Wczoraj odbyła się impreza. Firma, w której pracuję, urządziła ją dla swoich pracowników. Nic niezwykłego, trochę potańczyliśmy i wypiliśmy. Mój odział nie liczy wielu osób, więc wszystkich dobrze znałem. Czułem się świetnie, w końcu mogłem wyluzować. Ostatnio nie układało mi się najlepiej, ciągły stres, szef cały czas czegoś ode mnie chciał. W tym momencie wszystko to zostało za mną. Wolność.
Przy filarze stała dziewczyna, koleżanka z pracy. Niedawno się tu przeniosła, więc nikogo jeszcze dobrze nie znała. Podszedłem i zagadałem, wszystko powoli się kleiło.
Do czasu, gdy jeden z moich mniej lubianych „kolegów” poczuł chęć na odrobinę agresji. Zaczął się do niej przystawiać, w końcu nie wytrzymałem i go odepchnąłem, zaczęła się walka. Nie trwała długo, po chwili przyszedł jeden z kierowników i nie wiedzieć dlaczego mnie uszczypnął. Rozmazał mi się obraz i wszystko zawirowało.
Obudziłem się w łóżku, otaczały mnie białe, chłodne ściany, pokój zamknięty od zewnątrz. Odzyskałem świadomość – tak, to mój pokój. Cała ta firma to wymysł mojej wyobraźni, moi „współpracownicy” to inni pacjenci psychiatryka. Co jakiś czas tracę świadomość i staję się kimś innym, czasami pamiętam co robiłem, a czasami nie, czasami jestem kimś innym przez miesiąc, czasami przez dzień.
W tym momencie siedzę w bibliotece na jedynym dostępnym przez godzinę komputerze, czas na kontakt ze światem. Nie wiem nawet, czy to co teraz piszę jest prawdą, czy kolejnym wytworem mojego chorego umysłu.
O wdzięczności ludzkiej.
W naszym bloku mieszka bardzo miła sąsiadka, pani Danusia. Kobieta uwielbia zbierać grzyby, ale ze względów zdrowotnych nie może ich jeść, więc rozdaje po znajomych i sąsiadach swoje zbiory.
Ze dwa lata temu pani Danusia zaczęła podupadać na zdrowiu – coś z sercem, z kolanami też nie najlepiej. W tym rok nie miała siły na wycieczki do lasu, nawet blisko domu jakoś rzadziej ją widać. Przed Bożym Narodzeniem spotkałam ją w sklepie. Pogadałyśmy sobie chwilę i wtedy pani Danusia z żalem w głosie powiedziała mi, że sąsiedzi mają do niej pretensje, że PRZEZ NIĄ nie mają grzybów do potraw wigilijnych...
Szczękę zbieram do tej pory.
Mimo wielu niefajnych sytuacji, których doświadczyłam, potoczyło mi się dobrze w dorosłym życiu. Mąż, dzieci, samochód, dom za miastem i wakacje za granicą. Może nic specjalnego, ale staram się doceniać i cieszyć tym, co mam. Problem polega na tym, że mam spore grono znajomych, którym się nie ułożyło tak, jak sobie wymarzyli. A ja nie wiem jak reagować na teksty koleżanek, które narzekają, że wszyscy faceci są beznadziejni. A to że nikogo nie znajdą, na dzieci robi się za późno itp. Czuję empatię i smutek, ale zupełnie nie wiem, jak pocieszyć osoby, które marzą o partnerach/ domu/ rodzinie, a jakoś nie znajdują. Co mówić???
Za każdym razem czuję się jak debil, kiedy jestem w gronie singielek/ starających się o dziecko/ skrzywdzonych przez byłych itd.
Mój najlepszy kumpel, a zarazem świadek na moim ślubie, zorganizował mi niezapomniany wieczór kawalerski... Była to sobota, tydzień przed ślubem z moją wybranką. Paweł, mój drużba, jako prezent ślubny wynajął apartament w hotelu, zaprosił trzy piękne panie... Lał się najlepszy alkohol w mieście, wszystkiego co dusza zapragnęła pod dostatkiem. Wszyscy dobrze się bawili, każdy już nieźle porobiony, panie tańczą, rozbierają się, jak to na wieczorze kawalerskim. Jedna z pań usiadła Pawłowi na kolanach, zaczęła się z nim zabawiać... Ten porobiony do bólu ledwo wybełkotał, żeby przestała. Wyszedł do łazienki. Myślę – OK, rozumiem go. Jest wierny żonie. Mija pół godziny, a ten dalej siedzi w łazience. Słychać jakieś rozmowy. Myślałem, że rozmawia z żoną przez telefon. W końcu nie wytrzymałem, zaniepokojony co się tam dzieje, wchodzę do łazienki, a ten siedzi w wannie w garniturze i... rozmawia z kranem. Woda lekko kapie, trzyma kran, przeprasza i prosi, żeby nie płakał...
