#U6aPx

Zostałam ostatnio uraczona próbą pseudopoetyckiego podrywu przez pewnego faceta.
– Podaj mi nazwę losowej gwiazdy, pierwszą, jaka przyjdzie ci na myśl. Wtedy powiem, co dzieje się w twoim sercu i twojej duszy...
Spojrzałam na niego zdziwiona, ale odpowiedziałam:
– Słońce?
Na co pan podrywacz rzucił do mnie z pobłażliwym uśmieszkiem:
– Słońce to nie gwiazda. Oj, wy kobietki jesteście urocze, ale takie głupiutkie...

Szczęśliwie nie była to randka, ale większy wypad ze znajomymi, więc dało się go unikać :)

#mDs74

Któregoś dnia w szkole dowiedzieliśmy się, że zamiast zwykłej lekcji przyjdzie do nas student na lekcję o zdrowym trybie życia. Wiadomo, jakie jest podejście klasy do czegoś takiego – wolna lekcja. Przyszedł student i zaczął mówić o zdrowiu męskich narządów, jakichś chorobach typu HIV itd. Słuchałem jednym uchem, ale nie za bardzo przywiązywałem uwagę. Pojawił się temat raka jądra, a co najlepsze, instrukcja jak samemu badać swoje klejnoty, żeby wykryć raka. Klasa prychała śmiechem. Wszyscy mieliśmy fun, że ktoś nas uczy, jak dotykać klejnoty. Ale okej...
Jakiś tydzień później, przy okazji kąpieli myślę sobie, że dobra, spróbuję, tak z czystej ciekawości, choć przyznam, że wydawało mi się to zabawne. Wyczułem jakieś grudki, były jakieś elementy twarde – podobnie do tego, co mówił ten koleś. Trafiłem do jednego, potem drugiego i trzeciego lekarza, jakaś biopsja, po czym odbieram wyniki – rak jądra. Próbowali coś z tym zrobić, ale po pewnym czasie zapadła decyzja, że trzeba uciąć.

Do dzisiaj myślę co by było, gdyby nie ten student, który przyszedł (jak sam powiedział) w trakcie swoich ferii, i że akurat do mojej klasy. Wydawało mi się, że prowadził jeszcze kilka lekcji potem w szkole, korciło mnie, żeby podejść... ale przecież nie mogłem podejść i powiedzieć, że nie mam jajka.

#GfK9z

Moja mama jest nauczycielką języka polskiego w szkole podstawowej i kiedyś zrobiła sprawdzian, mimo że bardzo chcieliśmy go przełożyć.
Oczywiście wszyscy widzieli już widmo kar, jakie dostaną po oddaniu tej pracy, więc nastroje były kiepskie. Ratunek przyszedł tydzień później, gdy okazało się, że mama nigdzie nie może znaleźć sprawdzianów. W ramach rekompensaty wpisała nam piątki.

Wszyscy cieszyli się jak wariaci i tylko ja siedziałam cichutko, wiedząc, że dwa dni wcześniej spaliłam sprawdziany w piecu. Do dzisiaj ani moja mama, ani klasa o tym nie wiedzą.

