Niedziela, godzina 7:55.
Spóźniony na zajęcia rozpoczynające się o ósmej, pędzę w granicach dopuszczalnych prędkości, by dotrzeć jak najszybciej. Przede mną jeszcze 15 kilometrów, gdy ujrzałem małą, ciemną kulkę turlającą się przez jezdnię. Jeż! Przez głowę przeleciała myśl, że szkoda, jak by zwierza coś przejechało, jednak szybka analiza przekonała mnie, by nie tracić czasu. Zwolniłem, ominąłem i pojechałem dalej.
Wracając, zobaczyłem go zaledwie kawałek od poprzedniego miejsca, rozjechanego...
Do dziś pamiętam, jaka mnie złość ogarnęła, tylko zwierzaka żal :(
Od tamtej pory mam jakiś uraz i nie potrafię nie zatrzymać się, widząc zwierzaka na drodze, więc jeśli kiedyś zobaczycie wariata ganiającego po jezdni, to będę ja!
Jeżu, wybacz!
Lubię stawać przed lustrem i oglądać swoje ciało.
Najbardziej zadziwia mnie to, że jednego dnia potrafię czuć się niesamowicie w swoim ciele, a już kolejnego widzę liczne kompleksy ...
Ciekawe, czy jestem jedyna.
Mam w rodzinnie cukrzyka w dość zaawansowanym stadium.
Historia wydarzyła się kilka lat temu w lato, gdzie ów gość z mojej rodziny jechał do swojej dalszej części rodziny autem. Gdzieś po 400 kilometrach jazdy spadł mu dość mocno cukier. Zatrzymał się od razu na stacji kilkaset metrów dalej. W momencie kiedy wysiadł z auta na stacji i próbował na nią wejść, trzech dresików myśląc, że jest pijany, wyrwało mu kluczyk i złamało w stacyjce, a potem pojechali. Gość to olał, wszedł na stację i wypił od razu małą butelkę coli. Na szczęście pracownik stacji widział całą sytuację i wezwał policję, a ludzie ze stacji bardzo miło zajęli się cukrzykiem. Dresiki byli tam znani, gdyż to była lokalna stacja na jakimś odludziu. Policja przyjechała, a pracownik im opowiedział o całej sytuacji i kto był w nią zamieszany.
Dresiki byli bardzo zdziwieni, jak policja przyjechała i kazała płacić im za kluczki, lawetę i wszystkie inne koszty.
Kiedy miałam 6 lat, mój ukochany tato zmarł. Odebrał sobie życie. Powodem najprawdopodobniej był fakt, że nie umiał wyjść z nałogu alkoholowego, w przeciwieństwie do mamy. Mama zamknęła się na świat (co później również doprowadziło do powrotu do nałogu), więc to starsze rodzeństwo próbowało wyjaśnić mi, co tak właściwie się stało, mówiąc, że tatę zabrały aniołki i już do nas nie wróci. Przez te kilka dni, gdy czekaliśmy do pogrzebu, czas spędzałam siedząc w salonie przy oknie, gdyż miałam tak w zwyczaju wypatrywać, czy tata wraca już z pracy. Mimo tego że miał problem, był świetnym ojcem i człowiekiem. Często się ze mną bawił, nauczył mnie robić samolociki z papieru, robiliśmy sobie wyścigi, oglądaliśmy też razem gwiazdy. Zawsze pod koniec miesiąca kupował mi woreczek cukierków i chował w różowym pudełku po butach. Nazywał mnie zawsze swoją małą różyczką.
Dzień przed pogrzebem przyśnił mi się sen, który pamiętam do tej pory. We śnie byłam sama w domu, usłyszałam pukanie do drzwi, a gdy je otworzyłam, zobaczyłam w ich progu tatę. W rękach trzymał wielki bukiet czerwonych róż, wręczył mi je, mówiąc, że przeprasza, że nie mógł inaczej i że będzie tęsknił. Poprosił również, abym przeprosiła od niego mamę i dała jej kwiaty.
Sen wpłynął na mnie bardzo mocno, myślałam o nim w trakcie pogrzebu, co jeszcze bardziej nasiliło mój płacz.
PS Ja też dałam tacie coś na pożegnanie – w kieszeń marynarki wsunęłam mu rysunek ode mnie, który przedstawiał go na polanie pełnej kwiatów.
W szkole podstawowej byliśmy na zielonej szkole. Byliśmy małolatami, więc jak ktoś z naszego pokoju szedł się kąpać, to gasiliśmy mu światło, tak dla żartu po prostu. No i po którejś nocy takich wybryków z kolei, kiedy brałem prysznic, kumpel zgasił mi światło. Będąc przekonanym, że to któryś kolega, wyszedłem z łazienki, pytając: „Która k*rwa mi zgasiła światło?”. Niestety okazało się, że to była moja nauczycielka od języka polskiego, a jednocześnie wychowawczyni... Do końca podstawówki nie postawiła mi piątki z polskiego na koniec roku, mimo największych starań.