Od tamtego momentu minęło prawie 6 lat. Ostatnio przypomniałem mu to przy jego żonie. Jej mina, jak się dowiedziała, jakiego ma wiernego mężusia – bezcenna :)
Wydarzenie sprzed kilku miesięcy, gdy byłam jeszcze w klasie maturalnej. Pewnego dnia uczennica z mojej szkoły została napadnięta przez grupkę chłopaków, gdy wieczorem wracała z imprezy. Nie została zgwałcona, ale dotkliwie pobita i okradziona. Z racji tego dyrekcja postanowiła zorganizować w szkole kurs samoobrony dla wszystkich dziewczyn. Był obowiązkowy, co mnie nie ucieszyło, bo już takowy ukończyłam, a ponadto od lat trenuję judo, a ostatnimi czasy również k1. Nie przyznawałam się nikomu do tego, ponieważ uważałam wtedy, że jest to mało kobiece zajęcie, a w szkole uchodziłam za jedną z najpopularniejszych dziewczyn.
Postanowiłam więc brać w tym kursie jedynie bierny udział, przyglądać się, być, żeby mieć obecność.
Ubrałam się na sportowo (jak tego wymagano), czyli w zwykłe legginsy i koszulkę na ramiączkach. Dodam nieskromnie, że jestem atrakcyjna - wysoka, szczupła, z bardzo obfitym biustem, który nie umknął uwadze młodego instruktora. Facet nie odrywał ode mnie wzroku podczas części teoretycznej, puszczał do mnie oczka, uśmiechał się, podchodził bliżej, rozbierał wzrokiem, co nie podobało mi się... Po wykładzie powiedział:
- Dość teorii, przejdźmy do praktyki. - spojrzał na mnie z pożądaniem, po czym wyciągnął rękę w moją stronę i poprosił na ochotnika. Niechętnie, ale zgodziłam się.
- Mamy tu piękną dziewczynę. Bardzo dobrze... - jego wzrok zatrzymał się na moim biuście - ....wyposażoną. Ta oto piękna dziewczyna wraca sama w nocy do domu, nagle podchodzi do niej mężczyzna - w tym momencie stanął za mną - i chwyta ją za biust. Co robicie?
Facet po prostu złapał mnie za piersi. W wyjątkowo niedelikatny sposób. Tego było za wiele. Najpierw uderzyłam go łokciem w brzuch, gdy się wyprostował, dostał pięścią w twarz, potem jakoś udało mi się dosięgnąć stopą jego krocza (nie miałam litości), a na końcu przerzuciłam cwaniaczka przez ramię tak, że z hukiem opadł na materac. Po całym zajściu, gdy instruktor zwijał się z bólu na podłodze, powiedziałam:
- Co robimy? Nie chrzanimy się z cwaniaczkami! Uderzamy w czułe punkty. A co robią cwaniaczki? Uważają, bo takie cycate panienki też potrafią zrobić krzywdę.
I udałam się do wyjścia, przy aplauzie moich koleżanek. Odwróciłam się tylko na chwilę w drzwiach:
- Rozumiem, że kurs mam zaliczony?
Mam 26 lat. Mieszkam i pracuję za granicą od 4 lat. Dwa lata temu sama podjęłam decyzję o adopcji dziecka. Dziś z dumą mogę powiedzieć, że jestem samotną mamą 14-letniej dziewczynki. Jest córką mojej siostry, dlatego miałam większe szanse na adopcję (nie pytajcie dlaczego i gdzie jest jej matka, po prostu wybrała inne życie). Poznałyśmy się dopiero tutaj, za granicą, jak przyjechałam. Wcześniej widziałam ją raz w życiu, kiedy była bardzo malutka. Pokochałam ją całym sercem. Zrezygnowałam ze swoich najpiękniejszych lat dla niej, bo jest cudowną osobą i gdybym miała podjąć decyzję jeszcze raz, nie wahałabym się ani chwili. Chodzę na wywiadówki, poznaję jej przyjaciół, znam jej najmniejsze tajemnice. A najbardziej cieszy mnie to, że mi ufa pod każdym względem i wiem o każdym problemie czy też rzeczach, które ją cieszą (a na początku nie było łatwo). Jestem najszczęśliwszą mamą na świecie, a moje dziecko od roku zaczyna się uśmiechać (przeżyła dużo w swoim życiu, za dużo).