#k38Bt

Mam 28 lat, dwoje wspaniałych dzieci, kochającego męża, pracę i... jestem głucha. W wieku 18 lat straciłam słuch w wyniku szybko postępującej choroby. Nigdy nie słyszałam głosu swoich dzieci, głosu męża... jednak pokochał mnie taką, jaka jestem.
Jak się poznaliśmy? Gdy miałam 21 lat, mój kuzyn zabrał mnie na imprezę. Może to ironiczne, bo gdzie dziewczyna, która nie słyszy, do klubu, gdzie jest muzyka, tańce. Zabrał mnie tam, bo wiedział, że odkąd straciłam słuch, nie wychodziłam praktycznie z domu. Nagle w klubie dosiadł się do nas przystojny chłopak. Z tego co widziałam, zerkał ciągle w moja stronę, ale co z tego... Tak siedział z nami pół godziny, aż nagle wstał. Wszedł na scenę. Nie wiedziałam co się dzieje, lecz prawie cała sala zwróciła swój wzrok na mnie. Nagle podszedł, złapał mnie za rękę i zaprosił gestem na parkiet.
Dzień później kuzyn migając, opowiedział mi historię z tego klubu. W toalecie podszedł do niego chłopak. Stwierdził, iż bardzo mu się podobam, ale nie wie jak do mnie zagadać, a widział, że jestem z nim. Kuzyn powiedział mu, że jestem jego kuzynką, ale jestem głucha. Wtedy on powiedział najpiękniejszą rzecz na świecie „Mi to nie przeszkadza, tak pięknej kobiety nie spotkałem, jeśli pozwolisz, porwę ją do tańca, a za kilka lat będzie moją żoną”.
I tak jesteśmy szczęśliwi po dziś dzień :)

#E7vxd

Kojarzycie dopisek w słowniku opisujący znaczenie danego słowa?
Gdybyście kiedyś szukali opisu do słowa „przypał”:
Mam 19 lat, zaszłam w ciążę ze swoim partnerem podczas stosunku w prezerwatywie i w dzień, który moja aplikacja (dziewczyny wiedzą pewnie o co chodzi) wskazywała jako niepłodny. 5 dni temu mój były chłopak stwierdził, że sytuacja go przerasta i zmył się. Nieświadomi jeszcze niczego rodzice rzucili wczoraj, że nieślubna ciąża moja lub mojej siostry to najgorsza rzecz, jaka mogłaby ich spotkać i nie utrzymywaliby nas i „owocu grzechu”. A dziś dowiedziałam się o dwóch sprawach: że zdobyłam swoje wymarzone miejsce na kierunku lekarskim i że noszę w sobie nie jedno, a dwa maleńkie serduszka.

Pozdrawiam serdecznie
ja i „owoce grzechu”.

#97elW

Mówię płynnie czterema językami i posługuję się nimi regularnie. Mam znajomych, dla których języki te są ojczyste i w ten sposób uczę się zawsze czegoś nowego i ciekawego. Ostatnio mój narzeczony, który miał okazję poznać ich wszystkich w przeciągu ostatniego miesiąca, powiedział mi coś, co całkowicie mnie zaskoczyło. A mianowicie, w zależności jakim językiem się posługuję, mam inną osobowość. Z początku nie dowierzałam, ale przyjrzałam się swojemu zachowaniu i rzeczywiście.
Wygląda to mniej więcej tak – gdy posługuję się językiem ojczystym, jestem spokojna, opanowana, cicha, taka szara myszka. Kiedy posługuję się językiem angielskim, staję się szalona, pełna energii, zawsze w centrum wydarzeń i pełna zwariowanych pomysłów. To przeważnie ja jestem prowodyrem szalonych eskapad i większości przypałów. Kiedy rozmawiam w języku niemieckim, staję się damą. Pewną siebie, w pewnym stopniu arogancką, wredną, złośliwą, ale jednocześnie z sercem na dłoni i bardzo chętną do pomocy. A gdy przechodzę na język rosyjski, to wstępuje we mnie kokietka. Flirtuję z każdym bez względu na wiek, wygląd, orientację, brzydkim, ładnym, kobietą, mężczyzną, nie ma dla mnie znaczenia z kim, ważne, że z kimś to robię.