Praktycznie całe swoje dzieciństwo mieszkałam w Holandii, tak dobrze mi się mieszkało, że nawet wyrobiłam sobie obywatelstwo. W Holandii również poznałam swoją prawdziwą miłość, po 6 latach związku pobrałyśmy się. Nie, nie pomyliłam się, „pobrałyśmy się”, bo moja wybranka była kobietą.
Kilka tygodni po ślubie moja ukochana stwierdziła, że chce zobaczyć Polskę. Kiedy już w tej Polsce byłyśmy, nie obnosiłyśmy się jakoś specjalnie z tym, że jesteśmy parą, nie trzymałyśmy się za ręce, nie przytulałyśmy się na ulicy, wszytko dlatego, że byłam świadoma, że Polska to nie najbardziej tolerancyjny kraj.
Pod koniec naszego wyjazdu moją żonę potrącił samochód, niby nic specjalnego, ale skończyło się tym, że noga mojej ukochanej się złamała i kość przebiła skórę. Wiadomo, pierwsze co robimy, to wzywamy pogotowie, przyjeżdża pierwsza pomoc i słyszymy, że trzeba zabrać ją do szpitala, nastawić kość i zaszyć nogę. Moją ukochaną dowieźli do najbliższego szpitala, a kiedy ja dojechałam, właśnie była wynoszona z zabiegowego. Pytam lekarza co teraz i zostaję poinformowana, że takich informacji może udzielać „tylko najbliższej rodzinie”. Szybko tłumaczę facetowi, że jesteśmy małżeństwem i pokazuję obrączki, na co pan doktor zaczyna się śmiać i każe nam „wypieprzać do swojego kraju, bo to nie jest normalne”. Stałam tak skołowana, kiedy lekarz oddalił się w stronę następnego pacjenta.
Jak możecie się domyślić, nie zobaczyłam tego dnia mojej żony. Musiałam czekać do następnego dnia, kiedy moja wybranka była już w pełni wybudzona i podpisała zgodę.
Pewnej nocy miałem „mokry” sen. W tym śnie robiłem loda mojemu psu i obudziłem się naprawdę podniecony.
Wiecie co jest najgorsze? Mój pies zawsze, ale to zawsze śpi ze mną na łóżku, ale tej nocy gdy się obudziłem, nie było go i przez kilka następnych nie chciał ze mną spać... Mam nadzieję, że to tylko przypadek, a nie że dobierałem się do niego przez sen...
W Śmigus Dyngus brat z kuzynem wrzucili mnie do wanny, jak spałam. Miałam wtedy okres.
Skutki były zbyt drastyczne, aby je tutaj opisywać, powiem tylko, że chłopaki szybko uciekli.
Mam raka szyjki macicy. Od dłuższego czasu zaczęłam słabnąć, miewać zawroty głowy, czuć bóle pleców. Rodzina myślała i nadal myśli, że nic mi nie jest, tylko wymyślam lub jestem leniwa. Wakacje są, więc się uczę, siedzę nad książkami, żeby im w ogródku nie pomagać. Nie dociera do nich nic, jak zawsze zresztą... Pierwsza diagnoza jaką usłyszałam był stan przedrakowy, do obserwacji tylko. Przez dwa tygodnie chodziłam jak struta, czytałam na forach historie kobiet. Nie wiem czemu nie powiedziałam rodzinie. Bałam się, że będą mnie obwiniać, bo o wirusie HPV się mówi, że zaraża się wenerycznie. Moja rodzina jest bardzo katolicka, ja nawet z chłopakiem nie spałam, tylko się pocałowałam. Mam dopiero 19 lat, a na mojej wsi nie ma odpowiednich kandydatów. Poszłam do kolejnego lekarza, dał skierowanie na pilne, do szpitala. I teraz gdy postanowiłam o tym porozmawiać, dowiedziałam się, że jedziemy na pogrzeb. Ciocia zmarła na cukrzycę. Nie chcę wyjść na atencyjną, nie chcę już z nimi rozmawiać, bo przeżywają tę tragedię, mimo że nigdy cioci nie lubili. Komentowali, że jest chora, bo za dużo je, nie dba o siebie i sama tę chorobę na siebie sprowadziła. Teraz lamentują, że taka wspaniała osoba odeszła. Co powiedzą o mnie? Niedługo muszę iść do szpitala, niedługo zacznie się szkoła. Boję się, że mnie tak jak zawsze zignorują. Doradźcie co mogę im powiedzieć, bo zauważą, że się pakuję do szpitala.
Mamo, tato, mam raka!
Wstydzę się tego, że mam prawie 22 lata i nigdy nie miałem dziewczyny ani nawet się nie całowałem, nie mówiąc już o niczym dalej. Uważam się za totalnie nieatrakcyjną oraz nudną osobę od dawna, przez co nawet nie próbuję z nikim kręcić, bo z góry czuję, że będą niezainteresowani, boję się zostać zranionym przez odrzucenie. Jak dostaję jakikolwiek komplement, to tak samo z góry mam wrażenie, że nie jest on szczery, tylko ktoś jest zwyczajnie uprzejmy.
Dodaj anonimowe wyznanie