Mimo trudności, jakie musiałyśmy pokonać we dwie, dziś mogę powiedzieć, że dla słów, które wypowiedziała pewnego poranka warto żyć, dzielić swoje życie i szczęście z takimi zagubionymi i skrzywdzonymi przez los istotkami jak ona. A mianowicie: „Dzień dobry, mamo. Chciałam ci coś powiedzieć... Wiesz... tak naprawdę to ty jesteś taką moją prawdziwą mamą, bardzo cię kocham i dziękuję ci za wszystko, co dla mnie zrobiłaś, jestem z tobą bardzo szczęśliwa”.
W 100% czuję się matką. Kocham ją jak własne dziecko. Staram się jej dać to, czego nie miała, czyli miłość i zrozumienie. Nigdy tego nie miała, bo przez kilka lat mieszkała w rodzinie zastępczej, gdzie traktowano ją jak kogoś obcego (dom bez miłości i poczucia bezpieczeństwa), ale to już historia. Na szczęście teraz jest szczęśliwa.
To największy cud, jaki mnie spotkał w życiu. I każdego dnia dziękuję za to Bogu :)
Dzisiaj odkopałam swoje stare wypracowania z trzeciej klasy. Postanowiłam je poczytać. Jedno z nich polegało na opisaniu swojego sąsiada. Co tu dużo mówić... zacytuję wam kawałek:
„[...] Na jednej działce obok mnie mam sąsiadów, którzy są ogromną rodziną. Są bardzo spokojni. Wręcz sztywni. Nie awanturują się z nami nigdy [...]”.
Mieszkam obok cmentarza...
Mam prawie 26 lat. Niektórzy powiedzą, że młoda i całe życie przede mną, niektórzy, że już powinnam się ustatkować i wiedzieć, czego chcę w życiu.
Skończyłam mega prestiżowy kierunek, jakim jest stomatologia i aktualnie jestem na stażu i CHYBA kompletnie tego nie czuję. Każdy dzień na stażu okropnie mnie stresuje, bo wiem, że już od stycznia muszę przyjmować pacjentów sama. Ja najchętniej chciałabym od tego uciec, z charakteru jestem osobą dość nieśmiałą (ale mocno z tym walczę i idzie mi coraz lepiej!). Będąc na stażu, widzę ilu rzeczy nie potrafię, bo faktycznie po studiach potrafimy tyle co nic. Przeraża mnie wręcz świadomość, że zaraz będę leczyć ludziom zęby sama, a ja nie mam pojęcia, czy wszystko zrobię dobrze, czy ktoś mnie uratuje, jak coś pójdzie nie tak. Wracam do domu po pracy i albo po drodze płaczę, albo po powrocie kompletnie nie mam na nic siły i mam załamkę i szukam jakichś pomysłów na siebie.
Nie wyobrażam sobie pracować w takim stresie i trybie całe życie. Wiadomo, podobno z czasem stres maleje, ale stomatologia to niestety dość nieprzewidywalna dziedzina i wszystko może pójść nie tak, a każdy przypadek jest zupełnie inny. Przeraża mnie to, że nigdy się nie odnajdę.
Czuję się trochę jak przegryw, bo idąc na studia, myślałam, że spełnię się w „lepieniu ząbków”, na studiach było mi mega ciężko, ale znajomi i rodzina przekonywali mnie, że praca a studia to dwie róże rzeczy i tak jakoś dotrwałam do końca studiów. Od zawsze mam duszę artystki i robótki ręczne, wycinanki, malowanie, rysowanie to moje małe hobby. Robię to wszystko bardzo amatorsko i w ramach odstresowania. Nie jestem w stanie na ten moment tak się przebranżowić, żeby na tym zarabiać.
Stąd chyba pojawił się pomysł stomatologii – kreatywny zawód. Ta. Na ten moment dla mnie to nie ma nic wspólnego z kreatywnością niestety... Jestem dosłownie na rozdrożu.