Nie mam pojęcia, czym jest to spowodowane i odkąd się o tym dowiedziałam, staram się być cały czas sobą, ale niekiedy mam wrażenie, że udaję. Mój narzeczony śmieje się ze mnie, a ja nie bardzo wiem, co o tym myśleć i jest to bardzo frustrujące. :/

#1XfRy

Z liczbami nigdy nie było mi po drodze. Pisanie opowiadań, wierszy, rozprawek to małe miki, ale gdy przychodziło mi policzyć choćby ułamki czy dzielić w słupku, to już zaczynały się schody. Podstawówkę jakoś przebrnąłem, bo ciężko tam nie zdać. Pani znała moje „możliwości” i jakoś z tą 3 skończyłem. Ale po wakacjach nowa szkoła i ON. Pan od matematyki. Elegancki, pod krawatem, mówiący donośnym głosem, z burzą siwych włosów. Nauczyciel kochał swój przedmiot i było to widać. Jednocześnie nie darzył sympatią osób, które nie podzielały jego uczucia do procentów, ułamków i geometrii, a już totalnego szału dostawał, gdy ktoś matematykę lekceważył. Potrafił na sprawdzianach puszczać klasie z laptopa disco polo na cały regulator (by sprawdzić, czy uczniów to rozproszy), potrafił żartować tak, że wszyscy pokładali się ze śmiechu, ale potrafił też porządnie upokorzyć. Kiedy ktoś czegoś nie umiał i nie chciał zrozumieć, potrafił brać go do tablicy i kazać robić zadanie brzmiące mniej więcej tak: „X jest nieukiem i nie potrafi napisać sprawdzianu. Jego obecna średnia to 2,4. Do końca roku zostały dwa miesiące, czyli 15 godzin matematyki. Ile jedynek musi jeszcze dostać, by nie zdać do kolejnej klasy”. Wszyscy musieli to zapisać w zeszycie – chodził i sprawdzał.
Choć mocno się starałem, to kilka razy moja osoba stawała się postacią z zadania. Przed każdą matematyką oblewał mnie zimny pot, ale... w końcu nauka jakoś zaczęła wchodzić do głowy. Nigdy nie stałem się orłem, jednak w końcu zaczęły pojawiać się w dzienniku „mocne 3”, co było powodem do radości, a kiedy dostałem u niego pierwszą 4, to sprawdzian skserowałem i powiesiłem nad biurkiem jak życiowe osiągnięcie. Stres jednak nie mijał i do końca gimnazjalnej edukacji bałem się oddawać zeszyt do oceny (wpisy w stylu „to nie bawi nawet w podstawówce” nie były niczym dziwnym). Jednak w końcu udało się – bez żadnej poprawki ukończyłem szkołę. Rozpocząłem liceum i tam matematyka szła już w miarę gładko. Bez problemu łapałem trójki, bo stres minął, a wzory wykute ze strachu przed tamtym nauczycielem jestem w stanie wyrecytować o każdej porze dnia i nocy. Mogę nawet nieśmiało rzec, że liczby polubiłem. Trochę przymusowo, ale jednak. Tu historia mogłaby się zakończyć, ale okazało się, że kilka miesięcy po zmianie szkoły nauczyciel z gimnazjum odszedł do Lepszego Świata. Oczywiście na pogrzeb poszedłem. I nigdy tak nie płakałem jak wtedy. Ba, płakali wszyscy, a najbardziej ci, którzy mieli z matmą problemy. Nauczył nas; nas nieuków.

Kiedy ukończyłem liceum z dumnym 4 na świadectwie, pierwsze co zrobiłem, to pobiegłem na cmentarz. Pochwalić się i podziękować. Patrzyłem w czarno-białe zdjęcie nauczyciela, mając niemal pewność, że patrzy na mnie z góry, śmieje się i mówi: „No w końcu coś ci wlazło do łba”.

#Ugu3u

22 maja, rok 2017. Umiera sympatyczny pan z burzą włosów, którego wszyscy doskonale znamy.  Z racji tego, że jestem wierząca, poszłam sobie wieczorkiem do kościoła (zdarza mi się w dzień roboczy tam zajrzeć). Myśl przewodnia była taka, że pomodlę się za niebo dla tego wspaniałego artysty. Msza pół godzinki, mija bardzo szybko. Organista gra pieśń na zakończenie. Gdy już zagrał, co miał zagrać, zrobił coś tak wspaniałego, że miałam łzy w oczach. Oddał hołd panu Wodeckiemu, grając pierwsze nuty piosenki „Z tobą chcę oglądać świat”. Niesamowity gest, którego nigdy nie zapomnę.

