przez płacz powiedziałam, bo jak przez mgłę pamiętam, że siedziałam na kolanach u wychowawczyni, która pytała mnie, czy to prawda, że mnie ktoś dotykał. Nic więcej nie pamiętam. Nie wiem, czy tych czterech zostało usuniętych z obozu. Nie wiem, czy ktoś poinformował moich rodziców, bo oni nigdy nic nie wspomnieli. Wychowawczyni nigdy więcej ze mną o tym nie rozmawiała.
Zajęło mi kilka dobrych lat żeby zrozumieć co się stało. Wtedy mając 11 wiedziałam, że było to coś złego i że mnie wystraszyło. Pełna świadomość co mogło się stać przyszła dopiero później. I teraz walczę o lepsze jutro. Dlatego zostałam policjantką. Zabieram pobite kobiety z domu, rozmawiam z zastraszonymi dziećmi, konfiskuję narkotyki, zamykam przestępców. Robię co mogę, żeby małe dziewczynki czuły się bezpiecznie. Tak jak ja byłam w stanie jakimś cudem obronić siebie przed tragedią, tak teraz muszę pomóc innym.
Dodaj anonimowe wyznanie