Mam rodzinę, męża, dwójkę dzieci, pasierba i całą resztę.
Jednak nie mam siebie. Jestem fajna, kiedy jestem potrzebna . A tak jestem samotna, między ludźmi samotna. Nie oczekuję dużo (a może jednak dużo?), nie chcę super prezentów, nie wiadomo czego jeszcze. Chcę czuć się kochana, a nie czuję. Kiedy padły podejrzenia, że może mąż coś gdzieś na boku (nie złapałam za rękę), to nagle byłam przytulana, całowana, komplementowana, aż nie wiedziałam jak mam się zachować… ale szybko minęło.
Jestem sama, niezauważalna. Nie mam już siły na próby zwrócenia na siebie uwagi. Przestałam dbać o siebie, widzę to i nie podoba mi się, ale nie mam na to siły.
Nie mam siły na nic.
Tak, wiem, zalatuje depresją. Mam ją… ale nie radzę sobie z nią. Wymyka mi się spod kontroli. Chcę poczuć się kochana bez względu na wszystko. A zawsze jestem w zamian za coś.
Jakiś czas temu przyjęto u mnie w pracy nowego kasjera (do znanego sklepu z robaczkiem w logo). Koleś po studiach, wyraźnie zmęczony życiem, ziejący niechęcią do wszystkiego, co się rusza.
Do naszego sklepu często wpada dziewczyna z na oko trzyletnim dzieckiem w wózku i drugim maluchem uczepionym ręki, a z jakiegoś powodu koleś bardzo się na nią uwziął. Co i rusz rzucał jakieś komentarze.
– Ooo, pani znowu o dziewiątej, nie pracuje pani?
– Ooo, ile dzisiaj zakupów, no tak, no tak, rządzący trochę ułatwili życie.
– Ooo, gdybym ja miał czas, żeby latać tak po sklepach, ale ja tutaj cały czas siedzę...
I tak dalej. Kierownictwo, również na moją prośbę, zwracało mu uwagę, ale on sobie z nic tego nie robił, każdy komentarz okraszając uprzejmym uśmiechem (swoją drogą, była to jedyna klientka, do której się uśmiechał). Dziewczyna nie reagowała w ogóle, co najwyżej odwzajemniała uśmiechy. Po jakimś czasie zaczęła przychodzić tylko z tym dzieciakiem w wózku.
Pewnego dnia mały się rozpłakał, bo zobaczył jakąś zabawkę, matka odjechała z wózkiem, coś mu tam nagadała i się uspokoił. Kolega nie omieszkał się skomentować na głos: „No, mnie by ojciec przez kolano przełożył, że przez trzy dni nie mógłbym chodzić, no, ale bezstresowe wychowanie...”. Innego dnia znowu powiedział: „Jakby mnie mama woziła w wózku tak długo, to bym chyba na nogach nie ustał, he, he”.
Aż pewnego dnia cała sytuacja miała finał.
Wyjątkowo dziewczyna wpadła do nas po południu, jak zwykle z wózkiem. Stała już przy kasie, a ja kasowałam jej zakupy, kiedy zobaczyłam mojego „kolegę”, jak wyraźnie rozeźlony idzie w naszym kierunku.
– Ze trzy butelki z sokiem na napojach leżą rozwalone – rzucił. – I oczywiście ludzie pracujący teraz muszą posprzątać po czyimś dziecku. No, ale butelki trzeba policzyć.
Matka zaczęła się bronić, że jej syn tego na pewno nie zrobił, koleś zaczął mówić, że to przecież oczywiste, bo innych dzieci w sklepie nie ma teraz, ja próbowałam go uspokoić i wyszedł niezły harmider. Kierownik już był w drodze, bo zadzwoniłam, jednak wcześniej „bitwę” wygrało dziecko, kiedy koleś powiedział:
– Biegają potem po sklepie takie dzieci, jak się je cały czas w wózku trzyma, zamiast wypuścić na plac zabaw i nawet odpowiedzialności nie chce pani ponieść.
Na te słowa mały zrzucił z wózka koc, którym były przykryte jego nogi i wrzasnął:
– Ja nie biegam, ja nie mam nóżek!
I faktycznie. Nie miał.
No i tak się zakończyła ta historia. Kolegi nie pozdrawiam, tego samego dnia złożył wypowiedzenie, bo „robią z niego durnia, a on tylko dba o porządek”.
Dodaj anonimowe wyznanie