Dla ciekawskich zadających pytanie: „A co ksiądz na to?”. Otóż pokazał organiście okejkę spod sutanny i poszedł na zakrystię :)

#aPKOP

Wiem, że tę stronę przegląda wiele dzieciaków. Jako uczeń klasy maturalnej w technikum mam dla was radę opartą na własnych przeżyciach.

Jeżeli ktoś do was ma jakiś problem, gnębi bez powodu, to zareagujcie jak najszybciej i nie mówię tu o zgłoszeniu sytuacji gdziekolwiek poza zaufanym rodzicem. W takiej sytuacji trzeba jak najszybciej zaznaczyć kto jest górą i użyć siły. Szkoła jest jak dzicz – dopóki się nie postawisz, to jest wysoka szansa na to, że będziesz ofiarą. 
Próbowałem postępować zgodnie z radami matuli i ignorować wszystkie zaczepki, co było jawnym pozwalaniem reszcie klasy na więcej. Żałuję, że jeszcze w pierwszej klasie nie posłuchałem rady ojca i nie odwinąłem jednemu lub dwóm typkom. Przemoc stosowana wobec mnie była tylko psychiczna, ponieważ ze względu na moją budowę ciała raczej żaden nie wyszedłby z bitki bez mniejszych obrażeń. Próbowałem także rozegrać sytuacje za pomocą słów i inteligencji, nic to nie dało. Przez tłamszone w sobie emocje i ból planowałem ze sobą skończyć około trzech razy, na szczęście wyciągała mnie z tego pomysłu pasja. Dopiero niedawno odnalazłem spokój ducha, zacząłem trenować i mam się gdzie wyładować, jednak po zagojeniu się ran na psychice szramy nadal pozostały.
Młodzi moi drodzy, ja nie namawiam was do przemocy, ja jedynie przedstawiłem wam realia z mojego punktu widzenia. Szukajcie wsparcia u rodziców, pokażcie im ten post. Postawcie się oprawcy, całą złość przeistoczcie w siłę, jeśli jeden oberwie, reszta przystopuje, bo będą mieli w głowie, że czeka ich to samo – prawo dżungli.
A wy, drodzy rodzice, pomóżcie swoim dzieciakom, jak tylko możecie, jeżeli dobrze to rozegracie, to wasze dziecko nie zostanie wydalone ze szkoły ani nic z tych rzeczy, nie karćcie dziecka za to, że się broni. Ten młody człowiek będzie kiedyś musiał zmierzyć się z innymi trudnościami, których nie będzie mógł unikać ani od nich uciekać. Jeżeli spytacie się dlaczego nie radzę rozwiązywać problemu prześladowań słownie bezpośrednio przez dzieciaki? Ponieważ niektórzy ludzie są za głupi, żeby zrozumieć co się do nich mówi i działa na nich tylko siła.
Odpowiadając na ewentualne pytanie: nie, nie jestem z rodziny dysfunkcyjnej ani proletariackiej. Rodzice mają własną firmę, a rodzina podchodzi już pod klasę wyższą.
Nie jestem także półgłówkiem, który nie może użyć rozumu, zwyczajnie to w moim i wielu znanych mi przypadkach nic nie dało.
Podsumowując ten mój wywód, mogę powiedzieć tyle, że cierpienie uszlachetnia, co widzę na własnym przykładzie jako raczej już twardego człowieka kierującego się priorytetami oraz dążącego do wyznaczonych celów. Ale wszystko ma swoje granice, a ty, młody człowieku, czytający to wyznanie, musisz ją ustalić. Ustal swoją granicę twardo i szybko, odwiń jak najmocniej temu, kto próbuje ją przekroczyć. Bo w dziczy przetrwa najsilniejszy.
Dodaj anonimowe wyznanie